środa, 24 stycznia 2024

Magiczne miejsca. Cukiernia pana Dominika.


 

Piotr Warchoł, Rozwadów - cukiernia pana Dominika

Rozwadowianie – nie chciałbym użyć określenia starzy, bo sam się do nich zaliczam – doskonale pamiętają cukiernię pana Dominika. W tym niewielkim pomieszczeniu, na rogu ulic Jagiellońskiej, Tadeusza Kościuszki i Rynku, kryła się wielka tajemnica… A właściwie odpowiedź, dlaczego czekaliśmy z utęsknieniem na dzień 1 maja… Bynajmniej nie z powodu Święta Pracy, pochodu ulicami naszego miasteczka, w którym uczestniczyli chyba wszyscy mieszkańcy Rozwadowa. Oczywiście ich udział, w znamienitej większości nie miał też podtekstu ideologicznego. Może z wyjątkiem kilku panów, których nie ma sensu w tym miejscu wspominać, bo po chmurnych i durnych ideolo-party, rozwadowski proboszcz i tak odprowadził ich na cmentarz na Młodyniu… Po co były im potrzebne te marksistowskie pohukiwania? Choć i ta manifestacja posiadała przecież swe interesujące atrakcje, bo przemarsz kolejowej orkiestry dętej z radosną marszową muzyką (zazwyczaj słuchaliśmy w ich wykonaniu muzyki pogrzebowej…), albo defilujących w pochodzie Oddział Turków z Zaleszan. W końcu, po zimowym okresie, nasze mamy miały znowu okazję zaprezentować swe wiosenne kreacje – z roku na rok krótsze spódniczki, eleganckie buciki, lekkie płaszczyki… A jak padał deszcz, to i tak wszyscy ubierali ówczesny krzyk mody – ortalionowe płaszcze „non iron”, kupowane pokątnie i – jeśli dobrze pamiętam – przemycane w paczkach z Italii. Ale to wszystko furda!

Matylda i Ludwik Dominikowie
1 maja pan Dominik zaczynał sprzedawać lody, na które wszyscy od jesieni czekali! Ot i cała rozwadowska tajemnica pierwszomajowa! Lody śmietankowe, waniliowe, bakaliowe, a jak się pokazały truskawki i jagody, to w smaku tych owoców. Podawane były w wafelku. Cena z tamtych czasów, jaką zapamiętałem, to 1,20 zł za gałkę. I choć w Rozwadowie lody można było kupić u pani Kosieniakowej przy ul. Jagiellońskiej, pana Mospana – obecnie róg ulic Witosa i Zielonej (informacja od Zbigniewa Kustry),  u Szklenera (kiedyś strułem się lodami cytrynowymi z tamtej cukierni…) przy ul. Broniewskiego, potem u Kurdziela w Rynku – vis a vis cukierni Dominika, to żadne nie równały się z tymi od Dominika. Nawet te w Stalowej Woli u Małysowej, czy w Nisku u Suchojada (podobno przepis na przyrządzanie lodów trzymali w rodzinie w wielkiej tajemnicy), nie były tak smaczne jak „Dominikowe”. Do Niska na lody jeździliśmy z rzadka, kiedy w domu pojawił się samochód – wspaniała Syrenka (RT-1930 – na zawsze zapamiętałem numer rejestracyjny naszego pierwszego samochodu). Ostatnio Zbigniew Kustra – wspomniał na rozwadowskiej stronie prowadzonej przez Pawła Tokarza – wnuk pana Dominika, że rozwadowscy lodziarze dobywali bryły lodu z Bełku (tak nazywał się akwen wodny będący starorzeczem Sanu), za co musiał płacić rozwadowskiemu urzędowi określoną kwotę. By ominąć dodatkowe koszty, przez jakiś czas pan Dominik dobywał bezpłatnie lód z Sanu. Brzmi to obecnie bardzo archaicznie, bowiem rzeki prawie nie zamarzają ostatnio.  Gdy piszę ten tekst, jeszcze dzisiaj słyszę ciche brzęczenie lodówek dochodzące z zaplecza i czuję słodki zapach ciast i lodów roznoszący się po cukierni… Oprócz lodów w cukierni Dominika były też pyszne ciasta. Tam zaczęła się moja smakowa przygoda z kremówkami, które uwielbiam do dziś! Wiele dałbym, by znów móc zjeść kremówkę rozwadowską kupioną u Dominika… Były też napoleony z kremem, rurki z bitą śmietaną, rolady i pączki… Choć takich pączków, jak smażyła moja mama, to nawet pan Dominik nie potrafiłby zrobić.

Do cukierni wchodziło się od ul. Jagiellońskiej. Na niewielkiej wystawie zachęcały do wejścia tace z ciastkami. Letnią porą pojawiał się też napis – LODY. Nad wystawą wisiał szyld – CUKIERNIA. Gdy wchodziło się do środka, słychać było dźwięk dzwonka. Pan Dominik ukazywał się po chwili w białym kitlu z zaplecza, czasem miał białą furażerkę na głowie, i stawał za ladą. Lody podawał z dużych termosów, nabierając je specjalną gałkownicą. Zazwyczaj lody serwowane były w płaskich wafelkach, krojonych z dużych piekarniczych wafli. Typowe, stożkowate wafelki pojawiły się znacznie później, kto wie, czy nie wraz maszynami do produkcji tzw. włoskich lodów.  Nie pamiętam, by pan Dominik uśmiechał się do klientów. Zawsze miły i niezwykle spokojny. W cukierni stały dwa małe stoliczki o okrągłych blatach i kilka drewnianych niewielkich taborecików też z okrągłymi siedziskami. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek w cukierni przy stoliku jadł ciasto czy lody. Raczej kupowało się na wynos do domu, a z lodami wędrowało się po Rynku. Taki jedzony, a właściwie lizany, w drodze, chyba lepiej smakował…

Zofia, Ryszard i Krystyna - dzieci państwa Dominików
na Rynku rozwadowskim w latach 50-tych XX w.

Jako dziecko długo nie wiedziałem, czy Dominik, to imię czy nazwisko. Dopiero kiedy usłyszałem, że księdzem z Rozwadowa został Ryszard Dominik – syn cukiernika, skonstatowałem, że to musi być nazwisko… To był rok 1963. W tamtych czasach święcenia kapłańskie w takich miejscowościach jak Rozwadów były nie lada wydarzeniem. Niemal całe miasteczko brało udział w uroczystych prymicyjnych mszach świętych. Każdy też znał wywodzących się z rozwadowskiej parafii młodych księży, a ich rodzice darzeni byli wielkim szacunkiem, bo wychowali kapłana… Wśród nich byli wówczas księża Kazimierz Nawrocki (naprawdę nazywał się Moskal, ale za namową ks. Gaja-Piotrowskiego zmienić je miał na Nawrocki), Stanisław Jackowski, Bogusław Wermiński, pochodzący z pobliskich Jastkowic Stanisław Jastkowski (prawdziwe nazwisko Stanisław Bolesław Kuziora, ale czy nie lepiej brzmi Stanisław Jastkowski? – pytał z uśmiechem ks. Gaj, nota bene ja powinienem wg księdza profesora nazywać się Nadsański...), Wilhelm Gaj-Piotrowski i Ryszrad Dominik, ale i zakonnicy – o. Leszek Tabor czy dużo młodszy o. Bogusław Piechuta…

Ks. Ryszard Dominik, po zdaniu matury w Liceum Ogólnokształcącym w Stalowej Woli, postanowił zostać księdzem. Złożył dokumenty do Seminarium Duchownego w Przemyślu. Jeszcze przed egzaminami, do szkoły kapłanów dotarł anonim, że kandydat na księdza jest chory na padaczkę… Ta choroba eliminowała młodego człowieka z tej niełatwej przecież uczelni. Było to wierutne kłamstwo! Ale trzeba było jednak udowodnić, że Ryszard Dominik jest okazem zdrowia. Komu zależało, by młodemu człowiekowi uniemożliwić realizację swego powołania? Zawiedziona miłość? Złośliwość jakichś komunistycznych władz w Rozwadowie? W poważnej rozmowie z kandydatem na księdza, przemyski biskup zasugerował, Ryszardowi Dominikowi, by usunął się – tak na wszelki wypadek – z diecezji przemyskiej i podjął studia w innym seminarium. Tak się też stało. Młody Dominik podjął studia w Wyższym Seminarium Duchownym we Wrocławiu. 23 czerwca 1963 roku otrzymał święcenia kapłańskie w Zgorzelcu. Pracę duszpasterską prowadził Jeleniej Górze, Wrocławiu, Radkowie, Bystrzycy Kłodzkiej, Długopolu Dolnym, w końcu w 1981 roku rozpoczął tworzenie nowej parafii w Kłodzku, której został pierwszym proboszczem i dziekanem dekanatu kłodzkiego. Papież Benedykt XVI w 2009 roku uhonorował go tytułem prałata. Ks. Ryszard Dominik zmarł 31 stycznia 2010 roku i pochowany został przy swym kościele Podwyższenie Krzyża św. w Kłodzku. „Ta decyzja budzi do dzisiaj kontrowersje między radnymi Kłodzka. – mówi z niesmakiem Paweł Tokarz. –  Jedni chcą by przenieść grób wuja na cmentarz, a inni uważają, że tam gdzie pochowany jest należne mu miejsce wiecznego spoczynku.”

Pewnego dnia wspominaliśmy z moją już nieżyjącą mamą Rozwadów, którego już nie ma… Opowiedziała mi wtedy, że doskonale znała państwa Dominików, którzy po przyjeździe do Rozwadowa mieszkali w Charzewicach u „ciotki-stryjny Górskiej”. Tato zawsze się śmiał z tego określenia. Bo  wydawało się, że albo ktoś jest ciotką, albo stryjną… A tu takie niezdecydowanie! Józefa Górska – jako siostra mojego dziadka – była stryjną, a jako żona Józefa Górskiego – ciotką… Górscy mieszkali przy charzewskich błoniach, a ich stodoła stykała się ogrodem Kosierbów mieszkających przy ul. Głównej. Często Dominikowie szli do Rozwadowa „na skróty” przez ogród i podwórko Kosierbów.

Dlaczego Dominikowie zamieszkali w Charzewicach, a nie w Rozwadowie? Tego się już chyba nie dowiemy.

Matylda Dominikowa, jej siostra Zofia wygląda zza drzwi, na dole od lewej stoją Ryszard, Krystyna i Zosia. Rozwadów 1945.
Ze wspomnień córki Dominików – Zofii, dowiadujemy się, że Matylda i Ludwik Dominikowie pierwszy raz w Rozwadowie zjawili się w lutym 1938 roku. Przyjechali wówczas z Rawy Ruskiej. Obecnie to Ukraina. „Wyjazd do Rozwadowa, w poszukiwaniu pracy i miejsca do zamieszkania, był spowodowany niechęcią do mojego dziadka – twierdzi Paweł Tokarz – ze strony rodziny mojej babci, Druszlakowskiej.” Ludwik i Matylda z domu Durszlakowska ślub wzięli 19 kwietnia 1938 roku w Rawie Ruskiej. Ich pierwsze dziecko – syn Ryszard przyszedł na świat 22 października 1938 roku w Charzewicach. Czym się zajmował w tamtym czasie Ludwik Dominik w Rozwadowie? A może pracował w powstającej Stalowej Woli? To budujące się w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego miasto przyciągało wtedy młodych ludzi z całej Polski! Kolejne dwie córki – Krystyna i Zofia urodziły się już w czasie wojny. We wrześniu 1939 roku, uciekając przed napierającymi Niemcami, Dominikowie wyjechali z Rozwadowa. Pani Matylda była w zaawansowanej ciąży. W trakcie tej stresującej podróży, w Bełżcu przyszła na świat Krystyna. Zofia – najmłodsza, urodziła się w Rawie Ruskiej. Dominikowie mieli dużo szczęścia, że nie podzielili losu rodziców – Piotra i Rozalii Dominików. W lutym 1941 roku zostali zesłani przez Rosjan na daleką Syberię, w okolice Irkucka,

wraz córką Marią – po mężu Syczak i jej czwórką nieletnich dzieci – Jadwigą, Mieczysławą, Zdzisławem i  Edwardem. Jej mąż, Emil Syczak, wprawdzie uniknął wywózki na nieludzką ziemię, bo nie było go tego dnia w domu, ale w 1942 roku został w Lubyczy Królewskiej, przypadkowo zgarnięty na Rynku przez Niemców, którzy rozstrzelali grupę Polaków w odwecie za to, że pomagali jeńcom rosyjskim. Z zesłania wrócili wszyscy w 1946 roku i osiedli w Brzegach Dolnych koło Ustrzyk Dolnych. Ciotka Pawła Tokarza opowiadała, że na zesłaniu ich nadzorczynią była wyjątkowo wredna kobieta, Ukrainka, która nie pozwalała im zagospodarować nawet resztek jedzenia, jakie wyrzucała na kompostownik. Nie wszyscy jednak tacy byli.

Ludwik i Matylda jakiś czas mieszkali z dziećmi w Bełżcu, by w końcu w 1942 roku zamieszkać w Rawie Ruskiej. Tam dotrwali do 1944 roku. „Pewnego ranka w 1944 roku, przyszła do dziadków znajoma Ukrainka – opowiada Paweł Tokarz. – Ostrzegła ich przed rzezią, jaką planowali dokonać Ukraińcy na Polakach. Podsłuchała rozmowę swojego syna z innymi Ukraińcami. Mieli już gotową listę polskich domów i gospodarstw, które mieli zaatakować nocą i wymordować wszystkich. Dziadek nie czekał ani chwili. Mając znajomości na kolei, natychmiast wykupił cały wagon, do którego władował cały dobytek. Czy już wtedy wiedzieli, że pojadą szukać schronienia w Rozwadowie? Gdy siedzieli już w pociągu, czekając aż ich transport ruszy w drogę, do ich wagonu dołączyły jeszcze dwie polskie rodziny, które ubłagały dziadka, by ich zabrał. Byli to państwo Ślepokurowie i Klimkiewiczowie. Dziadek był dobrym człowiekiem, więc się zgodził. Dzięki temu wyjechali wszyscy szczęśliwie.”

W cukierni: Zofia, Krystyna, kuzyn z Kanady - John i Ludwik Dominik.
Gdy dotarli do Rozwadowa, chyba już po wyzwoleniu spod niemieckiej okupacji, zamieszkali w przydzielonym domu przy ul. Jagiellońskiej. Współlokatorami byli państwo Słowikowie. Dominik na krótko podjął pracę w PKP. Jednak już w 1945 roku założył sklep „ze wszystkim”, w którym przeważały jednak słodycze. Sklep znajdował się w zamieszkałym przez nich domu, w miejscu gdzie później był sklep z odzieżą, którą handlowała pani Słowikowa. W końcu pan Ludwik Dominik otrzymał od miasta przydział na sąsiednią posesję, którą wyprowadził z ruiny. Założył tam swoją cukiernię. „Dziadek będąc kawalerem – mówi Paweł Tokarz – terminował u cukiernika w Rawie Ruskiej. Tam nabył wszystkie umiejętności jakimi nas darzył przez wiele lat. Otworzył więc cukiernię w Rozwadowie i prowadził ją prawie do śmierci.”

Czasem śni mi się ta magiczna cukiernia, czuję zapach lodów, słyszę rytmiczne tykanie zegara, widzę dyskretny uśmiech pana Dominika, który był chyba małomówny, widzę wyciągniętą rękę z lodem – oczywiście podwójna gałka – w wafelku. I gdy tylko sięgam po lód, budzę się… Niknie cukiernia, rozpływa się pan Dominik, tylko w nozdrzach czuję smak wanilii wypełniającej jeszcze przed chwilą cukiernię…


Film z archiwalnymi fotografiami rodziny Dominików przygotował Paweł Tokarz - wnuk Matyldy i Ludwika Dominików. Dziękuję za pomoc. 


 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...