czwartek, 28 marca 2024

Rozwadowska Wielkanoc

 


Kartka wielkanocna powielana prawdopodobnie
przez Bronisława Karakułę. Fotografia pochodzi
ze zbiorów Pawła Tokarza.

Święta Wielkanocne kojarzą mi się z mrokiem towarzyszącym śmierci i żałobie. Choć przecież powinny być radością, bo czcimy zmartwychwstanie Jezusa. Zanim do tego doszło, była przecież koszmarna, opisywana także literacko, nieludzka męka, zwieńczona barbarzyńskim ukrzyżowaniem i śmiercią Syna Boga. Śmierci boją się wszyscy, choć wiemy, że na każdego – wcześniej czy później – przyjdzie czas… Z martwych powstają tylko bogowie. Także w starszych niż chrześcijaństwo mitologiach hinduskiej, egipskiej czy greckiej. Cała reszta ludzkości ma powstać z grobów, ale tylko po to, by stawić się przed sądem – Ostatecznym Sądem…

Wróćmy jednak do rozwadowskich świąt wielkanocnych. Przedsmakiem była Niedziela Palmowa… Wszyscy szli z palmami do kościoła, a potem umieszczali je w widocznym miejscu w mieszkaniu. W domu nie robiliśmy palm. Nawet nie pamiętam, czy święciliśmy… Rodzice chyba nie wynieśli takiego zwyczaju ze swych domów rodzinnych. Dopiero później kolorowe palemki pojawiały się w domu i zatknięte za wiszące na ścianie kilimy towarzyszyły nam przez cały rok. A może też chroniły przed wszelakim otaczającym nas złem? Kto wie?! Ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski opisuje, że w okolicach Rozwadowa palmy – nie większe niż 60 cm – robiono z uschniętych traw trzcinowych zbieranych w starorzeczach Sanu. Do tego dodawano gałązki wierzbowe – „bazie” oraz zielony bukszpan. Farbowanie zaschniętych liści pojawiło się dopiero po I wojnie światowej. Palmy już wtedy podobno można było kupić u miejscowych kramarzy. Jak wspomina badacz, ludzie w czasie burzy z piorunami wystawiali palmę do okien – podobnie jak płonącą gromnicę… Palma niezbędna była też gospodarzom wiejskim przy pierwszym wyprowadzaniu bydła na pastwiska, czy sianiu prosa. 
Wielkanoc zaczynała się już właściwie we czwartek. To początek kościelnego Triduum Paschalnego – przeżywanie na kolanach męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Z jednej strony byłem zmuszany do uczestnictwa w uroczystościach religijnych w te dni, oczywiście przez rodziców, którzy czynili to nie bez zachęty ze strony księży katechetów, z drugiej pędziła mnie do kościoła ciekawość… Przecież obserwowane przeze mnie zwyczaje regionalne, tak mocno w nas zakorzenione, spajały ściśle nasze życie z kościołem. Ale nie tylko, wszak przez magiczne dla mnie obrzędy, sięgały w często w odległą, przedchrześcijańską przeszłość społeczną. Gdy sobie to pomału uświadamiałem, nie mogłem wyjść z podziwu, że pogańska słowiańskość ukryła się w kulturze ludowej, w zwyczajach przekazywanych – jak u Indian – z pokolenia na pokolenie. Wiele z nich zagospodarowali w prawiekach przedstawiciele nowej religii – spece od ówczesnego „piaru”, zakładając, że po paru pokoleniach nikt nie będzie pamiętał, że mają związek z prastarymi zwyczajami słowiańskimi. Uwrażliwiał mnie na to wspominany już duchowny, historyk, etnograf i pedagog ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski. 

To, co szczególnie zapamiętałem z tamtych dni, to cisza w kościołach. Organy nie grały, dzwony i ministranckie dzwonki milczały. Co najwyżej słychać było od ołtarza klekot kołatek… Kroki wiernych odbijające się w świątyni, szepty ich modlitw… Wszystko zamierało w oczekiwaniu na rezurekcję!

Pamiętam też Ciemnicę – czyli miejsce, w którym od czwartku do piątku przechowywano Najświętszy Sakrament. To na pamiątkę zatrzymanego, przesłuchiwanego i biczowanego,  osądzanego przez Piłata Jezusa. Po latach obserwowałem to pełne dramatyzmu Misterium Pańskie w Kalwarii Zebrzydowskiej. W rozwadowskim klasztorze kapucynów Ciemnica znajdowała się w niszy, w której zawsze budowano szopkę bożonarodzeniową, przy wejściu do Zakrystii. Przed ciemnym, okratowanym oknem klęczeli wierni i w ciszy modlili się. Bardzo chciałem zobaczyć, jak ta ciemnica wygląda w środku… Nie wypadało jednak iść i zaglądać w czarną czeluść, gdy milczący tłum na kolanach cierpi wraz z uwięzionym Chrystusem. Modląc się, rozważając mękę Chrystusa, ma się świadomość, że nie może mu pomóc, wszak nie odwróci się historii sprzed ponad dwóch tysięcy lat, bo Jezus i tak musi zginąć na krzyżu, by potem zmartwychwstać… I tak każdego roku… Udało mi się jednak kiedyś tam zajrzeć, jeszcze przed demontażem, gdy Sakrament został przeniesiony do Grobu Pańskiego… Jakież było moje rozczarowanie! Tam, za kratami była pustka, był tylko postument, na którym stała przed przeniesieniem do Grobu Pańskiego monstrancja…

Wyobraźnię niezwykle pobudzało też płonące ognisko ze święconym w Wielką Sobotę ogniem i balią ze święconą wodą, w której wierni zanurzali butelki, by wypełnione zanieść do domu. Nie pamiętam, by zabierano nadpalone gałęzie świętego ognia… Ale może na wsiach, gdzie tradycje były silniejsze, a wiara w magię tego, co święcone mocniejsza… Opowiadał mi tato, że zawsze miał przykaz od mamy – mojej babci Leokadii, by przynieść z radomyskiego kościoła wodę święconą, która w domu musiała przecież wystarczyć na cały rok! Jak to wyglądało… Jeszcze w kościele, co bardziej rozmodlonym i nieuważnym kolegom wsuwano do kieszeni otwarte butelki, wlewając im do kieszeni święconą zawartość. Gdy pytałem tatę, czy za takie wybryki w kościele ksiądz ich „nie prześwięcił”, tylko się śmiał.

– Musiałby nas złapać… – dodawał.

Butelki ponownie napełnione wodą święconą z pojemnika pod kościołem nigdy jednak nie docierały do domu. W drodze, czy to w Radomyślu czy Żabnie, chłopcy z lubością święcili wodą napotkanych znajomych Żydów, najczęściej kolegów ze szkoły. Tak więc babcia otrzymywała pełną butelkę święconej wody, ale z której studni sąsiada zaczerpniętą, nigdy nie wiedziała!

Czy zwyczaj palenia w ten dzień ogniska ma jakiś związek z „Cudem Świętego Ognia”, jaki następuje od chyba XIII wieków w Wielką Sobotę, kiedy do Grobu Pańskiego schodzi samotnie Patriarcha Jerozolimy? Obchodzi, modląc się, trzykrotnie pusty grób Chrystusa, a kiedy na płycie nagrobnej pojawiają się ogniki, odpala od nich 33 świece, z którymi wychodzi do rozentuzjazmowanego tłumu. Wierni natychmiast odpalają swe świece i przekazują ogień najbliższym sąsiadom. Wieczorem, po zachodzie słońca, przed rozwadowskimi kościołami płonęły ogniska. Kapłan święcił ogień, a potem od tego ognia zapalał świecę paschalną, którą w uroczystej procesji wnoszono do kościoła i umieszczano w specjalnym świeczniku przy ołtarzu. Wierni od jej ognia zapalali swe świece, podając ogień najbliższym sąsiadom. Jak wspomina ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski, wierni do wody święconej wrzucali kawałki spalonych w ognisku gałązek tarniny, uznając, że woda święcona ma wtedy większą moc. W Rzeczycy Okrągłej z koszykiem święconki szybko zmierzali do domu, wyprzedzając znajomych, nie zatrzymując się po drodze, bo kto wcześniej wejdzie do domu, temu najbardziej obrodzi proso. Podobnie było w Charzewicach i Pilchowie, gdzie przestrzegali się wzajem, by prosto z kościoła wracali do domu i nie plątali się byle gdzie, bo „proso zarośnie”. Często też, zanim święconkę wniesiono do domu, okrapiano wodą święconą dom, stodołę, stajnię, kilka kropel wlewano do studni, w rogach domu umieszczano spalone gałązki tarniny wyjmowane ze święconej wody oraz święcono wnętrze domu – mówiąc w Charzewicach „Święcone do domu, robaki z domu”, a w pobliskim Pilchowie „Święcone do domu, wszystko złe z domu”… Dopiero wtedy wnoszono święconkę do domu! A co święcono? No cóż – wszystko! Kiedyś gospodynie nie w koszyczkach niosły swe święconki do kościoła, a „w zajdkach na plecach, tak było tego dużo”, a w Rozwadowie niesiono kosze jedzenia, nie symboliczne – jak dzisiaj – koszyczki. Co się w nich znajdowało? Cytuję zatem co gospodyni z Rzeczycy niosły do poświęcenia: „bochen żytniego chleba, cały placek, trzydzieści jaj gotowanych, duży ser, pół »litry« masła (osełka), całą kiełbasę, »pasek wędzonki«. W Pławie dodawano też kawał »śtuki« (słoniny). Oprócz tego w każdym święconym musiała być sól i chrzan w postaci oskrobanych korzeni. Dołączano też kilka pisanek oraz baranka, zawsze kupowanego u kramarzy w Rozwadowie. Obok pokarmów, przeznaczonych dla ludzi, wieśniacy święcili też rzeczy, potrzebne do gospodarstwa. Były nimi: woda, jaglana kasza, kilka bulw kartofli i zboże. Pławiacy święcili także flaszeczkę octu na pamiątkę, że P. Jezus pił ocet”. Gdy wracało się ze święconką, nie zawsze wszystko donoszono do domu. Po kilku dniach postu niezwykle smakowała kiełbasa – zazwyczaj nie sklepowa, a swojska – zagryzana jajeczkiem… A wszystko poświęcone! Nie była mama zadowolona, ale w końcu nie wszystko się zjadało, a to do przyniosłem, obcowało potem przecież na talerzu z innymi smakołykami „zarażając” je sakralnością… A baranek, albo kurczaczek zrobione z  cukru – z czasem był powoli zjadany…

Takich tchnących magią zwyczajów było więcej. Dzisiaj nikt już o nich nie pamięta, a pewnie i nie wspomina. Na szczęście zdołali je opisać regionaliści. Ile uboższa byłaby nasza regionalna wiedza, gdyby nie prace wspominanego już ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego! 

Przywoływane tu zwyczaje pochodzą z jego książki „Kultura społeczna ludu z okolic Rozwadowa”, którą pewnie w wielu biblioteczkach rozwadowskich domów znajdziecie. Ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski skończyłby w tym roku sto lat! Dzięki temu, że nie był proboszczem, wikarym i mógł poświęcić się pracy naukowej, tak wiele zdziałał dla Rozwadowa i okolic. Mówiąc o jego sukcesie trzeba jednak wspomnieć wieloletniego proboszcza rozwadowskiego ks. Jana Paję, wspierającego rozwadowskiego badacza zapewne nie tylko duchowo. Możemy zatem dzisiaj przypominać o zwyczajach naszych przodków, którzy tak chętnie w wielkanocnym tygodniu malowali pisanki. Choć takich pięknych artystycznych raczej w rejonie Rozwadowa się nie spotykało. Zanim w sklepach można było kupić barwniki do pisanek, jajka gotowano w wywarach z „młodych ździebeł owsa lub kłączy widłaka”, by otrzymać kolor zielony. Ciekawe były nazwy kłączy widłaka – w Rzeczycy Okrągłej nazywany był „wilczym ogonem”, a w Jastkowicach „łozibrzuchem”. Kolor czerwony skorupki jaj nabierały po ugotowaniu ich w łupach cebuli. Czasem zdobiono je wydrapanymi zygzakami, napisami, motywami gałązek. Pamiętam, kiedyś tato skrobał delikatnie scyzorykiem jakieś wzory na pomalowanej pisance, mama natomiast nanosiła wzorki na jajko, przed farbowaniem, gorącym woskiem. Było to dość skomplikowane, ale efekt interesujący, bo natłuszczone woskiem miejsca nie zostały zakolorowane. Zwyczaj nakazywał też, by jajek nie wyciągano z wody. Stygły w wodzie, która miała nabierać mocy leczniczej. Chyba dotyczyło to jajek nie malowanych, bowiem tę wodę używano do mycia, a w Charzewicach „obmywano nią racice bydłu, aby się nie łamały i żeby krowy nie kulały w lecie”.

Moją grozę zawsze budził położony na środku świątyni krzyż z postacią Chrystusa, do którego na kolanach, by ucałować jego rany, przesuwała się przez świątynię kolejka wiernych… Podobne zażenowanie przeżyłem kiedyś w Sandomierzu, gdy przed kościołem św. Jakuba obserwowałem, jak wierni wbijali gwoździe w drzewce krzyża…

I w końcu Grób Pański, strojny jak bożonarodzeniowa szopka, podświetlany kolorowymi lampkami, i w każdym kościele inny. Wędrowaliśmy zatem wieczorową porą, zazwyczaj z Piotrem Tarczyńskim, od klasztoru do fary, by popatrzeć i porównać, który Grób Pański ładniejszy. Niekiedy dołączała do nas Małgosia Sznura, ale była zbyt świątobliwa, by w tych obrazoburczych dysputach uczestniczyć. Pojawiał się też sporadycznie Jacek Karakuła, ale ten ciążył do fary i klasztor mu był nie po drodze… Czasem bywało już ciepławo, wiosennie… Wszak Wielkanoc to święto związane z przesileniem wiosennym, bywało więc ciepło! Nasze rozmowy! Ileż bym dał, by móc do nich wrócić! Pełne były rozważań religijnych, wszak dobiegało końca Triduum Paschalne. Piotr opowiadał też zapewne o swych pasjach muzycznych i plastycznych, ja pewnie o przeczytanych książkach o archeologii, a potem już o szkole, dziewczynach z którymi sympatyzowaliśmy – w końcu wiosna się budziła! Wszystko się skończyło, gdy rozjechaliśmy się na studia, a potem zamieszkali w zupełnie innych rejonach Polski…

Niedzielny poranek – ledwie świt nastał był niezwykle głośny! Huki i strzały rozlegały się po całym Rozwadowie! Rezurekcja! Nie dało się spać… Potem wielkanocne śniadanie, na które wszyscy umęczeni postem czekali z utęsknieniem. Życzenia, podczas których trzeba było zjeść kawałek nieutartego chrzanu z jajkiem. I w końcu biały barszcz z jajkiem, boczkiem, szynką i kiełbasą… Co za smak! Takiego już nigdy nie zjem, bo tylko mama taki barszcz przyrządzała. Potem babki wielkanocne, makowniczki i serniczki. A popołudniu zazwyczaj wędrowaliśmy do Charzewic, do Grązów. Siostra mamy Ziuta – jej mężem był pracujący na kolei wujek Stanisław – piekła najlepsze na świecie biszkopty. Kiedy dorośli zajmowali się już tylko sobą, z ich synami Mariuszem i Andrzejem wymykaliśmy się na podwórko, a najchętniej na ulicę, gdzie przez cały dzień strzelano… Chłopcy strzelali z puszki… W dnie dużej puszki po kawie wiercono – pewnie gwoździem – niewielki otwór. Do puszki wrzucano kawałki karbidu. Na kolei był dość popularny, bo stosowany w lampach karbidowych, więc w rodzinach kolejarzy nie było problemu z jego pozyskaniem. Karbid spryskiwano wodą, albo po prostu śliną. Zamykano puszkę denkiem, palcem zatykając dziurkę. Kładziono puszkę na ziemi, przytrzymując ją butem. Po niedługiej chwili, przy otworze zapalano zapałkę, która powodowała zapalenie się gazu w puszcze i małą eksplozję… Budziło to grozę, bo huk, wybuch, ogień… Ale prawdziwym bohaterstwem było  strzelanie z puszki trzymanej w ręku… Dzisiaj takie zabawy należą do przeszłości – i chyba dobrze…

Turki, Radomyśl nad Sanem, Wielkanoc 1932 rok. Siedzą od prawej: oficer - Edward Wiktor, 
basza - Mieczysław Krajewski, doktor - Roman Laskowski, doktor - Antoni Sabo. 
Fotografia z rodzinnych zbiorów Walentego Jackowskiego. 

Wielkanoc kojarzy mi się także, najpierw z opowieściami, a potem – kiedy już mieliśmy samochód – z wyjazdami do Radomyśla „na Turki”! Jechaliśmy w sobotę wieczorem. Uroczyste zmiany warty Turków w kościele. A po mszy wieczornej rozlegały się strzały z moździerza na wiwat, bo „Chrystus Zmartwychwstał”. A potem przemarsz z orkiestrą przez Radomyśl. Ileż w tym było egzotyki, zanim pojąłem o co z tymi Turkami chodzi. Turki – podobno od powrotu Radomyślan z wyprawy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego – trzymają straż „u Grobu Pańskiego”. Z tamtego czasu ma pochodzić też okrzyk „Turki ido!”, kiedy to zaniepokojeni mieszkańcy Radomyśla dostrzegli dziwnie kolorowo poubieranych rodaków wkraczających do Radomyśla… Tak opowiadał mi przed laty Stanisław Stefan Gębala, niewidomy pisarz mieszkający do końca życia w drewnianej chatynce w Żabnie. Ile w tym prawdy, ile literackiej fikcji?... Turkiem podobno mógł być tylko mieszkaniec Radomyśla, który przeszedł kilkumiesięczny okres przygotowania, uszył sobie mundur – de facto kostium. Uwagę do tej pory zwraca uzbrojenie Turków – szable, zdobiące ich mundury, odznaczenia. A nade wszystko marsze z orkiestrą w niedzielę wielkanocną i lany poniedziałek… Wędrują od domu do domu z życzeniami. I dobrze, że takie zwyczaje wciąż trwają!

Na koniec muszę wspomnieć o „śmigusie dyngusie”. Śmieszny i ciekawy zwyczaj sięgający czasów kto wie czy nie przedchrześcijańskich, związany zapewne z kultem płodności. Dlatego też celem oblewania zimną wodą były panny na wydaniu, które niby uciekały przed strumieniami wody z cebrzyków, ale łakomie spoglądały, który to chłopak ją oblewa. Warto jednak pamiętać, iż zwyczaj ten od dawien dawna był źle postrzegany przez kościół. Otóż jedna z ustaw synodu diecezji poznańskiej z 1420 roku zatytułowana „Dingus prohibetur” mówi: „Zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne mężczyźni kobiet a kobiety mężczyzn nie ważyli się napastować o jaja i inne podarunki, co pospolicie się nazywa dyngować (...), ani do wody ciągnąć, bo swawole i dręczenia takie nie odbywają się bez grzechu śmiertelnego i obrazy imienia Boskiego”. A w Rozwadowie, złapane przez chłopaków dziewczyny, piszczące i wrzeszczące, doprowadzane były pod rynkową studnię, gdzie oblewali je od stóp do głów wiaderkami z wodą lub „pompowali na nią wodę” prosto z pompy. W Turbi byli mniej wyrafinowani, bo chwytali „za ręce i nogi i po rozhuśtaniu wrzucali je do wody”… Choć nie bardzo przed takimi barbarzyńskimi obyczajami broniły się, pewnie w duchu złorzeczyły chłopakom, to jednak miały świadomość, „że której kobiety lub dziewczyny w wielkanocny poniedziałek nie obleją, ta nie będzie miała przez lato szczęścia do mleka i będzie jej krowa miała mało mleka i to rzadkie, niedobre, co się jej psuć będzie” – pisał Karol Mátyás w swej książce „Popielec – Zapust – Wielkanoc” o panującym tam jeszcze w 1900 roku przesądzie. Natomiast stateczniejsi mieszkańcy Charzewic i Pława tłumaczyli genezę „lejki” w zupełnie odmienny sposób: „Gdy P. Jezus wstał z grobu, ludzie gromadzili się i mówili »Chrystus zmartwychwstał«. Wtedy Żydzi rozpędzali ich wodą”. Poniedziałek nazywany też Dniem św. Leja był niezwykle stresujący. Jak to zrobić, by nie dać się oblać, ale na innych wylać kubły wody! Mój pierwszy świadomy śmigus-dyngus, pewnie z początków lat 60-tych, oczywiście XX wieku, to sprawienie prawdziwie zimnego prysznica cioci Guści i wujkowi Frankowi Ochałom, którzy z Lublina przyjechali do nas, do Rozwadowa, na święta Wielkanocne. W poniedziałek, pamiętam bardzo słoneczny, kiedy wszyscy jeszcze smacznie spali, wstałem. W kuchni mechanicznie, jak robot, sięgnąłem po półlitrowy aluminiowy garnek – z czarnym emaliowanym uchem, napełniłem go zimną wodą prosto z kranu. I udałem się po cichu do pokoju stołowego, gdzie na szerokim tapczanie – niczego się nie spodziewając – spali. Po czym z premedytacją polałem ich twarze zimną wodą… Szczęśliwi nie byli, ale był „śmigus-dyngus” i nikt nic nie mógł mi zrobić!

Wesołych Świąt!




 

 

 

 


ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...