poniedziałek, 16 lutego 2026

Moja Mama skończyłaby dzisiaj 100 lat…

 

Moja Mama - Stanisława de domo Kosierb dzisiaj obchodziłaby setne urodziny

Przez wiele lat składałem Mamie życzenia urodzinowe i chyba nigdy nie zastanawiałem się nad tym, jak mógł wyglądać ten dzień, kiedy przychodziła na świat. Do czasu. Dwa lata temu przeczytałem książkę Sabiny Jakubowskiej „Akuszerki”, której akcja toczy się na przełomie XIX i XX wieku. Powieść zawiera cytaty ze źródła historycznego, jakim był zeszyt prababki autorki ze szkoły położnych. Gorąco polecam lekturę tej książki, ale i kolejnej, najnowszej – „Położne”. Miałem zaszczyt poznać autorkę. Jesteśmy oboje absolwentami archeologii, co mnie ośmieliło, więc zapytałem pisarkę – jak mógł taki poród wyglądać? Zamiast odpowiedzi otrzymałem literacki opis, ale pewnie nie tak daleko odbiegający od ówczesnej rzeczywistości.

Oto jak opisała urodziny mojej Mamy Sabina Jakubowska, za co jestem Jej bardzo wdzięczny i z całego serca dziękuję:

Monika Kosierb - moja babcia

„We wtorek, 16 lutego 1926 roku, w Charzewicach pod Rozwadowem w rodzinie maszynisty parowozu Piotra Kosierba dzień był od rana bardzo pracowity, ostatni wtorek karnawału przed Środą Popielcową. Żona maszynisty, pani Monika Kosierbowa, uwijała się w kuchni od rana, mocząc śledzie w mleku, żeby je przyrządzić tak, jak mąż lubił, na ostro, z cebulką. Od jutra będą miały branie, jak żur i wszystko, co postne. A na razie niech się moczą w mleku. Ostatni dzień na tłusto, na obiad będzie kugiel sandomierski, przepis okoliczny. Tarte ziemniaki, żeberka, znów ziemniaki, zapiec wszystko. No to tarła te ziemniaki. Z każdym kolejnym zyskiwała przekonanie, że już rodzi. Jeszcze daleko było do pełni, więc ją trochę zaskoczyło. Ale może zdąży zapiec kugiel, niechże dzieci mają coś do jedzenia, i mąż, gdy wróci z pracy. Bo słodkiego chrustu dzieciakom raczej nie usmaży. Nie zdąży. Tyle rozumiała. Skurcze były regularne, coraz mocniejsze. Pierwsze poczuła w nocy, pomiędzy snami. Ale nic nie mówiła Piotrowi, wyprawiając go do pracy z drugim śniadaniem, kawałkiem chleba w białej serwetce i kiełbasą zawiniętą w papier, bo jeszcze nie wiedziała, jak się to rozkręci.

Piotr Kosierb - mój dziadek

Włożyła blachę z przygotowaną potrawą do pieca, niech się piecze. Umyła ręce nad miską. Wyjrzała przez okno i zapatrzyła się w zimowy krajobraz, odbijający się w jej pięknych, przejrzystych oczach. Jasne włosy starannie upięte dodawały jej uroku i młodości. Miała nadzieję, że to będzie dziewczynka. Druga dziewczynka, niech się Józia ma z kim bawić. Wyobraziła sobie, a może raczej przypomniała, jak to jest – trzymać w ramionach noworodka, i wdychać jego zapach, ach! 

I nagle, ojej, jak mocno poczuła przesuwanie się dziecka. Rozpychało jej miednicę od środka, chciało przyjść na świat zanim nastąpi Wielki Post. Jeszcze w obfitości.

– Janek! – zawołała najstarszego synka. – Biegnij po akuszerkę! Ubierz się, bo zimno!

– Mamo, mamo, mogę polecieć z Jankiem? – zapytał Zdzisek i oczy mu się zaświeciły do tej drogi.

– Nie – szepnęła i przytrzymała się stołu. Wyobraźnia podsunęła jej, co mogą zrobić po drodze dwaj chłopcy, starszy ma sześć lat, młodszy cztery. Którymi drogami będę się snuć, może zapomną, po co wyszli i zaczną lepić bałwana?

– Janek, biegnij po Górską, wiesz, gdzie mieszka! A śpiesz się! – wysapała.

– Zdzisiu, nie smuć się, jesteś mi potrzebny, trzeba się zająć Józią – poprosiła młodszego synka tuż po skurczu i pocałowała go w czoło. Podreptał do dwuletniej siostry, nieświadom, że za chwilę noworodek w domu jeszcze bardziej zabierze uwagę mamy.

Czas oczekiwania na akuszerkę upłynął Monice na przygotowaniach, czynionych resztą przytomności umysłu pomiędzy skurczami. Naciągnęła sobie wiadro wody ze studni, choć z trudem je przyniosła. Przy podnoszeniu chlusnęły z niej wody płodowe prosto na śnieg, ale nie miały koloru, więc jest dobrze, wszystko idzie dobrze, pocieszała się i modliła. Dołożyła do pieca i nastawiła garnki z wodą. Poszukała w szafie starych prześcieradeł, podarła je na powijaki i pieluszki, i na podkłady dla siebie. Niektórymi wyłożyła swoje łóżko. Starannie się umyła jeszcze niezbyt ciepłą wodą. Jej dłonie, tak jak uda, pachniały słodko wodami płodowymi.

– Dzień dobry! – powiedziała akuszerka, Maria Górska.

Rozwinęła na stoliku zawartość swojego kuferka. Umyła ręce. Zbadała rodzącą.

– No, pani Kosierbowa, to się pani uwinęła! Wszystko zrobione samodzielnie – parsknęła. – Nic dziwnego, że zaraz pani będzie rodzić.

– Dzieci! – szepnęła pani Monika, a akuszerka wszystko zrozumiała. Przecież nie wypada, żeby oglądały poród. Wysłano je do kuchni. Akurat kugiel ziemniaczany był już gotowy, można było im podać, niech jedzą.

Monika rodziła cichutko, nie chciała straszyć dzieci, a zresztą po co krzyczeć. Czwarte dziecko, jest wprawa, jest też zrozumienie, o co tu chodzi. Pod opieką akuszerki Górskiej czuła się bezpiecznie. Nie było jej wygodnie w łóżku, ale wiele tam czasu nie spędziła.

– Główka już wychodzi – powiedziała do niej akuszerka. – Niechże pani teraz złapie się pod kolanami i popchnie. Bardzo dobrze!

Chwila przerwy. Na niebo wyszedł już sierp księżyca i Monika widziała go przez okno.

Kolejny skurcz był przepotężny. Akuszerka uważnie trzymała dłonie, gotowe przyjąć dziecko.

– Jest! Dziewczynka! – oznajmiła Maria Górska i położyła noworodka na łóżku pomiędzy nogami matki, na podkładzie. Szybko otarła dziecko, sprawnie podwiązała pępowinę, odcięła ją i zabezpieczyła węzełkami czystej nitki. A potem podała matce.

– Jest! – powtórzyła Monika, czule przytulając tę dziewczynkę.

Malutka wydała pierwszy odgłos i jak na komendę, w progu stanęły dzieci.

– Macie małą siostrę, ale teraz idźcie jeszcze do kuchni, za chwilę was zawołam! – odprawiła je akuszerka. Nie będą przecież oglądać łożyska. Krew to nie widok dla nich.


Łożysko urodziło się sprawnie. Akuszerka obejrzała je starannie i włożyła do cebrzyka pod łóżko. Potem się to zakopie.

I akurat przyszedł do domu Piotr Kosierb. Wysoki, barczysty, przystojny, o wysokim czole i imponujących wąsach. Już wiedział, dzieci mu powiedziały, że w domu jest akuszerka.

– Dziewczynka – szepnęła Monika, karmiąc dziecko. – Stasia? – spytała z nadzieją.

– Stasia! – zdecydował, patrząc na maleństwo zawinięte w pieluszki.

Monika tuliła je, w błogim odczuciu ulgi, że już po porodzie. Że już. Po bólu. Można poleżeć. Przez parę dni ktoś przyjdzie do pomocy. A ona będzie karmić piersią, więc kolejne dziecko pojawi się dopiero za dwa lata.

Może odpoczywając w tym błogosławionym czasie połogu miała przeczucie, że przy ostatnim porodzie nastąpią komplikacje, że jej szóste dziecko umrze przedwcześnie, a ona sama wkrótce po nim. Może czuła, a może nie, że czas jej dany to jeszcze tylko cztery lata.

Ale liczyło się tu i teraz. Ulga. Szczęście. Czworo zdrowych dzieci. Życie, po prostu.”

Tak, liczyło się i zawsze liczy tu i teraz i szczęście…

Próbowałem znaleźć informacje o pogodzie, jaka była w lutym 1926 roku. Na pewno była zima, mroźna – wtedy przysłowia ludowe się sprawdzały „Idzie luty, podkuj buty” – i śnieżna. Znajomy z Rozwadowa – pan Kazimierz Karnat – pomógł dotrzeć do Księgi Parafialnej, w której pewnie ówczesny proboszcz ks. Michał Cukier dokonał wpisu mówiącego o narodzinach mojej Mamy. W pierwszej kolumnie widnieje data urodzin Mamy – 16 lutego, obok cyfra 18 lutego, sugerowałaby datę chrztu, dokonanego także przez księdza proboszcza. W drugiej, nadane imię: Stanislava, a poniżej dopisek – innym piórem i charakterem pisma – zapewne ówczesnego proboszcza ks. Aleksandra Ziemiańskiego – o małżeństwie z moim Tatą Adamem Paluchem, co nastąpiło w Rozwadowie 28 kwietnia 1954 roku. W kolumnie trzeciej wpisane jest nazwisko akuszerki, którą była Maria Górska. W kolejnej to informacje o rodzicach Stanisławy: Petrus Kosierb – syn Agnieszki de domo Koczwara i Klemensa Kosierba (data urodzin: 26.01.1890) i Monica – córka Józefy de domo Nawrockiej i Franciszka Moskala (daty urodzin 3.04.1894) wraz z informacją o ich ślubie zawartym 12 lutego 1919 roku (warto wspomnieć, że babcia miała podwójne imię – Monika Ewa). A w ostatniej kolumnie znajdują się nazwiska rodziców chrzestnych: Rozalia Moskal – żona Augustyna Moskala, brata Moniki i Józef Górski – zapewne mąż Józefy Górskiej, siostry Piotra Kosierba. Byli sąsiadami Kosierbów w Charzewicach. Pamiętam, że do Górskich – mieszkających już od Błoń – chodziło się przez ogród, obok ich stodoły… Odwiedzało się tam Gienka Górskiego, a po sąsiedzku Elę Gajdę…

Co się tego dnia wydarzyło w świecie i w Polsce? O czym pisały gazety? Sięgnąłem do dziennika „Ilustrowany Kurier Codzienny” z wtorkowego wydania 16 lutego 1926 roku. W tamtym czasie był to najpopularniejszy dziennik w Polsce. Nie wiem, czy w domu Kosierbów był czytany, jeśli nie systematycznie, to na pewno od czasu do czasu…

O czym przeczytali wtedy Polacy?

Na pierwszej stronie zdjęcie norweskiego skoczka narciarskiego Thulina Thamsa, który pobił rekord w odległości skoków na odległość 69,5 m! Hm… Dzisiaj przeżywany Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Mediolanie… Obok niepokojąca informacja dotycząca Ligi Narodów, która nie zdążyła się porozumieć w sprawie swego składu, a przed nią walne zgromadzenie 8 marca 1926, podczas którego zadecyduje o przyjęciu Niemiec w skład Ligii i przyznaniu temu krajowi stałego miejsca w Radzie. Obecnie kształtuje się wśród skrajnych emocji Rada Pokoju zakładana przez Donalda Trumpa, Prezydenta USA… Ech – jakby podobne sprawy dominują… W tamtych dniach – 13 lutego 1926 roku – zmarł ks. Prymas Edmund Dalbor, i trwały przygotowania do pogrzebu katedrze w Gnieźnie. W Białymstoku natomiast policja zatrzymała podróżnika francuskiego Edmunda Caradeca, który pieszo przemierzał Europę. W Choroszczy został przez dwóch pijanych osobników wsadzony do dorożki i zawieziony do Białegostoku. Ponieważ nie mógł się od nich uwolnić, oddał dwa strzały w powietrze, licząc na zwrócenie na siebie uwagi przez policjantów. Co się udało, ale to on trafił do aresztu, a nie pijani agresywni żartownisie. Posiedział trochę za kratkami, bo nikt nie był w stanie porozumieć się z nim w języku francuskim. Czytano też o mrożącym krew żyłach tragicznym wydarzeniu w Krakowie, gdzie w gmachu komendy Obozu warownego przy pl. Marii i Magdaleny, sierżant strzałem skierowanym w serce kolegi położył go trupem.

O tym, co działo się w tamtym czasie w Rozwadowie i okolicach, można dowiedzieć się w „Kronice Klasztoru OO. Kapucynów”… Dzięki uprzejmości Kazimierza Jańczyka, posiadającego wypisy z tejże „Kroniki” dowiadujemy się, że w styczniu 1926 roku w szkole klasztornej w Rozwadowie zatrudniono nauczyciela matematyki i przyrody St. Didkowskiego. W styczniu również uczniowie tejże szkoły urządzili przedstawienie dla uczczenia 63. rocznicy wybuchu Powstania Styczniowego zatytułowane „Ofiarnie płynie krew”. W repertuarze uczniowie mieli też spektakl zapewne lżejszy „Figiel studencki”. Obydwa przedstawienia prezentowane były w tamtych dniach kilkukrotnie, a dochód ze sprzedanych biletów w wysokości 100 zł przeznaczono na wyposażenie gabinetu przyrodniczego. Szkoła klasztorna odegra w życiu rodziny ważną rolę, bowiem jej uczniem został Zdzisław – brat Mamy.

Były więc trzy siostry Kosierbianki
– Ziuta, Stasia i Guścia.

Były więc trzy siostry Kosierbianki – Ziuta, Stasia i Guścia, do których pięć lat po śmierci babci dołączyła Marysia (dziadek Piotr, po śmierci babci Moniki powtórnie ożenił się też z Moniką). I choć los dwie z nich rzucił – Guścię do Lublina, i Marysię – do Zgorzelca, zawsze, do końca były w kontakcie ze sobą. Żadnej z nich już nie ma z nami…

Mama chodziła do Ochronki w Charzewicach. Pamiętała i miło wspominała odwiedziny księżnej Lubomirskiej, która zawsze przynosiła dzieciom łakocie. Potem uczęszczała do szkoły w Rozwadowie. Przy okazji majowych spotkań rodzinnych z okazji przystępowania do Pierwszej Komunii Świętej kolejnych wnuków, zawsze wspominała to swoje święto w – chyba – 1934 roku. Wtedy nie było prezentów, ani takich przyjęć jak dziś. Jeśli dobrze pamiętam, wracając z kościoła wstąpili do cukierni na ciastko. I do fotografa… Na fotografii widzimy klęczącą, poważną dziewczynkę w prostej białej sukieneczce, białych butach, z lilią w dłoniach. Na twarzy powaga, smutek, tęsknota za mamą… Nie żyje już od czterech lat. Do fotografa pewnie przyszła z ojcem, a może z ciocią Martą – siostrą mamy, która od śmierci Moniki zajmuje się dziećmi i domem. Czy Piotr już wtedy znał Monikę Latawiec, która została jego drugą żoną? Mama czasem wspominała uczniowskie majówki w Sochach. Pamiętała też z tamtych czasów charakterystycznego kolegę – dwa lata starszego – Luśka, który zawsze gdzieś na uboczu siadywał pod drzewem z książką w ręku, nie mając ochoty na uczestniczenie w dziecięcych zabawach… Lusiek, czyli ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, potwierdził opowieść mojej mamy po latach. Znał zresztą doskonale wujka Zdziska –

Pamiątka Pierwszej Komunii Świętej,
rok 1934.
byli uczniami szkoły u kapucynów – i Janka, którego spotkał w latach 60-tych XX wieku i rozpoznał w Kamieniu Pomorskim. Fotografia sióstr Kosierbianek mogła być wykonana podczas takiej majówki w Sochach. W czasie niemieckiej okupacji Mama uczęszczała na tajne nauczanie do Pława, gdzie lekcje dla dzieci – w wielkiej tajemnicy i z niezwykłą czujnością – prowadzili prof. Witold Habdank-Kossowski i jego żona Maria. Edukację Mama zakończyła na szkole średniej. Nie wszystkich stać było w tamtych czasach na studia. Trzeba było zarabiać na życie. Tym bardziej, że najmłodsza z nich – Guścia, rozwijała skrzydła uczniowskie już po wojnie i garnęła się do nauki. Studiowała ekonomię w Częstochowie razem z ciocią Stanisławą Kolbuszewską. Mama zaczęła pracę jako urzędniczka w PKP w Rozwadowie. W końcu córka maszynisty, a w Rozwadowie przez długie lata PKP była chyba największym pracodawcą. Choć stare przysłowie mówiło: „Ojciec porządny, matka porządna, a syn kolejarz!”. Kiedy poznała Tatę oraz jego szefa prezesa budowlanej spółdzielni pracy w Rozwadowie – Tadeusza Krawczyka, dostała propozycję lepiej płatnej pracy. Czy zatrudniając się tam podejrzewała, że to będzie miejsce, w którym przepracuje do emerytury? Gdy wychodziła za mąż w 1954 roku miała 28 lat. Pierwszy wspólny wakacyjny wyjazd rodziców, to wczasy w Dusznikach Zdroju. Do regionu Dolnego Śląska musieli mieć sentyment, bowiem później byliśmy tam na wczasach w Zachełmiu, Szklarskiej Porębie, kilka razy też – podczas wizyt w Zgorzelcu – odwiedzaliśmy później, już samochodem, Jelenią Górę. Drugim kierunkiem było morze… Pierwszy raz
Duszniki Zdrój - rok 1954.

chyba w 1962 roku wizyta w Trójmieście. Potem, już Syrenką, wielokrotne wyjazdy – także pod namiot, to był rodzinny wypad z Ochałami z Lublina… Ciągnęło mamę w kierunku Kamienia Pomorskiego, gdzie po wojnie osiadł jej brat Janek. Po latach mama najchętniej jednak spędzała czas w Rozwadowie. Trudno było ją namówić na jakieś dłuższe wyjazdy, na co Tato także przystawał, jako namiętny ogrodnik… Nieopodal domu mieli działkę, na której czuli się najlepiej.

Mama była filarem rodziny. Pamiętała o wszystkich świętach rodzinnych, pisała karty świąteczne, imieninowe, z podróży kartki z pozdrowieniami… Dbała, by święta były zawsze uroczyste, takie jak u niej w domu rodzinnym w Charzewicach, ale i przypominały Tacie jego dom i święta z Żabna… Kochała nas, kochała wnuki, którym właściwie się poświęciła.

Szklarska Poręba, 1964 r.

Gdy wieczorem 11 lutego zadzwoniła moja siostra z informacją, że mama trafiła do szpitala, że była przeziębiona i miała duszności, następnego dnia z samego rana pojechałem do Stalowej Woli. Przed południem ostatni raz widziałem Mamę w szpitalu. Podłączona do aparatury na oddziale intensywnej terapii nie czuła się komfortowo. Była przytomna, trochę pobudzona… Poznała mnie, jak tylko stanąłem przy jej łóżku. Pamiętała też, że w ten dzień przypadają moje urodziny. W tym stalowowolskim szpitalu po raz pierwszy zobaczyliśmy się... Złożyła mi życzenia, uściskała, ucałowała. Była słaba. Jednak bardzo chciała wracać do domu… Rokowania kardiologiczne nie były najlepsze. Lekarz zaordynował koronarografię. Tato pytał, czy to konieczne. Lekarz mało grzecznie dał mu do zrozumienia, że to przecież on jest lekarzem… Kiedy zabrali Mamę na ten zabieg, czekaliśmy na korytarzu… Po zabiegu powiedziano nam, że pacjentka śpi, jest zmęczona, że nie ma sensu czekać, żeby przyjechać wieczorem… 

Mama odeszła, mam nadzieję we śnie, spokojnie… Miała 94 lata.

Dzisiaj obchodziłaby setne urodziny…

 

piątek, 13 lutego 2026

Nowe opowiadanie mojej wnuczki

 


Tradycyjnie już prezentuję na swym blogu opowiadania mojej wnuczki Mai. Mam nadzieję, że to motywować ją będzie do przelewania na papier ciekawych pomysłów, które się od czasu do czasu pojawiają. Jestem przekonany, że w końcu ich pojawianie się będzie mobilizowało ją do częstszego dzielenia się ze mną rodzącymi się tekstami… By już nie zanudzać przeczytajcie opowiadanie „Czas, który trwa”. Fotografie są mojego autorstwa i pochodzą z niezwykle dawnych czasów, by pokazać, że czas rzeczywiście trwa. Został na zawsze zatrzymany obiektywem na kliszy i mimo wszystko trwa, będąc takim jaki jest…


Maja Wojtal

Czas, który trwa

 

Przeprowadzka do większego miasta rzadko bywa łagodna dla tych, którzy przywykli do ciszy. Życie w pędzie, zgiełk i huk miasta, dla mózgu przyzwyczajonego do idyllicznego spokoju wsi, stają się dużą przeszkodą. Adam mimo tego, że już od siedmiu lat mieszkał w Krakowie, szczególnie w listopadzie dotkliwie to odczuwał. Zawsze wybierał miejsca na uboczu, jakby obecność innych była dla niego zbyt głośna. Czerpał przyjemność z pracy i cichego obcowania z książkami, które nie domagały się rozmowy ani pośpiechu. Cisza nie była dla niego pustką, a raczej formą odpoczynku. Potrzebował spokoju, nie szukał wrażeń. Praca nadawała jego życiu powolny, miarowy rytm i była jedną
z nielicznych radości, jakie go spotkały.

Wracając wieczorem ze swojego biura do mieszkania, brodził w żółto-brązowym dywanie liści ścielącym się na deptaku. Przez głowę przebiegła mu myśl z dramatu Wyspiańskiego „Listopad to dla Polski niebezpieczna pora”… Uśmiechnął się do siebie, szczelniej otulając się szalikiem. Zimno osiadało powoli na miasto. Zmrok zapadał jeszcze bez pośpiechu. Nie spieszył się. Wysiadał z autobusu, kiedy zadzwonił telefon. Adam wiedział czego może się spodziewać. Połowa listopada, więc jak co roku, jego dobry przyjaciel Bernard wyjeżdżał do córki, do Stanów Zjednoczonych. Przez kilka tygodni musiał zająć się jego sprawami zawodowymi. Pracowali od lat w jednym fachu, znali się od czasów zabaw na podwórku. Nawet mieszkanie, w którym Adam mieszkał, zawdzięczał w gruncie rzeczy jemu. Z życzliwości i sentymentu dla przyjaciela zgadzał się przejmować jesienią jego obowiązki administratora kamienicy. Był wdowcem. Dzieci odwiedzały go rzadko. Nie miał wielu obowiązków.

Po tygodniu pojechał do przyjaciela odebrać dokumenty. Wchodził schodami na piętro powoli, swoim tempem. Korytarz pachniał wilgocią i świeżo pieczonym ciastem, jakby przechowywał w sobie ślady cudzych wieczorów. Taki zapach potrafił ożywić stare wspomnienia – Adam uśmiechnął się do siebie. Wyjął klucze z kieszeni. Drzwi otwierały się ciężko, jakby mieszkanie zdążyło już przywyknąć do nieobecności właściciela. Wewnątrz panował niemal sterylny porządek. Na stole w salonie leżała teczka przygotowana przez Bernarda, po którą przyjechał. Płaszcz, jeszcze wilgotny od deszczu, odwiesił niedbale na krzesło. Rozsiadł się wygodnie i zaczął przeglądać dokumenty, nad którymi miał spędzić najbliższych kilka dni.

Były to księgi czynszowe, stare koperty z listami i wykaz lokatorów budynku, w którym od przecież lat mieszkał. W kamienicy znał wszystko na pamięć. Dźwięk trzeszczących schodów, poręcz z obdartym lakierem, podwórko, z którego widać okna wszystkich mieszkań. Przerzucał kartki mechanicznie, z wyraźną wprawą wynikającą z wieloletniego doświadczenia. W pewnym momencie jego uwagę przykuło coś drobnego, niemal nieistotnego. Daty w nagłówkach zmieniały się poprawnie, regularnie, ale te wpisane w kolumnie nazwisk kilku lokatorów już nie. Czas na tych dokumentach jakby się zatrzymał. Wiek lokatorów wpisany ołówkiem nie zmieniał się. Rok po roku, ta sama cyfra. Bez żadnej poprawki. „Dziwne” – to słowo powracało uparcie, gdy jego wzrok przesuwał po kolumnach wpisanych cyfr.

Kiedy zamknął za sobą drzwi, teczka zdawała się ciążyć mu w ręku bardziej niż powinna. Droga powrotna minęła szybko. Dopiero znajomy zarys bramy uświadomił mu, że jest na miejscu.

Kamienica wchłonęła go bez pośpiechu, jakby znała ciężar jego kroków od dawna. Klatka schodowa oddychała chłodem i wilgocią, a wątłe światło sączyło się niepewnie z żarówek. Minął drzwi sąsiada, zza których dobiegał szmer radia, ten sam, który pamiętał sprzed lat. Pnąc się wyżej po schodach, coraz bardziej nabierał przekonania, że budynek zasysa każdą chwilę, gromadzi w sobie resztki dawnych dni. Z mieszkań dobiegały te same dźwięki, które znał od lat. Szuranie kapci, kaszel, woda płynąca przez rury, szmer telewizorów, tworzyły niby złożoną symfonię. Przechodził, a drzwi uchylały się i zamykały, jakby ktoś pilnował porządku, sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. Twarze lokatorów pojawiały się i znikały, niezmienione jak fotografie tkwiące w rodzinnym albumie. Mijał ich kiwając jedynie głową na przywitanie, ale cały ten zamknięty krajobraz, zaczynał go niepokoić. Wiedział co za chwilę się wydarzy, Nazbyt dokładna znajomość i przewidywalność rzeczywistości.

To, co zobaczył na drugim piętrze zatrzymało go w pół kroku. Po wytartej wykładzinie biegło małe rude kocię, drobne, ale niezwykle zwinne. Dobrze znał ten obraz. Déjà vu. Przeżył to już wcześniej. Za kotkiem drobiła starsza kobieta – sąsiadka z mieszkania obok. Poruszała się powoli, z tą samą niecierpliwą troską, co lata temu, wyciągając ręce, jakby scena ta powtarzała się od dawna i zawsze w ten sam sposób. – Ach, te małe… – mruknęła, łapiąc kota. – Oby tylko z tego wyrósł! Słowa zabrzmiały znajomo. Zbyt znajomo. Adam pamiętał je dokładnie, wraz z tonem głosu i lekkim westchnieniem na końcu wypowiadanego zdania. Wtedy też był listopad. Stał w tym samym miejscu, z kluczami w dłoni. Kobieta zniknęła za drzwiami, a korytarz opustoszał. Stał jeszcze chwilę w ciszy, próbując znaleźć w pamięci jakieś różnice między tymi zdarzeniami. Nie potrafił nic znaleźć. Ukłucie tej świadomości było nagłe i przeszyło go niczym pocisk.

Wszedł do mieszkania. W przedpokoju powiesił płaszcz. Szybko spojrzał do teczki. Ta kobieta spod 27. była jedną z lokatorek, której wiek nie zmienił się od prawie dekady. Myśli zaczęły galopować. Tyle lat w pozornie bezpiecznej przestrzeni. W spokojnej rutynie. – „Co to właściwie znaczy?!” – myślał. Sięgnął po długopis, aby wszystko poprawić. Przelotnie spojrzał w lustro. Zobaczył siebie jako młodego, radosnego młodzieńca. Obok stała uśmiechnięta Zofia. Żona, którą pamiętał z rozmywających się z czasem wspomnień. Nie dostrzegał jeszcze, że starość zaczęła zabierać mu pamięć. W odbiciu lustra czas cofnął się do odległych lat i gestów, które teraz, w ten listopadowy wieczór zaczęły nabierać sensu. Objął ją czule.

Co się dzieje? – pomyślał. Przysiadł na chwilę. W rytmicznym wydawało mu się biciu serca poczuł spokój. Tak. Ukojenie… Wieczny sen.

Nie wszystko musi być oczywiste. I nie potrzebuje wyjaśnienia.



ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...