Kierunek
Wiślica!
Niedziela, 3 lipca 2022 roku,
zapowiadała się interesująco. Wyprawa do Wiślicy!
Pojechałem tam nie pierwszy raz.
Jako uczeń szkoły podstawowej rozczytywałem się w „Słowiańskim rodowodzie”
Pawła Jasienicy. A w latach 70-tych XX wieku, już jako zdecydowany studiować
archeologię, udało mi się tam w końcu dotrzeć. Namówiłem rodziców, że koniecznie
trzeba jechać na wycieczkę do Wiślicy…
– Do Wiślicy? – zapytał tato Adam
podejrzliwie.
Rodzice nieufni mym
zainteresowaniom, dali się jednak namówić, stwierdziwszy, po spojrzeniu na
mapę, że po drodze będzie Busko Zdrój – miejsce westchnień wracających stamtąd kuracjuszy…
Codzienne życie kuracjuszy Buska Zdrój i innych zdrojowisk to zupełnie inny
temat… Pojechaliśmy zatem w słoneczną niedzielę naszą białą syrenką 104, numer
rejestracyjny RT-1930… Rejestrację pamiętam do dziś, wszak to był nasz pierwszy
wymarzony samochód, którym przemierzyliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, o NRD nie
wspominając. W skład ekipy, oprócz mnie i taty – jako kierowcy, weszli mama
Stanisława, siostra Anna i Grażyna Walczak – wnuczka doktora Romana Szanka,
naszego sąsiada z pierwszego piętra. Był lekarzem pediatrą w naszym ośrodku
zdrowia. Grażyna przyjeżdżała na miesiąc wakacji do Rozwadowa z Wrocławia. W
Wiślicy obejrzeliśmy kościół, na
grodzisko – idąc na przełaj przez pola
dotarłem sam, bo towarzystwo ubrane było na deptak buski, a nie wędrówki po
polnych drogach. I tyle… Cały ciężar wyprawy przeniósł się na brylowanie w
zdrojowisku… Jakie to musiały dla mnie być nudy…Niestety przez lata, mimo że przy
różnych okazjach wstępowałem do Wiślicy, nie udało mi się obejrzeć jej
„skarbów”, o których pisał Jasienica, potem Janusz Roszko w książce „Pogański
książę silny wielce”. Utworzone po wykopaliskach muzeum było albo zamknięte,
albo w remoncie…
W końcu się udało kilka dni po
otwarciu, z wielką pompą (Wiślicy się to należało), Muzeum Archeologicznego w
Wiślicy, które jest filią Muzeum Narodowego w Kielcach. Jest więc nadzieja, że
przez następne lata zabytki Wiślicy będą dostępne dla zwiedzających. Pod okiem
sympatycznej przewodniczki (zwiedzanie indywidualne jest niemożliwe) wchodzimy
najpierw do części, którą archeolodzy rozkopali w latach 50-tych XX wieku, pod
ulicą Batalionów Chłopskich, a za czasów Kazimierza Wielkiego noszącą miano
Solnej. Wynikałoby z tego, że już wtedy ta część wiślickiego grodu skrywała
fundamenty pierwszych świątyń, o których ówcześni mieszkańcy miasta nie mieli
pojęcia. Zwracał na to zresztą uwagę w swej reporterskiej relacji Paweł
Jasienica. Nieopodal Kazimierz Wielki wznosił gotycką kolegiatę, którą do dzisiaj
podziwiamy, a obok powstawał Dom Jana Długosza.

Z pomostów spoglądamy na
zachowane fundamenty jednej z najstarszych na ziemiach polskich
wczesno-romańskiej świątyni, prawdopodobnie pod wezwaniem św. Mikołaja, z
drugiej połowy XI wieku. Była niewielka, czworokątna – 4.65 x 3.3 m, z
półkolistą absydą (szerokości 2 m) odkrytej w 1958 roku. Obok odsłonięto
tajemniczą kolistą lub ośmioboczną gipsową misę (średnica ok. 4 m) z podium o
trapezoidalnym kształcie. Odkrywcy, prof. Włodzimierz Antoniewicz i doc. Zofia
Wartałowska, twierdzili, iż jest to baptysterium, chrzcielnica, dowodząca o
przyjęciu chrztu w obrządku wschodnim ok. 880 roku przez księcia Wiślan.
Współczesne badania archeologiczne wykluczają jednak tę interpretację. Faktem jest,
iż ok. 880 roku Państwo Wielkomorawskie podbiło kraj Wiślan…
Prawdziwy skarb
wiślicki – odkryty przez Andrzeja Tomaszewskiego – skrywa się jednak w
odkopanych pomieszczeniach znajdujących się pod kolegiatą. To słynna Płyta
Orantów! Posadzka wykonana z gipsu jastrychowego, o wymiarach 2,5 x 4,1 m, umieszczona była
w starszej romańskiej świątyni pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, której
fundatorem był książę Henryk Sandomierski. Fundator zginął w 1166 roku w wyprawie
zorganizowanej przez Bolesława Kędzierzawego przeciw Prusom i miał spocząć w
Wiślicy. Według krakowskiego historyka sztuki, prof. Lecha Kalinowskiego, posadzka
powstała między 1175 a 1177 rokiem, a jej fundatorem był książę Kazimierz Sprawiedliwy
– następca Henryka. Płyta składa się z dwóch kwadratowych pól obramowanych
zdobną bordiurą wypełnioną motywami roślinnymi i zwierzęcymi. W lewym pasie
zauważymy lwa, centaura, smoka i bazyliszka, a w górnym dwa lwy przy drzewie życia.
W górnej części znajduje się fragment inskrypcji w języku łacińskim o
następującej treści: „
HI CONCVLCARI QUERUNT VT IN ASTRA LEVARI
POSSINT ET PARITER VE…” („
Ci chcą być podeptani, aby mogli być
wzniesieni do gwiazd i zarówno…”), co interpretuję się, że przedstawione
osoby pokazują w ten sposób swoją pokorę, by być wyniesionym i wiecznie
nagrodzonym.
Na obydwu polach płyty umieszczone
zostały trzy postaci z głowami wzniesionymi ku górze i dłońmi w pozie
modlitewnej. Jakakolwiek identyfikacja postaci jest bardzo ryzykowna i bardzo
wątpliwa. Badacze, na podstawie nielicznych dokumentów, próbują jednak przypisać
poszczególne postaci najważniejszym osobom z epoki. Na pierwszej – górnej, na
której według historyków umieszczono osoby zmarłe – znajdują się Henryk
Sandomierski (z brodą), obok którego stoi Kazimierz – pierworodny syn
Kazimierza Sprawiedliwego (dziecko) oraz  |
Prof. W. Zalewski przy pracy.
|
duchowny – prawdopodobnie dostojnik z kolegiaty
wiślickiej. Dolna część przedstawia prawdopodobnie księcia Kazimierza
Sprawiedliwego, jego żonę Helenę Znojemską i syna Bolesława. Istnieje też wersja,
że brodaty mężczyzna z tej części, to Bolesław Kędzierzawy z żoną i synem
Leszkiem. Pewnie nigdy nie będziemy mieli pewności, kim tak naprawdę są postaci
na Płycie Orantów. Tak jak nie poznamy też jej twórców, którzy wyżłobione w
gipsie rowki wypełniali zabarwioną na czarno masą gipsową. Warto też wspomnieć,
że stan zachowania Płyty Orantów, to zasługa krakowskiego konserwatora z
Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki prof. Władysława Zalewskiego

Jakże inaczej, po wizycie w
podziemiach, ogląda się piękną, strzelistą, kolegiatę. Podziwiamy ocalałe
fragmenty gotyckich malowideł! Ciekawie prezentują się filary wspierające gotyckie
sklepienie i dzielące świątynię na dwie nawy. W ołtarzu głównym kamienny
gotycki posąg z końca XIII wieku słynącej cudami Madonny Łokietkowej. Przed jej
posągiem miał modlić się o zjednoczenie ziem polskich książę Władysław
Łokietek. Kiedy odwiedziłem kolegiatę pierwszy raz, Madonna Łokietkowa
umieszczona była na filarze. Nad
bocznym wejściem do kolegiaty podręcznikowa,
gotycka płyta przedstawiająca króla Kazimierza Wielkiego klęczącego przez Matką
Boską. Za nim, biskup Bodzanta wspierający go dłonią. Niektórzy intepretują ten
gest zupełnie inaczej… Mówią, że trzyma go, by się nie rozmyślił i nie umknął,
albo że popycha go by klękał… Te różne interpretacje wiążą się z tym, że m.in.
kolegiata wiślicka jest kościołem ekspiacyjnym fundowanym przez Kazimierza
Wielkiego, który miał doprowadzić do utopienia w Wiśle jawnie krytykującego
niemoralne prowadzenia się króla ks. Marcina Baryczki.
Na koniec idziemy na grodzisko z
X wieku położone na łąkach. Po drodze mijamy słynną Psią Górkę. Podobno w tym
miejscu wyegzekwowano karę „odszczekania kłamstwa” na Gniewoszu z Dalewic,
który oskarżał królową Jadwigę z złe prowadzenie się… Oprócz „odszczekania
kłamstwa pod ławą” trzeba było zapłacić karę w wysokości 70 grzywien…
I jeszcze wizyta w pięknym
Chrobrzu. To pałac i park hr. Aleksandra Wielopolskiego wzniesiony w latach
1857-60 według projektu włoskiego architekta Henryka Markoniego. Obecnie mieści
się tam Ośrodek Doskonalenia Rolnictwa. Stan zachowania pałacu i parku do
idealnych wprawdzie nie należy, ale nie jest najgorzej. Kiedyś udało mi się
nawet obejrzeć wnętrza. Dzisiaj zamknięte na cztery zamki! Szkoda, bo oprócz
wnętrz, można (było, czy dzisiaj też?) obejrzeć wystawę dokumentującą
wykopaliska na stanowiskach kurhanowych z pobliskich Pełczysk. A dla
prehistorii jest to miejsce szczególne, bo stwierdzono tam stanowiska począwszy
od młodszej epoki kamiennej (neolitu – kultury ceramiki wstęgowej rytej,
pucharów lejkowatych, pucharów dzwonowatych, sznurowej) przez epokę brązu
(kultura mierzanowicka, trzciniecka, łużycka), okres późnolateński i wpływów
rzymskich (epoki żelaza – kultura przeworska) po wczesne i późne średniowiecze.
Na koniec wędrówki wizyta w Busku
Zdroju, gdzie należy oddać się kuracjom wód wszelakich – w tym mineralnych,
powspominać czasy studenckie przy Wojtku Belonie, a na koniec być wchłoniętym w
nieograniczoną przestrzeń stworzoną przez Leona Tarasewicza.
No i zabrakło dnia…