Tłusty czwartek, czyli początek ostatniego tygodnia Karnawału! Potem Ostatki i Popielec! Ileż się działo w czasie tych kilku dni! Prawdziwie spełniało się wtedy powiedzenie: Hulaj dusza! Piekła nie ma! I utrzymywał się ten hulaszczy tryb młodzieńczego życia do północy przed Środą Popielcową. Już rodzice dopilnowywali wtedy, żeby magnetofony zostały wyłączone, a rozgrzane do białości towarzystwo w ciszy rozeszło się do swych domów. A gdy emocje karnawałowe opadły, z pokorą wszyscy skłaniali głowę, gdy palce księdza – zazwyczaj dobrze znajomego – rozcierały popiół w rytm sentencji: prochem jesteś i w proch się obrócisz… W czasach, kiedy msza była odprawiana w języku łacińskim, te słowa musiały brzmieć: pulvis es et in pulverem reverteris… Właśnie sobie przypomniałem, że w czasach mego dzieciństwa, chcąc być ministrantem, trzeba było nauczyć się ministrantury po łacinie… Ten język tak mnie fascynował, że przez jakiś czas – będąc już w liceum – męczyłem o. Edmunda Haracza, gwardiana rozwadowskiego konwentu kapucynów, by udzielał mi lekcji łaciny. Jak długo wytrzymałem? A może to jego lekcje smętnego języka zmęczyły? Nie pamiętam! Jakkolwiek przydała się ta edukacja po paru latach, gdy na studiach przez dwa lata nauka języka łacińskiego, i pani Ludmiła Łuszczek, spędzała nam sen z powiek!
Wróćmy do pączków, na
myśl o których zawsze przysłowiowa ślinka cieknie… Pączki smażyć – bo nie piec – można zawsze,
ale smakują – tak jak smażony karp tylko w czasie Wigilijnej kolacji – tylko w
Zapusty! Swoją drogą – z pięknego zwyczaju zrobiono niezły interes. W sam
Tłusty Czwartek statystyczny Polak zjada 2,5 pączka, a ogółem pożeramy w kraju
100 mln pączków! To są te ewidencjonowane pączki – wyprodukowane i sprzedane… A
ile pączków usmażonych w domu zjadamy? Tego nikt nie policzy! Osobiście –
mieszkając jeszcze w Rozwadowie – pochłaniałem tego dnia kilkanaście pączków! Obecnie
staram się ograniczać, bo zdrowie nie to, ale kilka – ach to łakomstwo! – muszę
zjeść!
| Mama ugniata ciasto na pączki |
Wstępem do całej pączkowej przygody było palenie w piecu! Kiedy mieszkaliśmy w Rozwadowie, w mieszkaniu były normalne piece kaflowe. Węgiel trzeba było przydźwigać z piwnicy… Piec kuchenny, stojący w kuchni, składał się z dwóch części: palenisko pokryte żeliwnymi blachami, na których się gotowało; piec chlebowy – nieczęsto używany, zazwyczaj przy świętach, gdy mama piekła duże ilości ciasta. Tato rozpalał w piecu, by nagrzać maksymalnie pomieszczenie, w którym mama przygotowywała ciasto na pączki. Wszystkie drzwi do sąsiednich pokojów i przedpokoju były skrupulatnie zamykane i wszyscy starali się je otwierać tylko wtedy, kiedy rzeczywiście była taka konieczność. W kuchni musiało być jak w piekle! Wszystko po to, by ciasto rosło! Trzeba wspomnieć, że piszę o latach, kiedy zima była zimą. W styczniu zazwyczaj mróz bywał taki, że zaparowane szyby ozdobione były bajecznymi wzorami liści z tajemniczych ogrodów Królowej Lodu! Często temperatura spadała poniżej dwudziestu stopni i ku uciesze dzieciaków szkoła była zamykana na kilka dni. Hasaliśmy wtedy bez opamiętania po pobliskich „górkach” na sankach, nartach i łyżwach po zamarzniętych bajorach. Tak
| Tato uciera żółtka |
Gdy ciasto było już wygniecione – mieszanina mąki, drożdży rozpuszczonych w mleku, masła, doprawione rumem i oczywiście utartych żółtek – zazwyczaj w ceramicznej makutrze, przykrywało się ją lnianą ściereczką i odstawiało na bok. Ciasto rosło! Mama od czasu do czasu odkrywała makutrę i patrzyła co się tam dzieje. Jak się pojawiały w cieście bąbelki, można było przechodzić do kolejnych czynności. Długo nie mogłem zrozumieć tego, że ciasto rośnie… Przy takiej okazji dowiedziałem się o magicznych właściwościach drożdży! Dlatego też starałem się cierpliwie znosić katusze pojenia mnie roztworem z drożdży, bym szybciej rósł… Kiedy czekaliśmy, by ciasto rosło, następował najgorszy dla mnie moment przy smażeniu pączków. Topienie smalcu! Jak strasznie nie znosiłem mdławego zapachu topionego smalcu!
W tamtych czasach taką różaną konfiturę trzeba było samemu przygotować. Nie było supermarketów, Lidlów czy Biedronek, a tylko przepisy przekazywane przez mamy, babcie… Dlatego też, gdy zakwitała róża, nazywana dziką różą, ale też cukrową różą, zaopatrzeni w wiklinowe koszyczki (worków z tworzyw sztucznych nie było, najwyżej papierowe), wczesnym rankiem wędrowaliśmy zbierać płatki róży. Ważne bowiem było, by zrywać je jak najwcześniej, bo wtedy zachowywały prawdziwy smak i aromat różany, który osłabiany był przez słońce i wzrastającą temperaturę. Nasza ciocia Marcia – Marta Moskal – prowadziła nas do ogrodu pani Zosi Podczaszyńskiej. Była to starsza pani, siwe włosy czesała w koczek. Pochodziła z Kresów. W domu, gdzie mieszkała, zajmowała niewielkie mieszkanko na parterze. Atmosfera pokoju, w którym siedzieliśmy jak trusie, gdy pani Zosia i ciocia Marcia rozmawiały, była niesamowita. Panie znały się z klasztornej ławy, pewnie obie należały do żeńskiego III Zakonu franciszkańskiego, dość popularnego w Rozwadowie przy klasztorze kapucynów. Mieszkała za klasztorem, vis a vis bramy wjazdowej do kapucyńskiego konwentu. Nie wiem, do kogo należał ten dom, ale miał charakter nietypowej dla Rozwadowa willi. Mieszkali tam także Sudołowie. Z Jankiem Sudołem, w późniejszym okresie, spędzałem mnóstwo czasu na wędrówkach po Rozwadowie! W tym domu mieszkali też państwo Geisslerowie. Pan prof. Edward Geissler, nauczyciel matematyki, był dyrektorem rozwadowskiej szkoły handlowej do 1972 roku.
Zatem zerwane płatki róży, która strasznie kłuła broniąc swe kwiaty przed nami, były płukane w zimnej wodzie i raz jeszcze przeglądane. Potem wrzucane do glinianej makutry, warstwami przesypywane były cukrem i ucierane drewnianym wałkiem. Tak przygotowaną miksturę, oczywiście z myślą o zapustnych pączkach, gotowano nieustannie mieszając, by powidła czasem się nie przypaliły i wkładano do słoiczków, które wędrowały na półki do chłodnej i ciemnej piwnicy. Później, powidła różane przywoziła nam babcia Leokadia Paluch z Żabna. Babcia była trochę zielarką, przed świtem wychodziła z domu, by zbierać zioła, bo jak twierdziła, tylko wtedy zebrane miały swą moc. Okna domu dziadków, a także piec
![]() |
| W tajemniczym ogrodzie babci Leokadii. |
Niestety, skończył się
czas rozwadowskich, a później stalowowolskich pączków u moich rodziców. Wielu
wspomnianych osób już nie ma… Pozostały smaki, pozostały wspomnienia…
Pączki – przepis:
1 kg mąki pszennej
1 szklanka cukru
1 szklanka żółtek (z
10-12 jajek)
1 szklanka tłuszczu
(masło/margaryna)
2 szklanki mleka
8-10 dkg drożdży
1 kg smalcu (ewentualnie
oleju)
Żółtka ubijamy z cukrem –
na ciepło. Mąkę przesiać. Drożdże rozpuścić w mleku. Do mąki dodać żółtka,
masło, mleko z drożdżami, trochę soli. Ciasto ugniatamy dobrze, aż będzie
odchodzić od ręki. Na końcu dodać dwie łyżki spirytusu lub rumu. Nadal
wyrabiamy ciasto. Tak przygotowane ciasto pozostawiamy do wyrośnięcia. Po
wyrośnięciu rozwałkowujemy do grubości ok. 2 cm. Szklanką wycinamy kółka, na
które – na samym środku łyżeczką kładziemy różę (może być też marmolada o innym
smaku). Nakładamy na nie drugie kółko z ciasta i zlepiamy je. W takiej formie,
najlepij przykryte suchą serwetą płócienną, czekają na smażenie.
Tłuszcz – najlepiej ze
smalcu – rozgrzewamy do takiej temperatury, by nie spalił ciasta po wierzchu,
pozostawiając je surowym w środku. Zanim zdecydujemy się na smażenie, wkładamy
do tłuszczu niewielkie kawałki ciasta.
Fotografię przepisu na pączki wykonała moja siostra Anna Krogulec, za co jej serdecznie dziękuję.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz