W końcu udało mi się przeczytać książkę Kazimierza Jańczyka „Lubomirscy z Charzewic w legendzie i prawdzie”. Ukazała się nakładem Wydawnictwa „Sztafeta" już dość dawno, bo w 2019 roku, a finansowo projekt wsparło Miasto Stalowa Wola. I chwała za to włodarzom miasta, którzy dzisiaj mogą szczycić się niezwykłymi muzeami, interesującymi wydawnictwami także historycznymi, czy domami kultury – szczególnie bliskim mi sercu Sokołem w Rozwadowie, o który przez lata walczyła – i wywalczyła – Rozwadowianka Pani Maria Rehorowska.
Kazimierz
Jańczyk jest już znaną i uznaną postacią w Stalowej Woli, w kręgach muzealnych
Rozwadowa, ale i wśród flisaków z Ulanowa. Pochodzi wprawdzie ze świętokrzyskiego
Czarnocina, ale ze Stalową Wolą i Rozwadowem związany jest od 1980 roku.
Poznałem go jako działacza społecznego, dziennikarza i przede wszystkim znajomego
ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Z tej znajomości powstała wielka i
prawdziwa przyjaźń, która dodatkowo zaowocowała regionalną pasją historyczną i
pisarską współpracą z księdzem. Ale przede wszystkim niezwykłą opieką, jaką pan
Kazimierz roztoczył nad księdzem w ostatnich, trudnych latach jego życia. To
było bezcenne!
Lubomirscy
do Rozwadowa przybyli po nabyciu tutejszych dóbr związanych z Rozwadowem i
Charzewicami od Gabriela Rozwadowskiego w 1723 roku. Autor sięga jednak po
biografie wcześniejszych, aktywnych politycznie i militarnie – Jerzego
Sebastiana Lubomirskiego – dziadka, i Hieronima Augustyna Lubomirskiego – ojca
Jerzego Ignacego Lubomirskiego. Uczestniczą w trwających na terenie
Rzeczpospolitej wojnach, przez ich życiorysy przewijają się sascy królowie –
August II i III, Stanisław Leszczyński, odnoszą polityczne sukcesy i klęski. Pojawiają
się hrabina Cosel – kochanka Augusta II i hrabia Henryk Brühl – postaci w
tamtych czasach wszechmocne i niezwykle tajemnicze… Lubomirscy mieli też
ambicję, by sięgnąć po królewską koronę.
W
książce znajdziemy życiorysy kolejnych wszystkich rozwadowskich Lubomirskich,
ich żon i dzieci. Autor pisze też o mezaliansach Lubomirskich, które de
facto dzięki męskim potomkom pozwoliły zachować ród. Pisze o kochankach
książęcych, które potrafiły walczyć o swoje i często dopinały swych żądań. W
latach 90-tych XX wieku nastąpił swoisty „wysyp” Lubomirskich z nieprawego
łoża, roszczących sobie pretensje do majątku po Lubomirskich. O ostatnich
Lubomirskich zachowało się wiele anegdot i wspomnień spisywanych przez lata
przez ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, którego dziadek był kucharzem na
książęcym dworze. Miałem nadzieję, że autorowi udało się znaleźć jakieś nowe
informacje na temat dramatycznego zniknięcia w 1945 roku ostatniego charzewskiego
dziedzica Jerzego Ignacego, który został w 1944 roku aresztowany przez
komunistyczne władze nowej Polski. Z jednej strony istnieje przekonanie, że
książę został zamordowany przez UB... Z drugiej, aresztowany z nim Hubert
Lubomirski został zesłany w głąb Rosji, skąd po kilku latach wrócił. Jerzy
Ignacy Lubomirski miał być z nim na tę zsyłkę eskortowany i po drodze w
niewyjaśnionych okolicznościach przepadł... Z trzeciej zaś – ks. Gaj-Piotrowski
twierdził, że w latach 50-tych XX wieku, spotkał księcia w Krakowie na ul.
Grodzkiej...
Niezwykle
ciekawą opowieścią mogłyby być losy jedynej córki – Joty Lubomirskiej, którą
udało się uratować. Zmieniła nazwisko na Kwiatkowska, ukończyła studia w
Warszawie i legalnie wyjechała do Francji, gdzie wyszła za mąż, a potem osiadła
na Maderze, gdzie książę przed wojną nabył willę, która miała być domem
wakacyjnym Lubomirskich.
Z
nostalgią zawsze wspominam swe wędrówki po opuszczonym i zaniedbanym
charzewskim parku. Podziwiałem popadający z roku na rok w ruinę dworek,
szalałem na rowerze po alejkach parkowych, przesiadywałem na górce z krzyżem,
gdzie, jak opowiadała ciocia Marta Moskal, miało straszyć. Miał się tam
powiesić zakochany młodzieniec, nieuleczalnie chory, a może chory z miłości? A
górka miała być rozkopana przez Niemców, bo, jak miejscowi opowiadali – a
Niemcy uwierzyli, miał tam być zakopany skarb... Dlatego wokół rozrzucone są
dość duże kamienie wyciągnięte podczas rozgrzebywania kopca... Zawsze też zastanawiałem
się nad ich pochodzeniem, bo w okolicy raczej tak duże głazy narzutowe nie występowały?
Usypany kopiec upamiętniać miał ocalenie Lubomirskich przed galicyjską rzezią, ale
uchronił także park przed poprowadzeniem przez jego teren torów kolejowych z
kierunku Zaklikowa i Lublina do Rozwadowa. Linia prowadzona była przez Rosjan,
a uruchomiona została w 1914 roku i biegnie niebezpiecznie blisko parku. A
wybudowana przez Niemców podczas okupacji II wojny światowej, nieopodal parku
parowozownia, a właściwie olejowe ścieki wpuszczane do leśnego strumyka
zasilającego parkową sadzawkę, jeszcze długo po wojnie zatruwały ją. Nie
pływały po niej ptaki, ani nie kwitły wodne lilie…
Książkę
czyta się z zainteresowaniem. Choć posiada swe redakcyjne mankamenty. Brak
konsekwencji w stosowaniu przypisów. Często, cytowane w tekście, zaznaczone
fragmenty nie są opatrzone przypisami. Brak też bibliografii. I w końcu wydawnictwo
nie zamieściło indeksu osobowego. A przez karty książki przewija się tyle
ciekawych postaci! Nie da się też ukryć, że redaktor mógł poświęcić książce
nieco więcej uwagi. Niezależnie od wszystkiego, książka Kazimierza Jańczyka
powinna być nie tylko lekturą obowiązkową wszystkich zainteresowanych historią
Charzewic, Rozwadowa czy całego Nadsańskiego Regionu, ale powinna też znaleźć
swe poczesne miejsce w domowych bibliotekach Rozwadowian obok książek ks. prof.
Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Ponieważ autor, z którym jak wspomniałem znam się
od lat, nie zadbał, by książka jego autorstwa dotarła do mnie po jej wydaniu, poszukiwania
za nią zajęły mi kilka lat! Tu składam ukłony podziękowania życzliwym osobom z
Urzędu Miasta Stalowa Wola!
A
tak swoją drogą – drodzy miłośnicy Rozwadowa, czy posiadacie te książki? Czy je
czytacie?



