wtorek, 19 grudnia 2023

Gdy na niebie pierwsza gwiazdka…

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Moje święta z dzieciństwa przepojone były radością z wigilijnych i świątecznych obrzędów, ubieraniem choinki, odwiedzaniem rodziny i znajomych. W naszym domu długo nie było prezentów pod choinką… Jak byliśmy zupełnie mali, to dzwoneczek oznajmiał, że Aniołek właśnie ubrał choinkę. Natomiast pojawienie się pierwszej gwiazdki w dzień wigilijny było sygnałem do rozpoczęcia uroczystej kolacji. Tato – Adam – w wigilię obchodził imieniny, więc świętowanie, i to huczne, zaczynało się już kilka dni przed świętami. W samą wigilię goście już właściwie nie przychodzili, ale tradycją stały się odwiedziny państwa Stanisławy i Czesława Puków. Czesław Puka (1930-2008) był młodszym kolegą mojego taty z Żabna. Na kilka godzin przed pasterką przenosili się wspomnieniami do czasów swego dzieciństwa, młodości… Ileż to niezapisanych opowieści o mieszkańcach Żabna i Radomyśla n/Sanem przepłynęło w te powigilijne wieczory! Pan Czesław zawsze, chciał tego czy nie, wkręcał się w różne aferki, bywało ciemne sprawki, a tych w czasach okupacji a i po wojnie przecież nie brakowało. W końcu, jako uczeń szkoły średniej, wylądował w więzieniu, a potem zawsze już był na cenzurowanym, jako „element politycznie niepewny”. Wzmocnieni, nie tylko jadłem, szli do kościoła przy klasztorze kapucynów na pasterkę. Pamiętam anegdotę, jaka o panu Czesławie przetrwała w naszej rodzinie do dzisiaj… Przed jedną z pasterek odbyła się gorąca dyskusja na temat prawidłowego śpiewania kolęd. Pan Czesław mówił, że ludzie już tyle lat w mieście mieszkają, a wciąż nie potrafią pozbyć się gwarowej mowy, bo śpiewają w kolędzie „Z narodzenia Pana”:

Każdy pyta: Co się dzieje?
Czy nie świta? czy nie dnieje?
Skąd ta łuna bije, tak miła oku!

A przecież powinni śpiewać:

Skąd ta ona bije, tak miła oku!

I rzeczywiście pan Czesław wbrew wszystkim i wszystkiemu, nawet logice, śpiewał w klasztorze tę kolędę, wyraźnie podkreślając słowo „ona”…

Sama Wigilia, a właściwie przygotowania do niej, zaczynały się dużo wcześniej. Opłatki! Te trzeba było chronić przed nami, przed przedwczesnym zjedzeniem, bo tajemniczy smak opłatka przyciągał i kusił niesforne dzieciaki… Opłatki, w czasie adwentu, roznosił organista Marian Ziemiański. Pod nosem wąsik, w ustach papieros i ostry, spracowany śpiewem głos. Jak to organista – nie stronił od mocniejszych trunków. Gdy pojawiał się popołudniową porą, bywało, był już pod „dobrą gwiazdą”. Rodzice zastanawiali się, jak on zagra i zaśpiewa podczas wieczornych nieszporów… Zimą chodził w długim płaszczu z futrzanym kołnierzem i skórzanej pilotce podszytej futrem. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego, wieloletniego proboszcza rozwadowskiej fary, a jego żona – Waleria – latem sprzedawała piękne kwiaty ze swego ogrodu. Rodzice wysyłali mnie często do pani Ziemiańskiej po tulipany, róże… Odrywała się zazwyczaj od kuchni, brała sekator i szliśmy do ogrodu. Zawsze była miła, uśmiechnięta, prosiła bym pozdrowił rodziców. Wizyta organisty była hałaśliwa. Opowiadał jakieś ploteczki z miasta, śmiał się głośno. Zostawiał opłatki, które wyjmował z ogromnego wiklinowego kosza i wypiwszy dla zdrowotności kieliszeczek przedniej wódeczki alibo też koniaczku, złożywszy świąteczne życzenia, szedł dalej.



Na święta, najważniejsze było drzewko. Choinka! Choinka, w czasach mego dzieciństwa, pochodziła często z nielegalnego wyrębu, z czego bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy. Musiała to być jodła. Przywozili ją w wielkiej tajemnicy pracownicy taty, którzy mieszkali w okolicznych wioskach otoczonych lasami pięknymi lasami. Nasza choinka zawsze była piękna! Wtedy sprzedaż drzewek świątecznych nie była tak powszechna, jak dzisiaj… Choinki – jak wszystko się zdobywało! Kolejnym atrybutem świąt były ryby. Ryby, czyli karpie, łowione w okolicznych stawach, zawsze pachniały mułem, co mamie – Stanisławie, albo Stasi, jak nazywał ją tato – strasznie przeszkadzało. Odbywały więc kwarantannę w wannie – ku naszej uciesze. Można było bowiem dotknąć rybę, pogłaskać ją, spojrzeć na ruszający się pyszczek. Tragedia zaczynała się wtedy, gdy uświadamialiśmy sobie, że rybki, które jemy podczas Wigilii, do niedawna były naszymi wodnymi przyjaciółmi… Wtedy skończyły się wannowe kwarantanny. W rodzinie opowiadają o mamie anegdotę rybną… Zdarzyło się kiedyś, że ryby trzymane w wannie usnęły. Mama wpadła w panikę, że ryby zdechły i trzeba je wyrzucić. Na nic tłumaczenia taty się zdały. Mama kazała, tato zrobił... Z niemałym trudem zdobył następne karpie… A przy okazji imienin, mama została pouczona przez przyjaciela rodziny,  pana Józefa Ciołkosza, że ryby
usypiają i nic nie stało na przeszkodzie, by można je było przygotować je do jedzenia... Przez długie lata tato przypominał w czasie świąt to zdarzenie, podśmiewając się z mamy! Zatem ryby od połowy grudnia blokowały łazienkę… Ale grzyby, oczywiście prawdziwki, już od lata zbierane były i suszone, z myślą o przede wszystkim uszkach do wigilijnego barszczu. Drugim celem zbierania grzybów, oprócz oczywiście samej przyjemności, były grzybki marynowane w occie. Pychota! Tak przyrządzonych jak w domu, nie spotkałem nigdzie! Oczywiście najsmaczniejsze są prawdziwki, ale w niczym nie odbiegają smakowo, te mniej szlachetne, podgrzybki. Kiedyś, gdy wiosną zbierano maślaki, to jesienią – nawet w czasie przymrozków – wybierano się do lasu na gąski. Były to grzyby o zielonkawych kapeluszach, które rosły zazwyczaj w piaszczystych glebach. Dlatego też bardzo trudno było je wypłukać. Piasek często zaskrzypiał w zębach, kiedy przegryzało się a to wędlinkę czy wódeczkę smakowitą marynowaną gąską… Tato opowiadał czasami anegdotę związaną właśnie z gąskami. Były to lata 70-te, oczywiście XX wieku. Na grzyby urywali się z pracy często ze swoim szefem, prezesem Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, Tadeuszem Krawczykiem i Marianem Głowackim. Pewnego dnia przywieźli całe torby gąsek!
– Jak to cholera wypłukać!? – martwił się prezes.
– A co to za problem! – powiedział wtedy Marian Głowacki. – Ja wkładam do pralki, zalewam wodą, włączam na chwilę i problem z głowy! Ziarnka piasku nie znajdziesz!
Następnego dnia prezes od rana nie miał humoru… Burczał na wszystkich. Awanturował się o byle co. Dopiero pod koniec dnia przyznał się, że zastosował dobrą radę pana Mariana i z całego obfitego zbioru grzybów zostało tylko wspomnienie… Do dzisiaj wspomnienie tej anegdoty wzbudza śmiech!

Tak więc barszcz z uszkami z grzybowym farszem stanowił podstawowe danie wigilijnej kolacji. Potem była kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami, i na koniec smażony karp w panierce. Mistrzostwo świata w wykonaniu mojej mamy! A popijało się wspaniałym kompotem z suszu. Taki kompot, podobnie jak i karp, smakuje tylko w ten jeden jedyny dzień. Podawany w inne dni dla mnie nie ma w ogóle smaku. Karp, smażony z cebulką, podawany był z gotowanymi ziemniaczkami lub chlebem, a do ryby chrzan, w późniejszym okresie także cytryna. Tego dnia, nikt już właściwie nie miał ochoty na jedzenie. Dopiero kolejne dni świąteczne otwierały gamę smakołyków! Sałatki jarzynowe, śledziki w śmietanie, karpik w galarecie, galaretki ze świńskich nóżek, kiełbasy i szynki swojskie pochodzące z okolicznych wiosek od najlepszych masaży! Takich smaków wędlin dzisiaj, choćby nie wiem jak się wysilali, nie osiągną! Na drugi dzień świąt serwowała mama gęś nadziewaną, albo indyka. Te najwcześniejsze, jakie pamiętam, przywoziła babcia Leokadia z Żabna, potem gęsi dostarczała zawsze ciocia Todzia Adamska z Witkowic. Dzisiaj nikt, ani w Żabnie ani w Witkowicach, nie hoduje gęsi czy indyków… A w tamtych czasach strach było przejść przez Błonia w Żabnie, bo grasowały tam stada gęsi pilnowane przez gąsiorów harcowników atakujących przechodzących ludzi, jakże często łapiących pomarańczowymi dziobami za łydki… W zagrodzie, jeśli były indyki, też nie można się było czuć bezpiecznym, bo taki rozzuchwalony indor atakował bezpardonowo! A jak nie on, to bezczelny kogut siejący w zagrodzie postrach nie tylko wśród kur… Dzisiaj powiedzenie wzięte z Jana Kochanowskiego – „wsi spokojna, wsi wesoła” nabrało znamiennego znaczenia, bo rzeczywiście już nie słychać ani domowego ptactwa, ani krów, koni czy świnek…

Bardzo ważnym elementem świąt były szopki bożonarodzeniowe w naszych kościołach. W farnym – parafialnym rozwadowskim kościele pw. Matki Bożej Szkaplerznej, nigdy mi się nie podobała. Statyczna, jakby budowana bez emocji, ze zwykłego obowiązku, mało kameralna szopka. Zawsze „kasowała” ją szopka kapucyńska! Zazwyczaj była to ruchoma szopka, z przesuwającymi się po okręgu figurkami, oddającymi cześć małemu Jezuskowi śpiącemu na sianie w żłobku, przy którym stali w zadumie Maria i Józef, a w tle wół i osiołek. Przed balustradą stał aniołek – skarbonka – kiwający główką po wrzuceniu monety. Oczywiście kiwnięcie było głębsze, jeśli moneta była cięższa… Już jako licealista kilkakrotnie uczestniczyłem w budowaniu bożonarodzeniowej szopki w klasztorze. Zarządzali wtedy konwentem wspaniali i niezapomniani kapucyni – o. Edmund Haracz i o. Stanisław Padewski (po latach, kiedy wyjechał na Ukrainę, został biskupem), a rezydentem w tamtym klasztorze był przez jakiś czas ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski – historyk, etnograf i pedagog, nade wszystko znawca regionu rozwadowskiego, autor wielu wspaniałych książek dokumentujących dzieje i kulturę społeczną i materialną Rozwadowa i okolic. Klasztorną szopkę budowali niemal wszyscy współbracia zakonni oraz chętni wolontariusze. Z jaką przyjemnością patrzyło się później na zachwycający efekt pracy!

Zwieńczeniem świąt były „Jasełka” – spektakl słowno-muzyczny prezentowany przez dzieci. Och, jakie to emocje czasem uczestniczyły obsadzaniu ról! Najgorzej było z rolą Matki Boskiej… Każda dziewczynka chciała odgrywać tę rolę… Nie pamiętam, kto zajmował się reżyserią „Jasełek”. Odbywały się a to w klasztorze, a to w kościele parafialnym, ale także w rozwadowskiej szkole podstawowej (była także szkoła podstawowa w Charzewicach – dzisiaj znajduje się w tym budynku, dawnym pałacu Lubomirskich, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli). Pamiętam, że te szkolne „Jasełka” reżyserowała pani Maria Grodecka – nauczycielka biologii i geografii w rozwadowskiej szkole.

Ten bożonarodzeniowy czas, dla mnie to także czas obawy, wręcz lęku, bo po domach chodzili kolędnicy poprzebierani w tak straszne stroje! Jak byłem mały uciekałem, chowając się przed nimi po pokojach, potem – uspakajany przez rodziców – z niepokojem spoglądałem na przedstawienie. Na żołnierzy, Monarchów, Heroda – któremu obcinano głowę, Śmierć z kosą, którą obcinała królowi głowę, Diabła – który widłami zabierał Heroda do piekła, bo był brzydki…

Do dzisiaj słyszę słowa Śmierci:

Przyjdzie tu ktoś po ciebie z diabelskiego kraju
Pójdź no tutaj amorku, wnuczku Lucypera,
Piekło oczekuje tego bohatera!

I pełnym zamachem kosy ucina głowę Herodowi… Po podłodze toczy się główka kapusty… Ja przerażony słyszę spokojny, zimny głos śmierci:  

Przez rozkaz niebieski ścięłam łeb królewski…

Nagle zza drzwi wyskakuje czarny diabeł z czerwonymi rogami i długim ogonem, wymachuje widłami krzycząc:

Królu Herodzie! Za twe zbytki marsz do piekła, boś ty brzydki!

I wypycha Heroda bez głowy do piekła, czyli do korytarza… Przez kilka dni bałem się tam wieczorową porą sam wychodzić do ciemnego korytarza… Przecież tam piekło, król bez głowy i Lucyper…
Inną przerażającą postacią był Żyd – garbaty, obdarty, miał laskę, jakiś tobołek i przez wszystkich był pomiatany, choć to jemu zadawano trudne pytania. Pamiętam jakiś absurdalny dialog Króla Heroda z Żydem... W tych strasznych postaciach i scenach gubili się Anioł i Matka Boska – postaci pełne łagodności i spokoju… W tamtych czasach kolędników wszyscy przyjmowali, bo zamknięcie drzwi przed nimi było dyshonorem… Młodzi ludzie przez kilka miesięcy uczyli się ról, przygotowywali stroje, śpiewali kolędy, czasem dopisywali swe teksty. To było małe teatralne przedstawienie, za które oczywiście otrzymywali od ludzi jakieś drobne pieniądze. Nikt nie odmawiał, ludzie płacili chętnie! To był czas, kiedy powszechne było tylko radio, a telewizor w życiu ludzi był jeszcze prawie nieobecny! Dzisiejsi kolędnicy chodzą tylko po to, by wyciągnąć od ludzi pieniądze (jeśli są grupy, które inaczej do tego obyczaju podchodzą – to przepraszam). W mojej rodzinie do dzisiaj powtarzana jest anegdota dotycząca święta Trzech Króli. Wtedy był to zwykły dzień pracy i szkoły… Z klasztoru przynosiło się świecone kredę i kadzidło. Na drzwiach wypisywało się tradycyjne „K + M + B” zwieńczone bieżącym rokiem. Napis trwał na drzwiach przez cały rok! Bardzo denerwowało mnie, że mamy w domu drzwi pomalowane na biało. Nic nie było widać, a w tamtych czasach dostęp do kolorowej kredy był w zasadzie niemożliwy, bo i w szkole raczej kreda kolorowa była rarytasem. Przez całe lata byłem pewien, że ów skrót „KMB” oznacza pierwsze litery imion wędrujących do nowo narodzonego Jezusa królów, czy jak inni twierdzą magów – Kacpra, Melchiora i Baltazara. A z błędu nie wyprowadzali ludzi – bo przecież nie tyko ja tak uważałem – księża. Tymczasem prawidłowy zapis powinien wyglądać następująco: „C + M + B + 2024”, co oznacza „Christus Mansionem Benedicat 2024” czyli „Niech Chrystus Błogosławi ten dom na rok 2024”. Ponieważ z kredą nie mogłem poszaleć, to kadzidło, przynoszone z klasztoru w papierowych tutkach, od razu wędrowało na rozgrzaną blachę pieca kuchennego (w domu mieliśmy piec, na którym gotowało się jedzenie; o gazie wtedy w Rozwadowie nie mogło być mowy, a prąd – nie dość że drogi, to wystarczył mocniejszy wiatr zrywający kable i przez dwa, trzy dni mogło nie być prądu). Zatem kadzidło wędrowało na rozgrzaną blachę kuchni i spalało się wydając ujmujący zapach panujący tylko w kościele. Drobiny bursztynu topiły się, a inne zioła żarzyły, pozostawiając na blasze czarne, trudne do usunięcia naloty. Kiedy wracali do domu rodzice, oczywiście nie mogło się obyć bez małej awantury. Bo chyba tylko ja mogłem wytrzymać w takim zadymieniu. Otwierali okna, mroźne powietrze wpadało do mieszkania, chcieli mi zabrać kadzidło, ale ja miałem swoją wersję, że wszystko spaliłem święcąc, zgodnie z tradycją, mieszkanie. Na to „święcenie” szła połowa kadzidła, druga zostawała zakamuflowana w kącie szafy i czekała na odkrycie… No cóż, zabawy z kadzidłem skończyły się, gdy nadszedł kres pieca kuchennego… Po latach pojawiły się przywożone z Dalekiego Wschodu trociczki, przypominające czasem zapach rodzimego kadzidła, ale to nie było i nie jest już to samo. Tak nawiasem mówiąc, kadzidła kościelne też już nie mają tego zapachu, choć pewnie receptura od wieków się nie zmieniła…

Było pięknie i radośnie! W takim nastroju wkraczaliśmy w okres karnawału!



ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...