środa, 28 maja 2025

W starym Notatniku

 

Są takie szuflady, do których nie zaglądam za często. Niby wiem, co tam się znajduje, ale gdy zajrzę, zawsze dokonuję jakiegoś odkrycia… Tym razem z samego dna starego tekturowego pudełka wydobyłem notes. Jest podpisany: „Notatnik – Janusz Paluch – Rozwadów – ul. Mickiewicza 75 – klasa II a – LO 44 Stalowa Wola”. Obok odcisk pieczęci, jaką przybijałem obok podpisu, choćby na różnych licznych listach pisanych do znajomych. Pieczęć przedstawiała grot strzały i litery „PJ”. Wyciąłem ją osobiście w gumce do mazania… Litery oznaczały moje imię i nazwisko. Natomiast grot nawiązywał do głośnego przedwojennego znaleziska archeologicznego w Rozwadowie, za kuźnią Pietruszyńskich. Był to grot włóczni z czasów rzymskich z napisami runicznymi. Zabytek znany jest tylko z rysunków, bowiem oryginał został przekazany do zbiorów archeologicznych w muzeum w Stryju. Dlaczego trafił do Stryja, a nie do Lwowa, czy Krakowa, gdzie przecież znajdują się zabytki archeologiczne z ciałopalnego cmentarzyska z Rozwadowa oraz z późniejszych badań wykopaliskowych w Charzewicach, czy wojennych badań Rudolfa Jamki prowadzonych w Turbi? Nie wiadomo też, co się stało z tym grotem…

W notatniku pisałem „komunikaty” z różnych wypraw rowerowych po okolicy Rozwadowa. Najciekawszą jest jednak notatka z „badań ratowniczych” z rozwadowskiego rynku… A zatem czytamy:

„Dnia dwudziestego października 1969 roku kolega Piotr Tarczyński znalazł na budowie, która mieści się na rynku, pokrywkę od glinianego garnka. Znaleziona została między drugą a trzecią warstwą ziemi. Znajdują się na niej ślady okopcenia. Możemy stwierdzić, że jest pokrywka, która znajdowała się w czasie pożaru ratusza, ewentualnie z pożarów Rozwadowa. Warstwy, na których znajduje się Rozwadów: 1. mieszanka; 2. ziemia brązowa; 3. piasek zanieczyszczony; 4. Mieszanka; 5. żwir (rzadki); 6. spalenizna (drzewo i opalone cegły); 7. piasek brąz.”

Pamiętam, że był to pogodny dzień. Poszliśmy z Piotrem Tarczyńskim na Rynek, chyba po lekcjach. Na wykopach nie było już robotników. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Nie pamiętam, czemu te wykopy miały służyć? Może pod fundamenty wznoszonej restauracji „Wzorcowa”? Jedno z miejsc się wówczas chyba zapadło, odsłaniając otchłań piwnic dawnego ratusza. Nie wiem, czy ktoś wówczas odważył się tam wejść? Nasza wyprawa na rynek zainspirowana była oczywiście przez ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Najpierw wysłuchaliśmy wykładu co to jest, i jak ważna w datowaniu zabytków archeologicznych, stratygrafia. Celem ekspedycji było zrobienie rysunku i pobranie próbek z warstw stratygraficznych. Nie spodziewaliśmy się jednak znaleziska… W warstwach oznaczonych dwójką i trójką natknęliśmy się na skupisko skorup ceramicznych. W oczy rzucał się uchwyt pokrywki. Zebraliśmy wszystkie fragmenty. Potem, w domu, po oczyszczeniu, okazało się, że „pasują” do siebie. Poskładaliśmy, a kilka dni później skleiliśmy. Wyszła niemal cała piękna gliniana pokrywka garnka. Ciekawe, czy potłukła się podczas pożaru ratusza, albo podczas pożaru Rozwadowa w czasie I wojny światowej? A może po prostu, gospodarzowi handlującemu na przykład ogórkami kiszonymi wypadła z ręki i tak już została do 1969 roku?

Klejenie znalezionych fragmentów ceramiki do łatwych nie należało, choćby z tego względu, że w tamtych czasach nie można było kupić kleju. Musieliśmy sami, dla własnych potrzeb, go przygotowywać. Oczywiście z pomocą przyszedł ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski, który przekazał nam recepturę. Do zrobienia kleju potrzebny był przeźroczysty, giętki plastik. Pozyskiwałem go z elementów wzmacniających koszule. Pocięty na drobne kawałeczki, zalewaliśmy rozpuszczalnikiem Tri. Ten rozpuszczalnik cieszył się złą sławą, bowiem młodzi ludzie odurzali się nim, co doprowadziło w końcu do wycofana go ze sprzedaży – przynajmniej pod tą nazwą. Klej jednak był niezawodny!

Chyba rok wcześniej, też jesiennym popołudniem, wybrałem się na rowerową wyprawę w towarzystwie ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Celem było obejrzenie i sfotografowanie tzw. Dębów Jagiełły, które rosły przy drodze do Sandomierza, między Turbią a Zbydniowem. Rosły samotnie po prawej stronie drogi, zwracając na siebie uwagę. Za nimi stał drewniany dom. Dokonaliśmy oględzin drzewa i opisu:


Dąb północny wynosi 4 i 1 ręka objętości. Dąb południowy ma obj. 4 i 1 r. Około 1900 roku Horodyński wykupił niewielki skrawek placu od wieśniaka Bieleckiego, dając mu za to pół morgi pola gdzie indziej. Na obecnym polu mieszka Mieczysław Bielecki, wnuk tego co sprzedał kawałek pola Horodyńskiemu. Dęby liczą od 600-700 l. Wiesia Bielecka była bardzo uprzejma i przyniosła olbrzymie cęgi, którymi z wielkim trudem wyciągnęliśmy gwoździa. W dziupli od lat gnieździły się pszczoły, a obecnie drążą sobie gniazda ptaki. Na dębie od str. pół. od lat gnieżdżą się wiewiórki. Tabliczki zielone z godłem i napisem „Pomnik przyrody prawem chroniony”. 

Dzisiaj śladu po tych „Pomnikach przyrody prawem chronionych” nie ma. Fotografie się gdzieś zawieruszyły. Nie ma też drewnianego domu i nie wiem, czy potrafiłbym odnaleźć to miejsce… Obmierzając wówczas drzewa na „harcerski” sposób, bo nie mieliśmy żadnej taśmy mierniczej, ksiądz wypatrzył w burej korze jednego z drzew zardzewiałą


główkę gwoździa. Od razu wiedział, że był to stary „gwóźdź kowalski”. Wtedy poszliśmy do gospodarza – pana Mieczysława Bieleckiego, który opowiedział o swym dziadku, o historii dębów chronionych przez hrabiego Horodyńskiego. Nie przypadkowo bowiem ludzie nazywali je Dębami Jagiełły. Miał w ich cieniu odpoczywać, polujący w Puszczy Sandomierskiej, król Władysław Jagiełło. W opowieści pojawia się też Wiesia Bielecka, która wysłana przez tatę przyniosła nam duże cęgi. W swej relacji napisałem „obcęgi”, co ksiądz nakazał poprawić cęgi, twierdząc, że to niemiecka naleciałość od hebzange… A przecież cęgi i tak „po uszy” siedzą w niemieckim zange… W kuchni u Bieleckich zauważyliśmy dolną część starej lampy naftowej wykonanej w porcelanie. Choć nie miała klosza, to i tak interesująco i kusząco wyglądała. Ksiądz nawet zapytał – z myślą o mnie, czy by jej nie sprzedał… Wycenił ja na 100 zł. Niestety moje zasoby finansowe ucznia, chyba VIII klasy, szkoły podstawowej nie pozwalały na zakup… I nadal musiałem się uczyć przy elektrycznej biurkowej lampie…



ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...