czwartek, 22 czerwca 2023

Pan Marek…

Mój kolega z młodości, Janek Sudoł, przysłał mi wiosną 2023 roku informację o śmierci Marka Krupy… Szukałem potwierdzenia, by uwierzyć… Znalazłem na stronie FB Szkoły Podstawowej nr 5 im. Janusza Kusocińskiego w Chorzowie informację: Odeszła legenda chorzowskiej „piątki” Zmarł wieloletni nauczyciel naszej szkoły Pan Marek Krupa. Odszedł wspaniały Nauczyciel i Wychowawca, twórca niezliczonych imprez szkolnych, będąc na emeryturze interesował się szkołą i żył jej wydarzeniami. Niech spoczywa w pokoju!
Marek Krupa do końca
kochał góry...
Marek Krupa zmarł 4 stycznia 2023 roku. Był legendą. Bardzo wymagający, do dziś wielu byłych uczniów dobrze go wspomina – między innymi za pasję uczenia. Pani Anna, nauczycielka ze szkoły, wcześniej uczennica pana Marka, wspominała: Zawsze mieliśmy ogromny respekt przed nim. Traktował swój przedmiot baaaardzo poważnie, a my przed lekcją muzyki zakuwaliśmy bardziej niż przed matematyką, chemią czy fizyką - wtedy byliśmy na to źli, ale długo nie czekaliśmy (przynajmniej ja), by zrozumieć, że tylko takie podejście do wszystkiego co się robi jest prawidłowe. Gdy Pan Marek po dzwonku na lekcje szedł z nami do sali oddalonej od innych, stukał kluczami o nogę, a my szliśmy w ciszy, równo w rzędzie. „Trudno” było o dobre oceny - ale można było na nie zapracować. Nigdy nie zapomnę 6 z odpowiedzi, za wiedzę na temat Hymnu Polski - bo to było coś! Msza pogrzebowa odbyła się w kościele pw. św. Franciszka w Zabrzu 9 stycznia. Żegnała go też na swojej stronie internetowej szkoła podstawowa w dawnym Rozwadowie, gdzie stawiał swe pierwsze kroki jako nauczyciel. Marek Krupa – moi rodzice mówili o nim Maruś – miał siostrę Martę i młodszą Bernadettę. Wszyscy byli zwariowani! Rodzeństwo Krupów było bardzo uzdolnione muzykalnie. Wszyscy śpiewali, dodatkowo Marek grał wspaniale na akordeonie, a Berta na fortepianie. Nie wiem, czy uczył się gry na instrumencie u pana Niezgody – nauczyciela muzyki w szkole podstawowej w Rozwadowie, czy u kogoś innego? 
Berta Krupa - z prawej, 
w towarzystwie swej
przyjaciółki Anny Paluch
Berta nauki na pianinie pobierała w Klubie „Ronita” u pani Stefanii Pipały, śpiewała też w prowadzonym przez nią chórze. Najhałaśliwsza, pyskata, nieobliczalna była Berta. Nawet mi się podobała, ale była koleżanką mojej siostry, a do tego tak straszną gadułą… Miała też trochę – taki – skrzeczący głos. Była podobna do swej mamy – Janiny (1919-1999). Berta, urodzona w 1957 roku, po skończeniu Liceum Ekonomicznego kilka lat pracowała w Stalowej Woli. Przy nadarzającej się okazji wyjechała do USA, gdzie zginęła w 8 marca 1988 roku w tragicznym wypadku samochodowym. Marta – urodzona w 1949 roku – też zwariowana, ale zupełne przeciwieństwo Berty. W dojrzałym wieku była pulchną panią, radosną i uśmiechniętą. Podobna do taty – Mariana (1916-1988). Zmarła w 2013 roku. Marek, też był pogodny, choć ten zawsze chodził z „podniesioną głową”, był zagoniony i bardzo zasadniczy. W przeciwieństwie do powolnego, statecznego, mającego na wszystko czas, ojca. Marek miał bardzo specyficzny chód. Długi krok i uginające się kolana. Kiedy był nauczycielem, chłopcy chętnie parodiowali ten charakterystyczny chód. 
Kiedy skończył 18 lat, wszystkim znajomym rodziców oświadczył, że jest „panem Markiem”. Wywoływało to wprawdzie uśmiech zażenowania, bo jak nagle mówić do kogoś, kogo znało się od niemowlęcia, panie Marku… Szybko wszyscy się przyzwyczaili i został już panem Markiem. Marta i Marek śpiewali zazwyczaj w duecie, także w Klubie „Ronita”. Odnosili też sukcesy w różnych regionalnych przeglądach i konkursach wokalnych. Kiedy byłem w piątej klasie w szkole podstawowej, Marek pojawił się w naszej szkole jako nauczyciel muzyki i historii. Został też nauczycielem tych przedmiotów w naszej klasie, o czym przypomniał mi Jacek Karakuła. 
Rodzeństwo Krupów - Marta i Marek
podczas koncertu w Klubie Ronita

W ósmej klasie uczył nas też propedeutyki, zastępując Józefa Bolkę – ówczesnego dyrektora szkoły, który skończył karierę pedagogiczną przechodząc na emeryturę. A w zastępstwie za panią Gamradzką, która była na urlopie macierzyńskim - fizyki! Przede wszystkim byłe jednak nauczycielem historii. Marek bardzo ciekawie prowadził lekcje historii. Był wymagający, ale sprawiedliwie oceniał uczniów. Gorzej było z wychowaniem muzycz-nym… Jako młody nauczyciel, praktykujący jeszcze muzyk, podjął się organizacji chóru w szkole. Spowodowało to konflikt między z Klubem „Ronita”, gdzie z powodzeniem chór, w którym śpiewały dzieci chodzące do szkoły w Rozwadowie, prowadziła Stefania Pipała. Organizując nabór do chóru, indywidualnie przesłuchiwał uczniów. Tych, którzy mieli dobry słuch, zapisywał do chóru. Jego syn Jacek napisał do mnie: „Nas też maltretował akordeonem. Nienawidzę tego instrumentu! Ale tak jest, jak się kogoś zmusza do czegoś… Chodziłem sześć lat do szkoły muzycznej, a mój brat dziewięć lat. Muszę jednak powiedzieć, że kształcenie słuchu przydało się. Mówię w tej chwili biegle w czterech językach!” Kiedy przyszła moja kolej, zafałszowałem jak tylko umiałem… Wiedział jednak, że uczę się gry na gitarze i należę do chóru w „Ronicie”… Zostałem zapisany do chóru, na nic się zdała moja symulacja braku słuchu muzycznego… W siódmej i ósmej klasie wyjeżdżałem na letnie kolonie do Dubiecka. Polubiłem tę miejscowość, może dlatego, że po raz pierwszy się tam zakochałem? To były moje pierwsze niby samodzielne wyjazdy, bez rodziców… Ale nie do końca, bo moim wychowawcą był Marek Krupa. Przyjeżdżał ze swoim akordeonem, na którym przygrywał podczas tanecznych podwieczorków, podczas ognisk. Ani adaptery, ani magnetofony nie były wtedy jeszcze popularne. On też w Dubiecku przeżył swoją miłość, która jednak nie przetrwała. Prowadził nas szlakami Gór Słonnych, idąc nad San, przeprawialiśmy się na drugą stronę rzeki, bo tam był szeroki trawiasty brzeg z boiskiem do gry w piłkę… W Dubiecku też oglądaliśmy lądowanie Amerykanów na Księżycu… Z Markiem Krupą wiążą się też wspomnienia harcerskie. Jako młody nauczyciel dostał pewnie zadanie, by prowadzić w szkole harcerstwo. Na początku było dobrze. Organizował zbiórki, prowadził nas po okolicach. Przygotował nas do przysięgi harcerskiej, którą złożyliśmy jesienią, chyba w siódmej klasie, w okopach z I wojny światowej przy watrze. Odbierał od nas przysięgę, wręczał książeczki harcerskie i rozdawał krzyże, które wpinaliśmy sobie w bluzy. Niestety, zapał druha harcmistrza się na tym skończył… Spotykaliśmy się coraz rzadziej – wrześniowe alerty, pochody pierwszomajowe… 
Ewa i Marek Krupowie
I właściwie nasze drogi rozeszły się, kiedy rozpocząłem naukę w stalowowolskim liceum ogólnokształcącym. Marek ożenił się z piękną Ślązaczką – Ewą. Zamieszkali w nowo wybudowanych mieszkaniach dla nauczycieli przy rozwadowskiej szkole. W Rozwadowie urodził się jeszcze Grzegorz. Spotykaliśmy się już sporadycznie na ulicy. Aż w końcu w 1985 roku wyjechał z rodziną do Chorzowa… Tam przyszedł na świat drugi syn – Jacek. Od niego też wiem, że po przejściu na emeryturę jego rodzice mieszkali w Ustroniu pod Czantorią. Uwielbiali góry. Pan Marek będąc już emerytem organizował koncerty muzyczne w swojej chorzowskiej szkole, ale także w kościołach. Zachorował poważnie w 2021 roku. Mimo to, jeszcze 1 listopada 2022 roku przyjechali do Rozwadowa zapalić świece na rodzinnym grobie. 4 stycznia tego roku się już nie obudził… Nie sądziłem, że ta smutna informacja, którą przekazał mi Janek, tak mną poruszy… Ale przecież przyjaźń naszych rodzin trwała całymi latami… Jadąc na święto zmarłych do Rozwadowa, każdego roku miałem nadzieję na spotkanie pana Marka… Już się nie spotkamy…

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...