![]() |
| Moja Mama - Stanisława de domo Kosierb dzisiaj obchodziłaby setne urodziny |
Przez wiele lat składałem Mamie życzenia urodzinowe i chyba nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak mógł wyglądać ten dzień, kiedy przychodziła na świat. Do czasu. Dwa lata temu przeczytałem książkę Sabiny Jakubowskiej „Akuszerki”, której akcja toczy się na przełomie XIX i XX wieku. Powieść zawiera cytaty ze źródła historycznego, jakim był zeszyt prababki autorki ze szkoły położnych. Gorąco polecam lekturę tej książki, ale i kolejnej, najnowszej – „Położne”. Miałem zaszczyt poznać autorkę. Jesteśmy oboje absolwentami archeologii, co mnie ośmieliło, więc zapytałem pisarkę – jak mógł taki poród wyglądać? Zamiast odpowiedzi otrzymałem literacki opis, ale pewnie nie tak daleko odbiegający od ówczesnej rzeczywistości.
Oto
jak opisała urodziny mojej Mamy Sabina Jakubowska, za co jestem Jej bardzo
wdzięczny i z całego serca dziękuję:
Monika Kosierb - moja babcia „We wtorek, 16 lutego 1926 roku, w Charzewicach pod Rozwadowem w rodzinie maszynisty parowozu Piotra Kosierba dzień był od rana bardzo pracowity, ostatni wtorek karnawału przed Środą Popielcową. Żona maszynisty, pani Monika Kosierbowa, uwijała się w kuchni od rana, mocząc śledzie w mleku, żeby je przyrządzić tak, jak mąż lubił, na ostro, z cebulką. Od jutra będą miały branie, jak żur i wszystko, co postne. A na razie niech się moczą w mleku. Ostatni dzień na tłusto, na obiad będzie kugiel sandomierski, przepis okoliczny. Tarte ziemniaki, żeberka, znów ziemniaki, zapiec wszystko. No to tarła te ziemniaki. Z każdym kolejnym zyskiwała przekonanie, że już rodzi. Jeszcze daleko było do pełni, więc ją trochę zaskoczyło. Ale może zdąży zapiec kugiel, niechże dzieci mają coś do jedzenia, i mąż, gdy wróci z pracy. Bo słodkiego chrustu dzieciakom raczej nie usmaży. Nie zdąży. Tyle rozumiała. Skurcze były regularne, coraz mocniejsze. Pierwsze poczuła w nocy, pomiędzy snami. Ale nic nie mówiła Piotrowi, wyprawiając go do pracy z drugim śniadaniem, kawałkiem chleba w białej serwetce i kiełbasą zawiniętą w papier, bo jeszcze nie wiedziała, jak się to rozkręci.
Włożyła blachę z przygotowaną potrawą do pieca, niech się piecze. Umyła ręce nad miską. Wyjrzała przez okno i zapatrzyła się w zimowy krajobraz, odbijający się w jej pięknych, przejrzystych oczach. Jasne włosy starannie upięte dodawały jej uroku i młodości. Miała nadzieję, że to będzie dziewczynka. Druga dziewczynka, niech się Józia ma z kim bawić. Wyobraziła sobie, a może raczej przypomniała, jak to jest – trzymać w ramionach noworodka, i wdychać jego zapach, ach!
I nagle, ojej, jak mocno poczuła przesuwanie się dziecka. Rozpychało jej miednicę od środka, chciało przyjść na świat zanim nastąpi Wielki Post. Jeszcze w obfitości.
– Janek! – zawołała najstarszego synka. – Biegnij po akuszerkę! Ubierz się, bo zimno!
– Mamo, mamo, mogę polecieć z Jankiem? – zapytał Zdzisek i oczy mu się zaświeciły do tej drogi.
– Nie – szepnęła i przytrzymała się stołu. Wyobraźnia podsunęła jej, co mogą zrobić po drodze dwaj chłopcy, starszy ma sześć lat, młodszy cztery. Którymi drogami będę się snuć, może zapomną, po co wyszli i zaczną lepić bałwana?
– Janek, biegnij po Górską, wiesz, gdzie mieszka! A śpiesz się! – wysapała.
– Zdzisiu, nie smuć się, jesteś mi potrzebny, trzeba się zająć Józią – poprosiła młodszego synka tuż po skurczu i pocałowała go w czoło. Podreptał do dwuletniej siostry, nieświadom, że za chwilę noworodek w domu jeszcze bardziej zabierze uwagę mamy.
Czas oczekiwania na akuszerkę upłynął Monice na przygotowaniach, czynionych resztą przytomności umysłu pomiędzy skurczami. Naciągnęła sobie wiadro wody ze studni, choć z trudem je przyniosła. Przy podnoszeniu chlusnęły z niej wody płodowe prosto na śnieg, ale nie miały koloru, więc jest dobrze, wszystko idzie dobrze, pocieszała się i modliła. Dołożyła do pieca i nastawiła garnki z wodą. Poszukała w szafie starych prześcieradeł, podarła je na powijaki i pieluszki, i na podkłady dla siebie. Niektórymi wyłożyła swoje łóżko. Starannie się umyła jeszcze niezbyt ciepłą wodą. Jej dłonie, tak jak uda, pachniały słodko wodami płodowymi.
– Dzień dobry! – powiedziała akuszerka, Maria Górska.
Rozwinęła na stoliku zawartość swojego kuferka. Umyła ręce. Zbadała rodzącą.
– No, pani Kosierbowa, to się pani uwinęła! Wszystko zrobione samodzielnie – parsknęła. – Nic dziwnego, że zaraz pani będzie rodzić.
– Dzieci! – szepnęła pani Monika, a akuszerka wszystko zrozumiała. Przecież nie wypada, żeby oglądały poród. Wysłano je do kuchni. Akurat kugiel ziemniaczany był już gotowy, można było im podać, niech jedzą.
Monika rodziła cichutko, nie chciała straszyć dzieci, a zresztą po co krzyczeć. Czwarte dziecko, jest wprawa, jest też zrozumienie, o co tu chodzi. Pod opieką akuszerki Górskiej czuła się bezpiecznie. Nie było jej wygodnie w łóżku, ale wiele tam czasu nie spędziła.
– Główka już wychodzi – powiedziała do niej akuszerka. – Niechże pani teraz złapie się pod kolanami i popchnie. Bardzo dobrze!
Chwila przerwy. Na niebo wyszedł już sierp księżyca i Monika widziała go przez okno.
Kolejny skurcz był przepotężny. Akuszerka uważnie trzymała dłonie, gotowe przyjąć dziecko.
– Jest! Dziewczynka! – oznajmiła Maria Górska i położyła noworodka na łóżku pomiędzy nogami matki, na podkładzie. Szybko otarła dziecko, sprawnie podwiązała pępowinę, odcięła ją i zabezpieczyła węzełkami czystej nitki. A potem podała matce.
– Jest! – powtórzyła Monika, czule przytulając tę dziewczynkę.
Malutka wydała pierwszy odgłos i jak na komendę, w progu stanęły dzieci.
– Macie małą siostrę, ale teraz idźcie jeszcze do kuchni, za chwilę was zawołam! – odprawiła je akuszerka. Nie będą przecież oglądać łożyska. Krew to nie widok dla nich.
Łożysko urodziło się sprawnie. Akuszerka obejrzała je starannie i włożyła do cebrzyka pod łóżko. Potem się to zakopie.I akurat przyszedł do domu Piotr Kosierb. Wysoki, barczysty, przystojny, o wysokim czole i imponujących wąsach. Już wiedział, dzieci mu powiedziały, że w domu jest akuszerka.
– Dziewczynka – szepnęła Monika, karmiąc dziecko. – Stasia? – spytała z nadzieją.
– Stasia! – zdecydował, patrząc na maleństwo zawinięte w pieluszki.
Monika tuliła je, w błogim odczuciu ulgi, że już po porodzie. Że już. Po bólu. Można poleżeć. Przez parę dni ktoś przyjdzie do pomocy. A ona będzie karmić piersią, więc kolejne dziecko pojawi się dopiero za dwa lata.
Może odpoczywając w tym błogosławionym czasie połogu miała przeczucie, że przy ostatnim porodzie nastąpią komplikacje, że jej szóste dziecko umrze przedwcześnie, a ona sama wkrótce po nim. Może czuła, a może nie, że czas jej dany to jeszcze tylko cztery lata.
Ale liczyło się tu i teraz. Ulga. Szczęście. Czworo zdrowych dzieci. Życie, po prostu.”
Tak,
liczyło się i zawsze liczy tu i teraz i szczęście…
Co się tego dnia wydarzyło w świecie i w Polsce? O czym pisały gazety? Sięgnąłem do dziennika „Ilustrowany Kurier Codzienny” z wtorkowego wydania 16 lutego 1926 roku. W tamtym czasie był to najpopularniejszy dziennik w Polsce. Nie wiem, czy w domu Kosierbów był czytany, jeśli nie systematycznie, to na pewno od czasu do czasu…
O
czym przeczytali wtedy Polacy?
Na
pierwszej stronie zdjęcie norweskiego skoczka narciarskiego Thulina Thamsa,
który pobił rekord w odległości skoków na odległość 69,5 m! Hm… Dzisiaj
przeżywany Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie… Obok niepokojąca
informacja dotycząca Ligi Narodów, która nie zdążyła się porozumieć w sprawie
swego składu, a przed nią walne zgromadzenie 8 marca 1926, podczas którego
zadecyduje o przyjęciu Niemiec w skład Ligii i przyznaniu temu krajowi stałego
miejsca w Radzie. Obecnie kształtuje się wśród skrajnych emocji Rada Pokoju
zakładana przez Donalda Trumpa, Prezydenta USA… Ech – jakby podobne sprawy
dominują… W tamtych dniach – 13 lutego 1926 roku – zmarł ks. Prymas Edmund Dalbor,
i trwały przygotowania do pogrzebu katedrze w Gnieźnie. W Białymstoku natomiast
policja zatrzymała podróżnika francuskiego Edmunda Caradeca, który pieszo
przemierzał Europę. W Choroszczy został przez dwóch pijanych osobników wsadzony
do dorożki i zawieziony do Białegostoku. Ponieważ nie mógł się od nich uwolnić,
oddał dwa strzały w powietrze, licząc na zwrócenie na siebie uwagi przez
policjantów. Co się udało, ale to on trafił do aresztu, a nie pijani agresywni
żartownisie. Posiedział trochę za kratkami, bo nikt nie był w stanie porozumieć
się z nim w języku francuskim. Czytano też o mrożącym krew żyłach tragicznym
wydarzeniu w Krakowie, gdzie w gmachu komendy Obozu warownego przy pl. Marii i
Magdaleny, sierżant strzałem skierowanym w serce kolegi położył go trupem.
O
tym, co działo się w tamtym czasie w Rozwadowie i okolicach, można dowiedzieć
się w „Kronice Klasztoru OO. Kapucynów”… Dzięki uprzejmości Kazimierza
Jańczyka, posiadającego wypisy z tejże „Kroniki” dowiadujemy się, że w styczniu
1926 roku w szkole klasztornej w Rozwadowie zatrudniono nauczyciela matematyki
i przyrody St. Didkowskiego. W styczniu również uczniowie tejże szkoły urządzili
przedstawienie dla uczczenia 63. rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego
zatytułowane „Ofiarnie płynie krew”. W repertuarze uczniowie mieli też spektakl
zapewne lżejszy „Figiel studencki”. Obydwa przedstawienia prezentowane były w
tamtych dniach kilkukrotnie, a dochód ze sprzedanych biletów w wysokości 100 zł
przeznaczono na wyposażenie gabinetu przyrodniczego. Szkoła klasztorna odegra w
życiu rodziny ważną rolę, bowiem jej uczniem został Zdzisław – brat Mamy.
![]() |
| Były więc trzy siostry Kosierbianki – Ziuta, Stasia i Guścia. |
Były
więc trzy siostry Kosierbianki – Ziuta, Stasia i Guścia, do których pięć lat po
śmierci babci dołączyła Marysia (dziadek Piotr, po śmierci babci Moniki
powtórnie ożenił się też z Moniką). I choć los dwie z nich rzucił – Guścię do
Lublina, i Marysię – do Zgorzelca, zawsze, do końca były w kontakcie ze sobą. Żadnej
z nich już nie ma z nami…
Mama
chodziła do Ochronki w Charzewicach. Pamiętała i miło wspominała odwiedziny księżnej
Lubomirskiej, która zawsze przynosiła dzieciom łakocie. Potem uczęszczała do
szkoły w Rozwadowie. Przy okazji majowych spotkań rodzinnych z okazji przystępowania
do Pierwszej Komunii Świętej kolejnych wnuków, zawsze wspominała to swoje święto
w – chyba – 1934 roku. Wtedy nie było prezentów, ani takich przyjęć jak dziś.
Jeśli dobrze pamiętam, wracając z kościoła wstąpili do cukierni na ciastko. I
do fotografa… Na fotografii widzimy klęczącą, poważną dziewczynkę w prostej
białej sukieneczce, białych butach, z lilią w dłoniach. Na twarzy powaga,
smutek, tęsknota za mamą… Nie żyje już od czterech lat. Do fotografa pewnie
przyszła z ojcem, a może z ciocią Martą – siostrą mamy, która od śmierci Moniki
zajmuje się dziećmi i domem. Czy Piotr już wtedy znał Monikę Latawiec, która
została jego drugą żoną? Mama czasem wspominała uczniowskie majówki w Sochach.
Pamiętała też z tamtych czasów charakterystycznego kolegę – dwa lata starszego
– Luśka, który zawsze gdzieś na uboczu siadywał pod drzewem z książką w ręku,
nie mając ochoty na uczestniczenie w dziecięcych zabawach… Lusiek, czyli ks.
prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, potwierdził opowieść mojej mamy po latach. Znał
zresztą doskonale wujka Zdziska –
byli uczniami szkoły u kapucynów – i Janka,
którego spotkał w latach 60-tych XX wieku i rozpoznał w Kamieniu Pomorskim.
Fotografia sióstr Kosierbianek mogła być wykonana podczas takiej majówki w
Sochach. W czasie niemieckiej okupacji Mama uczęszczała na tajne nauczanie do
Pława, gdzie lekcje dla dzieci – w wielkiej tajemnicy i z niezwykłą czujnością –
prowadzili prof. Witold Habdank-Kossowski i jego żona Maria. Edukację Mama zakończyła
na szkole średniej. Nie wszystkich stać było w tamtych czasach na studia. Trzeba
było zarabiać na życie. Tym bardziej, że najmłodsza z nich – Guścia, rozwijała
skrzydła uczniowskie już po wojnie i garnęła się do nauki. Studiowała ekonomię
w Częstochowie razem z ciocią Stanisławą Kolbuszewską. Mama zaczęła pracę jako
urzędniczka w PKP w Rozwadowie. W końcu córka maszynisty, a w Rozwadowie przez
długie lata PKP była chyba największym pracodawcą. Choć stare przysłowie
mówiło: „Ojciec porządny, matka porządna, a syn kolejarz!”. Kiedy poznała Tatę
oraz jego szefa prezesa budowlanej spółdzielni pracy w Rozwadowie – Tadeusza
Krawczyka, dostała propozycję lepiej płatnej pracy. Czy zatrudniając się tam
podejrzewała, że to będzie miejsce, w którym przepracuje do emerytury? Gdy wychodziła
za mąż w 1954 roku miała 28 lat. Pierwszy wspólny wakacyjny wyjazd rodziców, to
wczasy w Dusznikach Zdroju. Do regionu Dolnego Śląska musieli mieć sentyment,
bowiem później byliśmy tam na wczasach w Zachełmiu, Szklarskiej Porębie, kilka
razy też – podczas wizyt w Zgorzelcu – odwiedzaliśmy później, już samochodem,
Jelenią Górę. Drugim kierunkiem było morze… Pierwszy raz 
Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej,
rok 1934.
Duszniki Zdrój - rok 1954.
chyba w 1962 roku
wizyta w Trójmieście. Potem, już Syrenką, wielokrotne wyjazdy – także pod
namiot, to był rodzinny wypad z Ochałami z Lublina… Ciągnęło mamę w kierunku
Kamienia Pomorskiego, gdzie po wojnie osiadł jej brat Janek. Po latach mama
najchętniej jednak spędzała czas w Rozwadowie. Trudno było ją namówić na jakieś
dłuższe wyjazdy, na co Tato także przystawał, jako namiętny ogrodnik… Nieopodal
domu mieli działkę, na której czuli się najlepiej.
Mama
była filarem rodziny. Pamiętała o wszystkich świętach rodzinnych, pisała karty
świąteczne, imieninowe, z podróży kartki z pozdrowieniami… Dbała, by święta
były zawsze uroczyste, takie jak u niej w domu rodzinnym w Charzewicach, ale i
przypominały Tacie jego dom i święta z Żabna… Kochała nas, kochała wnuki,
którym właściwie się poświęciła.
Szklarska Poręba, 1964 r.
Gdy wieczorem 11 lutego zadzwoniła moja siostra z informacją, że mama trafiła do szpitala, że była przeziębiona i miała duszności, następnego dnia z samego rana pojechałem do Stalowej Woli. Przed południem ostatni raz widziałem Mamę w szpitalu. Podłączona do aparatury na oddziale intensywnej terapii nie czuła się komfortowo. Była przytomna, trochę pobudzona… Poznała mnie, jak tylko stanąłem przy jej łóżku. Pamiętała też, że w ten dzień przypadają moje urodziny. W tym stalowowolskim szpitalu po raz pierwszy zobaczyliśmy się... Złożyła mi życzenia, uściskała, ucałowała. Była słaba. Jednak bardzo chciała wracać do domu… Rokowania kardiologiczne nie były najlepsze. Lekarz zaordynował koronarografię. Tato pytał, czy to konieczne. Lekarz mało grzecznie dał mu do zrozumienia, że to przecież on jest lekarzem… Kiedy zabrali Mamę na ten zabieg, czekaliśmy na korytarzu… Po zabiegu powiedziano nam, że pacjentka śpi, jest zmęczona, że nie ma sensu czekać, żeby przyjechać wieczorem…
Mama
odeszła, mam nadzieję we śnie, spokojnie… Miała 94 lata.
Dzisiaj
obchodziłaby setne urodziny…







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz