 |
| Piotr Warchoł, Rozwadów - cukiernia pana Dominika |
Rozwadowianie
– nie chciałbym użyć określenia starzy, bo sam się do nich zaliczam – doskonale
pamiętają cukiernię pana Dominika. W tym niewielkim pomieszczeniu, na rogu ulic
Jagiellońskiej, Tadeusza Kościuszki i Rynku, kryła się wielka tajemnica… A
właściwie odpowiedź, dlaczego czekaliśmy z utęsknieniem na dzień 1 maja…
Bynajmniej nie z powodu Święta Pracy, pochodu ulicami naszego miasteczka, w
którym uczestniczyli chyba wszyscy mieszkańcy Rozwadowa. Oczywiście ich udział,
w znamienitej większości nie miał też podtekstu ideologicznego. Może z
wyjątkiem kilku panów, których nie ma sensu w tym miejscu wspominać, bo po
chmurnych i durnych ideolo-party, rozwadowski proboszcz i tak odprowadził ich
na cmentarz na Młodyniu… Po co były im potrzebne te marksistowskie pohukiwania?
Choć i ta manifestacja posiadała przecież swe interesujące atrakcje, bo
przemarsz kolejowej orkiestry dętej z radosną marszową muzyką (zazwyczaj słuchaliśmy
w ich wykonaniu muzyki pogrzebowej…), albo defilujących w pochodzie Oddział
Turków z Zaleszan. W końcu, po zimowym okresie, nasze mamy miały znowu okazję
zaprezentować swe wiosenne kreacje – z roku na rok krótsze spódniczki,
eleganckie buciki, lekkie płaszczyki… A jak padał deszcz, to i tak wszyscy
ubierali ówczesny krzyk mody – ortalionowe płaszcze „non iron”, kupowane
pokątnie i – jeśli dobrze pamiętam – przemycane w paczkach z Italii. Ale to
wszystko furda!
 |
| Matylda i Ludwik Dominikowie |
1
maja pan Dominik zaczynał sprzedawać lody, na które wszyscy od jesieni czekali!
Ot i cała rozwadowska tajemnica pierwszomajowa! Lody śmietankowe, waniliowe,
bakaliowe, a jak się pokazały truskawki i jagody, to w smaku tych owoców.
Podawane były w wafelku. Cena z tamtych czasów, jaką zapamiętałem, to 1,20 zł
za gałkę. I choć w Rozwadowie lody można było kupić u pani Kosieniakowej przy
ul. Jagiellońskiej, pana Mospana – obecnie róg ulic Witosa i Zielonej
(informacja od Zbigniewa Kustry), u
Szklenera (kiedyś strułem się lodami cytrynowymi z tamtej cukierni…) przy ul.
Broniewskiego, potem u Kurdziela w Rynku – vis a vis cukierni Dominika, to
żadne nie równały się z tymi od Dominika. Nawet te w Stalowej Woli u Małysowej,
czy w Nisku u Suchojada (podobno przepis na przyrządzanie lodów trzymali w
rodzinie w wielkiej tajemnicy), nie były tak smaczne jak „Dominikowe”. Do Niska
na lody jeździliśmy z rzadka, kiedy w domu pojawił się samochód – wspaniała
Syrenka (RT-1930 – na zawsze zapamiętałem numer rejestracyjny naszego
pierwszego samochodu). Ostatnio Zbigniew Kustra – wspomniał na rozwadowskiej
stronie prowadzonej przez Pawła Tokarza – wnuk pana Dominika, że rozwadowscy
lodziarze dobywali bryły lodu z Bełku (tak nazywał się akwen wodny będący
starorzeczem Sanu), za co musiał płacić rozwadowskiemu urzędowi określoną
kwotę. By ominąć dodatkowe koszty, przez jakiś czas pan Dominik dobywał bezpłatnie
lód z Sanu. Brzmi to obecnie bardzo archaicznie, bowiem rzeki prawie nie
zamarzają ostatnio. Gdy piszę ten tekst,
jeszcze dzisiaj słyszę ciche brzęczenie lodówek dochodzące z zaplecza i czuję
słodki zapach ciast i lodów roznoszący się po cukierni… Oprócz lodów w cukierni
Dominika były też pyszne ciasta. Tam zaczęła się moja smakowa przygoda z
kremówkami, które uwielbiam do dziś! Wiele dałbym, by znów móc zjeść kremówkę
rozwadowską kupioną u Dominika… Były też napoleony z kremem, rurki z bitą
śmietaną, rolady i pączki… Choć takich pączków, jak smażyła moja mama, to nawet
pan Dominik nie potrafiłby zrobić.
Do
cukierni wchodziło się od ul. Jagiellońskiej. Na niewielkiej wystawie zachęcały
do wejścia tace z ciastkami. Letnią porą pojawiał się też napis – LODY. Nad
wystawą wisiał szyld – CUKIERNIA. Gdy wchodziło się do środka, słychać było
dźwięk dzwonka. Pan Dominik ukazywał się po chwili w białym kitlu z zaplecza,
czasem miał białą furażerkę na głowie, i stawał za ladą. Lody podawał z dużych
termosów, nabierając je specjalną gałkownicą. Zazwyczaj lody serwowane były w
płaskich wafelkach, krojonych z dużych piekarniczych wafli. Typowe, stożkowate
wafelki pojawiły się znacznie później, kto wie, czy nie wraz maszynami do produkcji
tzw. włoskich lodów. Nie pamiętam, by
pan Dominik uśmiechał się do klientów. Zawsze miły i niezwykle spokojny. W
cukierni stały dwa małe stoliczki o okrągłych blatach i kilka drewnianych
niewielkich taborecików też z okrągłymi siedziskami. Nie pamiętam, bym
kiedykolwiek w cukierni przy stoliku jadł ciasto czy lody. Raczej kupowało się
na wynos do domu, a z lodami wędrowało się po Rynku. Taki jedzony, a właściwie
lizany, w drodze, chyba lepiej smakował…
 |
Zofia, Ryszard i Krystyna - dzieci państwa Dominików na Rynku rozwadowskim w latach 50-tych XX w.
|
Jako
dziecko długo nie wiedziałem, czy Dominik, to imię czy nazwisko. Dopiero kiedy
usłyszałem, że księdzem z Rozwadowa został Ryszard Dominik – syn cukiernika,
skonstatowałem, że to musi być nazwisko… To był rok 1963. W tamtych czasach
święcenia kapłańskie w takich miejscowościach jak Rozwadów były nie lada
wydarzeniem. Niemal całe miasteczko brało udział w uroczystych prymicyjnych
mszach świętych. Każdy też znał wywodzących się z rozwadowskiej parafii młodych
księży, a ich rodzice darzeni byli wielkim szacunkiem, bo wychowali kapłana… Wśród
nich byli wówczas księża Kazimierz Nawrocki (naprawdę nazywał się Moskal, ale
za namową ks. Gaja-Piotrowskiego zmienić je miał na Nawrocki), Stanisław Jackowski, Bogusław Wermiński, pochodzący z pobliskich Jastkowic Stanisław Jastkowski (prawdziwe nazwisko Stanisław Bolesław Kuziora, ale czy nie lepiej brzmi Stanisław Jastkowski?
– pytał z uśmiechem ks. Gaj, nota bene ja powinienem wg księdza profesora nazywać się Nadsański...), Wilhelm Gaj-Piotrowski i Ryszrad Dominik, ale i
zakonnicy – o. Leszek Tabor czy dużo młodszy o. Bogusław Piechuta…
Ks.
Ryszard Dominik, po zdaniu matury w Liceum Ogólnokształcącym w Stalowej Woli,
postanowił zostać księdzem. Złożył dokumenty do Seminarium Duchownego w
Przemyślu. Jeszcze przed egzaminami, do szkoły kapłanów dotarł anonim, że
kandydat na księdza jest chory na padaczkę… Ta choroba eliminowała młodego
człowieka z tej niełatwej przecież uczelni. Było to wierutne kłamstwo! Ale
trzeba było jednak udowodnić, że Ryszard Dominik jest okazem zdrowia. Komu
zależało, by młodemu człowiekowi uniemożliwić realizację swego powołania?
Zawiedziona miłość? Złośliwość jakichś komunistycznych władz w Rozwadowie? W
poważnej rozmowie z kandydatem na księdza, przemyski biskup zasugerował,
Ryszardowi Dominikowi, by usunął się – tak na wszelki wypadek – z diecezji
przemyskiej i podjął studia w innym seminarium. Tak się też stało. Młody
Dominik podjął studia w Wyższym Seminarium Duchownym we Wrocławiu. 23 czerwca
1963 roku otrzymał święcenia kapłańskie w Zgorzelcu. Pracę duszpasterską
prowadził Jeleniej Górze, Wrocławiu, Radkowie, Bystrzycy Kłodzkiej, Długopolu
Dolnym, w końcu w 1981 roku rozpoczął tworzenie nowej parafii w Kłodzku, której
został pierwszym proboszczem i dziekanem dekanatu kłodzkiego. Papież Benedykt
XVI w 2009 roku uhonorował go tytułem prałata. Ks. Ryszard Dominik zmarł 31 stycznia 2010 roku i pochowany został przy swym kościele Podwyższenie Krzyża św. w Kłodzku. „Ta decyzja budzi do
dzisiaj kontrowersje między radnymi Kłodzka. – mówi z niesmakiem Paweł Tokarz.
– Jedni chcą by przenieść grób wuja na
cmentarz, a inni uważają, że tam gdzie pochowany jest należne mu miejsce
wiecznego spoczynku.”
Pewnego
dnia wspominaliśmy z moją już nieżyjącą mamą Rozwadów, którego już nie ma…
Opowiedziała mi wtedy, że doskonale znała państwa Dominików, którzy po
przyjeździe do Rozwadowa mieszkali w Charzewicach u „ciotki-stryjny Górskiej”.
Tato zawsze się śmiał z tego określenia. Bo wydawało się, że albo ktoś jest ciotką, albo
stryjną… A tu takie niezdecydowanie! Józefa Górska – jako siostra mojego
dziadka – była stryjną, a jako żona Józefa Górskiego – ciotką… Górscy mieszkali
przy charzewskich błoniach, a ich stodoła stykała się ogrodem Kosierbów
mieszkających przy ul. Głównej. Często Dominikowie szli do Rozwadowa „na
skróty” przez ogród i podwórko Kosierbów.
Dlaczego
Dominikowie zamieszkali w Charzewicach, a nie w Rozwadowie? Tego się już chyba
nie dowiemy.
.jpg) |
Matylda Dominikowa, jej siostra Zofia wygląda zza drzwi,
na dole od lewej stoją Ryszard, Krystyna i Zosia.
Rozwadów 1945. |
Ze
wspomnień córki Dominików – Zofii, dowiadujemy się, że Matylda i Ludwik Dominikowie
pierwszy raz w Rozwadowie zjawili się w lutym 1938 roku. Przyjechali wówczas z
Rawy Ruskiej. Obecnie to Ukraina. „Wyjazd do Rozwadowa, w poszukiwaniu pracy i
miejsca do zamieszkania, był spowodowany niechęcią do mojego dziadka – twierdzi
Paweł Tokarz – ze strony rodziny mojej babci, Druszlakowskiej.” Ludwik i
Matylda z domu Durszlakowska ślub wzięli 19 kwietnia 1938 roku w Rawie Ruskiej.
Ich pierwsze dziecko – syn Ryszard przyszedł na świat 22 października 1938 roku
w Charzewicach. Czym się zajmował w tamtym czasie Ludwik Dominik w Rozwadowie?
A może pracował w powstającej Stalowej Woli? To budujące się w ramach
Centralnego Okręgu Przemysłowego miasto przyciągało wtedy młodych ludzi z całej
Polski! Kolejne dwie córki – Krystyna i Zofia urodziły się już w czasie wojny. We
wrześniu 1939 roku, uciekając przed napierającymi Niemcami, Dominikowie wyjechali
z Rozwadowa. Pani Matylda była w zaawansowanej ciąży. W trakcie tej stresującej
podróży, w Bełżcu przyszła na świat Krystyna. Zofia – najmłodsza, urodziła się
w Rawie Ruskiej. Dominikowie mieli dużo szczęścia, że nie podzielili losu
rodziców – Piotra i Rozalii Dominików. W lutym 1941 roku zostali zesłani przez
Rosjan na daleką Syberię, w okolice Irkucka,

wraz córką Marią – po mężu Syczak
i jej czwórką nieletnich dzieci – Jadwigą, Mieczysławą, Zdzisławem i Edwardem. Jej mąż, Emil Syczak, wprawdzie
uniknął wywózki na nieludzką ziemię, bo nie było go tego dnia w domu, ale w 1942
roku został w Lubyczy Królewskiej, przypadkowo zgarnięty na Rynku przez
Niemców, którzy rozstrzelali grupę Polaków w odwecie za to, że pomagali jeńcom
rosyjskim. Z zesłania wrócili wszyscy w 1946 roku i osiedli w Brzegach Dolnych
koło Ustrzyk Dolnych. Ciotka Pawła Tokarza opowiadała, że na zesłaniu ich
nadzorczynią była wyjątkowo wredna kobieta, Ukrainka, która nie pozwalała im
zagospodarować nawet resztek jedzenia, jakie wyrzucała na kompostownik. Nie
wszyscy jednak tacy byli.

Ludwik
i Matylda jakiś czas mieszkali z dziećmi w Bełżcu, by w końcu w 1942 roku zamieszkać
w Rawie Ruskiej. Tam dotrwali do 1944 roku. „Pewnego ranka w 1944 roku, przyszła
do dziadków znajoma Ukrainka – opowiada Paweł Tokarz. – Ostrzegła ich przed
rzezią, jaką planowali dokonać Ukraińcy na Polakach. Podsłuchała rozmowę
swojego syna z innymi Ukraińcami. Mieli już gotową listę polskich domów i
gospodarstw, które mieli zaatakować nocą i wymordować wszystkich. Dziadek nie
czekał ani chwili. Mając znajomości na kolei, natychmiast wykupił cały wagon,
do którego władował cały dobytek. Czy już wtedy wiedzieli, że pojadą szukać
schronienia w Rozwadowie? Gdy siedzieli już w pociągu, czekając aż ich
transport ruszy w drogę, do ich wagonu dołączyły jeszcze dwie polskie rodziny,
które ubłagały dziadka, by ich zabrał. Byli to państwo Ślepokurowie i
Klimkiewiczowie. Dziadek był dobrym człowiekiem, więc się zgodził. Dzięki temu
wyjechali wszyscy szczęśliwie.”
 |
| W cukierni: Zofia, Krystyna, kuzyn z Kanady - John i Ludwik Dominik. |
Gdy
dotarli do Rozwadowa, chyba już po wyzwoleniu spod niemieckiej okupacji, zamieszkali
w przydzielonym domu przy ul. Jagiellońskiej. Współlokatorami byli państwo
Słowikowie. Dominik na krótko podjął pracę w PKP. Jednak już w 1945 roku
założył sklep „ze wszystkim”, w którym przeważały jednak słodycze. Sklep
znajdował się w zamieszkałym przez nich domu, w miejscu gdzie później był sklep
z odzieżą, którą handlowała pani Słowikowa. W końcu pan Ludwik Dominik otrzymał
od miasta przydział na sąsiednią posesję, którą wyprowadził z ruiny. Założył
tam swoją cukiernię. „Dziadek będąc kawalerem – mówi Paweł Tokarz – terminował
u cukiernika w Rawie Ruskiej. Tam nabył wszystkie umiejętności jakimi nas
darzył przez wiele lat. Otworzył więc cukiernię w Rozwadowie i prowadził ją
prawie do śmierci.”
Czasem
śni mi się ta magiczna cukiernia, czuję zapach lodów, słyszę rytmiczne tykanie
zegara, widzę dyskretny uśmiech pana Dominika, który był chyba małomówny, widzę
wyciągniętą rękę z lodem – oczywiście podwójna gałka – w wafelku. I gdy tylko sięgam
po lód, budzę się… Niknie cukiernia, rozpływa się pan Dominik, tylko w
nozdrzach czuję smak wanilii wypełniającej jeszcze przed chwilą cukiernię…
Film z archiwalnymi fotografiami rodziny Dominików przygotował Paweł Tokarz - wnuk Matyldy i Ludwika Dominików. Dziękuję za pomoc.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz