Tradycyjnie już prezentuję na swym blogu opowiadania mojej wnuczki Mai. Mam nadzieję, że to motywować ją będzie do
przelewania na papier ciekawych pomysłów, które się od czasu do czasu pojawiają.
Jestem przekonany, że w końcu ich pojawianie się będzie mobilizowało ją do
częstszego dzielenia się ze mną rodzącymi się tekstami… By już nie zanudzać
przeczytajcie opowiadanie „Czas, który trwa”. Fotografie są mojego autorstwa i
pochodzą z niezwykle dawnych czasów, by pokazać, że czas rzeczywiście trwa.
Został na zawsze zatrzymany obiektywem na kliszy i mimo wszystko trwa, będąc
takim jaki jest…
Maja Wojtal
Czas, który trwa
Przeprowadzka do większego miasta rzadko
bywa łagodna dla tych, którzy przywykli do ciszy. Życie w pędzie, zgiełk i huk
miasta, dla mózgu przyzwyczajonego do idyllicznego spokoju wsi, stają się dużą przeszkodą.
Adam mimo tego, że już od siedmiu lat mieszkał w Krakowie, szczególnie w
listopadzie dotkliwie to odczuwał. Zawsze wybierał miejsca na uboczu, jakby
obecność innych była dla niego zbyt głośna. Czerpał przyjemność z pracy i
cichego obcowania z książkami, które nie domagały się rozmowy ani pośpiechu.
Cisza nie była dla niego pustką, a raczej formą odpoczynku. Potrzebował
spokoju, nie szukał wrażeń. Praca nadawała jego życiu powolny, miarowy rytm i
była jedną
z nielicznych radości, jakie go spotkały.
Wracając wieczorem ze swojego biura do mieszkania, brodził w żółto-brązowym dywanie liści ścielącym się na deptaku. Przez głowę przebiegła mu myśl z dramatu Wyspiańskiego „Listopad to dla Polski niebezpieczna pora”… Uśmiechnął się do siebie, szczelniej otulając się szalikiem. Zimno osiadało powoli na miasto. Zmrok zapadał jeszcze bez pośpiechu. Nie spieszył się. Wysiadał z autobusu, kiedy zadzwonił telefon. Adam wiedział czego może się spodziewać. Połowa listopada, więc jak co roku, jego dobry przyjaciel Bernard wyjeżdżał do córki, do Stanów Zjednoczonych. Przez kilka tygodni musiał zająć się jego sprawami zawodowymi. Pracowali od lat w jednym fachu, znali się od czasów zabaw na podwórku. Nawet mieszkanie, w którym Adam mieszkał, zawdzięczał w gruncie rzeczy jemu. Z życzliwości i sentymentu dla przyjaciela zgadzał się przejmować jesienią jego obowiązki administratora kamienicy. Był wdowcem. Dzieci odwiedzały go rzadko. Nie miał wielu obowiązków.
Po tygodniu pojechał do przyjaciela
odebrać dokumenty. Wchodził schodami na piętro powoli, swoim tempem. Korytarz
pachniał wilgocią i świeżo pieczonym ciastem, jakby przechowywał w sobie ślady
cudzych wieczorów. Taki zapach potrafił ożywić stare wspomnienia – Adam
uśmiechnął się do siebie. Wyjął klucze z kieszeni. Drzwi otwierały się ciężko,
jakby mieszkanie zdążyło już przywyknąć do nieobecności właściciela. Wewnątrz
panował niemal sterylny porządek. Na stole w salonie leżała teczka przygotowana
przez Bernarda, po którą przyjechał. Płaszcz, jeszcze wilgotny od deszczu,
odwiesił niedbale na krzesło. Rozsiadł się wygodnie i zaczął przeglądać
dokumenty, nad którymi miał spędzić najbliższych kilka dni.
Były to księgi czynszowe, stare koperty z
listami i wykaz lokatorów budynku, w którym od przecież lat mieszkał. W
kamienicy znał wszystko na pamięć. Dźwięk trzeszczących schodów, poręcz z
obdartym lakierem, podwórko, z którego widać okna wszystkich mieszkań.
Przerzucał kartki mechanicznie, z wyraźną wprawą wynikającą z wieloletniego
doświadczenia. W pewnym momencie jego uwagę przykuło coś drobnego, niemal
nieistotnego. Daty w nagłówkach zmieniały się poprawnie, regularnie, ale te
wpisane w kolumnie nazwisk kilku lokatorów już nie. Czas na tych dokumentach
jakby się zatrzymał. Wiek lokatorów wpisany ołówkiem nie zmieniał się. Rok po
roku, ta sama cyfra. Bez żadnej poprawki. „Dziwne” – to słowo powracało
uparcie, gdy jego wzrok przesuwał po kolumnach wpisanych cyfr.
Kiedy zamknął za sobą drzwi, teczka
zdawała się ciążyć mu w ręku bardziej niż powinna. Droga powrotna minęła
szybko. Dopiero znajomy zarys bramy uświadomił mu, że jest na miejscu.
Kamienica wchłonęła go bez pośpiechu, jakby znała ciężar jego kroków od dawna. Klatka schodowa oddychała chłodem i wilgocią, a wątłe światło sączyło się niepewnie z żarówek. Minął drzwi sąsiada, zza których dobiegał szmer radia, ten sam, który pamiętał sprzed lat. Pnąc się wyżej po schodach, coraz bardziej nabierał przekonania, że budynek zasysa każdą chwilę, gromadzi w sobie resztki dawnych dni. Z mieszkań dobiegały te same dźwięki, które znał od lat. Szuranie kapci, kaszel, woda płynąca przez rury, szmer telewizorów, tworzyły niby złożoną symfonię. Przechodził, a drzwi uchylały się i zamykały, jakby ktoś pilnował porządku, sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. Twarze lokatorów pojawiały się i znikały, niezmienione jak fotografie tkwiące w rodzinnym albumie. Mijał ich kiwając jedynie głową na przywitanie, ale cały ten zamknięty krajobraz, zaczynał go niepokoić. Wiedział co za chwilę się wydarzy, Nazbyt dokładna znajomość i przewidywalność rzeczywistości.
To, co zobaczył na drugim piętrze
zatrzymało go w pół kroku. Po wytartej wykładzinie biegło małe rude kocię,
drobne, ale niezwykle zwinne. Dobrze znał ten obraz. Déjà vu. Przeżył
to już wcześniej. Za kotkiem drobiła starsza kobieta – sąsiadka z mieszkania
obok. Poruszała się powoli, z tą samą niecierpliwą troską, co lata temu,
wyciągając ręce, jakby scena ta powtarzała się od dawna i zawsze w ten sam
sposób. – Ach, te małe… – mruknęła, łapiąc kota. – Oby tylko z tego wyrósł!
Słowa zabrzmiały znajomo. Zbyt znajomo. Adam pamiętał je dokładnie, wraz z
tonem głosu i lekkim westchnieniem na końcu wypowiadanego zdania. Wtedy też był
listopad. Stał w tym samym miejscu, z kluczami w dłoni. Kobieta zniknęła za
drzwiami, a korytarz opustoszał. Stał jeszcze chwilę w ciszy, próbując znaleźć
w pamięci jakieś różnice między tymi zdarzeniami. Nie potrafił nic znaleźć.
Ukłucie tej świadomości było nagłe i przeszyło go niczym pocisk.
Wszedł do mieszkania. W przedpokoju powiesił
płaszcz. Szybko spojrzał do teczki. Ta kobieta spod 27. była jedną z lokatorek,
której wiek nie zmienił się od prawie dekady. Myśli zaczęły galopować. Tyle lat
w pozornie bezpiecznej przestrzeni. W spokojnej rutynie. – „Co to właściwie
znaczy?!” – myślał. Sięgnął po długopis, aby wszystko poprawić. Przelotnie
spojrzał w lustro. Zobaczył siebie jako młodego, radosnego młodzieńca. Obok
stała uśmiechnięta Zofia. Żona, którą pamiętał z rozmywających się z czasem
wspomnień. Nie dostrzegał jeszcze, że starość zaczęła zabierać mu pamięć. W
odbiciu lustra czas cofnął się do odległych lat i gestów, które teraz, w ten
listopadowy wieczór zaczęły nabierać sensu. Objął ją czule.
Co się dzieje? – pomyślał. Przysiadł na
chwilę. W rytmicznym wydawało mu się biciu serca poczuł spokój. Tak. Ukojenie…
Wieczny sen.
Nie wszystko musi być oczywiste. I nie potrzebuje wyjaśnienia.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz