„Dnia
dwudziestego października 1969 roku kolega Piotr Tarczyński znalazł na budowie,
która mieści się na rynku, pokrywkę od glinianego garnka. Znaleziona została
między drugą a trzecią warstwą ziemi. Znajdują się na niej ślady okopcenia.
Możemy stwierdzić, że jest pokrywka, która znajdowała się w czasie pożaru
ratusza, ewentualnie z pożarów Rozwadowa. Warstwy, na których znajduje się Rozwadów:
1. mieszanka; 2. ziemia brązowa; 3. piasek zanieczyszczony; 4. Mieszanka; 5.
żwir (rzadki); 6. spalenizna (drzewo i opalone cegły); 7. piasek brąz.”
Pamiętam, że był to pogodny dzień. Poszliśmy z Piotrem Tarczyńskim na Rynek, chyba po lekcjach. Na wykopach nie było już robotników. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Nie pamiętam, czemu te wykopy miały służyć? Może pod fundamenty wznoszonej restauracji „Wzorcowa”? Jedno z miejsc się wówczas chyba zapadło, odsłaniając otchłań piwnic dawnego ratusza. Nie wiem, czy ktoś wówczas odważył się tam wejść? Nasza wyprawa na rynek zainspirowana była oczywiście przez ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Najpierw wysłuchaliśmy wykładu co to jest, i jak ważna w datowaniu zabytków archeologicznych, stratygrafia. Celem ekspedycji było zrobienie rysunku i pobranie próbek z warstw stratygraficznych. Nie spodziewaliśmy się jednak znaleziska… W warstwach oznaczonych dwójką i trójką natknęliśmy się na skupisko skorup ceramicznych. W oczy rzucał się uchwyt pokrywki. Zebraliśmy wszystkie fragmenty. Potem, w domu, po oczyszczeniu, okazało się, że „pasują” do siebie. Poskładaliśmy, a kilka dni później skleiliśmy. Wyszła niemal cała piękna gliniana pokrywka garnka. Ciekawe, czy potłukła się podczas pożaru ratusza, albo podczas pożaru Rozwadowa w czasie I wojny światowej? A może po prostu, gospodarzowi handlującemu na przykład ogórkami kiszonymi wypadła z ręki i tak już została do 1969 roku?
Klejenie
znalezionych fragmentów ceramiki do łatwych nie należało, choćby z tego
względu, że w tamtych czasach nie można było kupić kleju. Musieliśmy sami, dla
własnych potrzeb, go przygotowywać. Oczywiście z pomocą przyszedł ks. Wilhelm
Gaj-Piotrowski, który przekazał nam recepturę. Do zrobienia kleju potrzebny był
przeźroczysty, giętki plastik. Pozyskiwałem go z elementów wzmacniających koszule.
Pocięty na drobne kawałeczki, zalewaliśmy rozpuszczalnikiem Tri. Ten
rozpuszczalnik cieszył się złą sławą, bowiem młodzi ludzie odurzali się nim, co
doprowadziło w końcu do wycofana go ze sprzedaży – przynajmniej pod tą nazwą.
Klej jednak był niezawodny!
Chyba
rok wcześniej, też jesiennym popołudniem, wybrałem się na rowerową wyprawę w
towarzystwie ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Celem było obejrzenie i sfotografowanie
tzw. Dębów Jagiełły, które rosły przy drodze do Sandomierza, między Turbią a
Zbydniowem. Rosły samotnie po prawej stronie drogi, zwracając na siebie uwagę.
Za nimi stał drewniany dom. Dokonaliśmy oględzin drzewa i opisu:
Dzisiaj śladu po tych „Pomnikach przyrody prawem chronionych” nie ma. Fotografie się gdzieś zawieruszyły. Nie ma też drewnianego domu i nie wiem, czy potrafiłbym odnaleźć to miejsce… Obmierzając wówczas drzewa na „harcerski” sposób, bo nie mieliśmy żadnej taśmy mierniczej, ksiądz wypatrzył w burej korze jednego z drzew zardzewiałą






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz