niedziela, 25 stycznia 2026

Kazimierza Jańczyka opowieść o Lubomirskich z Charzewic

 


W końcu udało mi się przeczytać książkę Kazimierza Jańczyka „Lubomirscy z Charzewic w legendzie i prawdzie”. Ukazała się nakładem Wydawnictwa „Sztafeta" już dość dawno, bo w 2019 roku, a finansowo projekt wsparło Miasto Stalowa Wola. I chwała za to włodarzom miasta, którzy dzisiaj mogą szczycić się niezwykłymi muzeami, interesującymi wydawnictwami także historycznymi, czy domami kultury – szczególnie bliskim mi sercu Sokołem w Rozwadowie, o który przez lata walczyła – i wywalczyła – Rozwadowianka Pani Maria Rehorowska.

Kazimierz Jańczyk jest już znaną i uznaną postacią w Stalowej Woli, w kręgach muzealnych Rozwadowa, ale i wśród flisaków z Ulanowa. Pochodzi wprawdzie ze świętokrzyskiego Czarnocina, ale ze Stalową Wolą i Rozwadowem związany jest od 1980 roku. Poznałem go jako działacza społecznego, dziennikarza i przede wszystkim znajomego ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Z tej znajomości powstała wielka i prawdziwa przyjaźń, która dodatkowo zaowocowała regionalną pasją historyczną i pisarską współpracą z księdzem. Ale przede wszystkim niezwykłą opieką, jaką pan Kazimierz roztoczył nad księdzem w ostatnich, trudnych latach jego życia. To było bezcenne!


Ta książka jest właściwie dedykowana przez Autora jego Mistrzowi. Pisze w rozdziale zatytułowanym „Pro memoria”: „Pozycja ta to swoiste podziękowanie i uhonorowanie osoby ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, jako zasłużonego dla Regionu Dolnosańskiego badacza dziejów tej ziemi”. Wstęp do książki napisał Janusz Ogiński, dziennikarz i fotografik regionalny – a w tym przypadku redaktor książki. Warto też wspomnieć, że słowo wstępne skreślił Prezydent Miasta Stalowa Wola Lucjusz Nadbrzeżny.

Lubomirscy do Rozwadowa przybyli po nabyciu tutejszych dóbr związanych z Rozwadowem i Charzewicami od Gabriela Rozwadowskiego w 1723 roku. Autor sięga jednak po biografie wcześniejszych, aktywnych politycznie i militarnie – Jerzego Sebastiana Lubomirskiego – dziadka, i Hieronima Augustyna Lubomirskiego – ojca Jerzego Ignacego Lubomirskiego. Uczestniczą w trwających na terenie Rzeczpospolitej wojnach, przez ich życiorysy przewijają się sascy królowie – August II i III, Stanisław Leszczyński, odnoszą polityczne sukcesy i klęski. Pojawiają się hrabina Cosel – kochanka Augusta II i hrabia Henryk Brühl – postaci w tamtych czasach wszechmocne i niezwykle tajemnicze… Lubomirscy mieli też ambicję, by sięgnąć po królewską koronę.

Jerzy Ignacy Lubomirski wiódł też drapieżne życie. W pojedynku zabił swego gościa chorążego sanockiego Józefa Jelca, za co przyszło mu odpokutować. Gdy się ustatkował, po burzliwym życiu chciał być – i tak się stało – pochowany w pokutnym habicie w kryptach klasztoru O.O. Kapucynów w Rozwadowie, którego był fundatorem. Spoczął w klasztornych kryptach w roku 1753, już po poświęceniu klasztornej świątyni.


W książce znajdziemy życiorysy kolejnych wszystkich rozwadowskich Lubomirskich, ich żon i dzieci. Autor pisze też o mezaliansach Lubomirskich, które de facto dzięki męskim potomkom pozwoliły zachować ród. Pisze o kochankach książęcych, które potrafiły walczyć o swoje i często dopinały swych żądań. W latach 90-tych XX wieku nastąpił swoisty „wysyp” Lubomirskich z nieprawego łoża, roszczących sobie pretensje do majątku po Lubomirskich. O ostatnich Lubomirskich zachowało się wiele anegdot i wspomnień spisywanych przez lata przez ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, którego dziadek był kucharzem na książęcym dworze. Miałem nadzieję, że autorowi udało się znaleźć jakieś nowe informacje na temat dramatycznego zniknięcia w 1945 roku ostatniego charzewskiego dziedzica Jerzego Ignacego, który został w 1944 roku aresztowany przez komunistyczne władze nowej Polski. Z jednej strony istnieje przekonanie, że książę został zamordowany przez UB... Z drugiej, aresztowany z nim Hubert Lubomirski został zesłany w głąb Rosji, skąd po kilku latach wrócił. Jerzy Ignacy Lubomirski miał być z nim na tę zsyłkę eskortowany i po drodze w niewyjaśnionych okolicznościach przepadł... Z trzeciej zaś – ks. Gaj-Piotrowski twierdził, że w latach 50-tych XX wieku, spotkał księcia w Krakowie na ul. Grodzkiej...

Niezwykle ciekawą opowieścią mogłyby być losy jedynej córki – Joty Lubomirskiej, którą udało się uratować. Zmieniła nazwisko na Kwiatkowska, ukończyła studia w Warszawie i legalnie wyjechała do Francji, gdzie wyszła za mąż, a potem osiadła na Maderze, gdzie książę przed wojną nabył willę, która miała być domem wakacyjnym Lubomirskich.


Z nostalgią zawsze wspominam swe wędrówki po opuszczonym i zaniedbanym charzewskim parku. Podziwiałem popadający z roku na rok w ruinę dworek, szalałem na rowerze po alejkach parkowych, przesiadywałem na górce z krzyżem, gdzie, jak opowiadała ciocia Marta Moskal, miało straszyć. Miał się tam powiesić zakochany młodzieniec, nieuleczalnie chory, a może chory z miłości? A górka miała być rozkopana przez Niemców, bo, jak miejscowi opowiadali – a Niemcy uwierzyli, miał tam być zakopany skarb... Dlatego wokół rozrzucone są dość duże kamienie wyciągnięte podczas rozgrzebywania kopca... Zawsze też zastanawiałem się nad ich pochodzeniem, bo w okolicy raczej tak duże głazy narzutowe nie występowały? Usypany kopiec upamiętniać miał ocalenie Lubomirskich przed galicyjską rzezią, ale uchronił także park przed poprowadzeniem przez jego teren torów kolejowych z kierunku Zaklikowa i Lublina do Rozwadowa. Linia prowadzona była przez Rosjan, a uruchomiona została w 1914 roku i biegnie niebezpiecznie blisko parku. A wybudowana przez Niemców podczas okupacji II wojny światowej, nieopodal parku parowozownia, a właściwie olejowe ścieki wpuszczane do leśnego strumyka zasilającego parkową sadzawkę, jeszcze długo po wojnie zatruwały ją. Nie pływały po niej ptaki, ani nie kwitły wodne lilie…

Książkę czyta się z zainteresowaniem. Choć posiada swe redakcyjne mankamenty. Brak konsekwencji w stosowaniu przypisów. Często, cytowane w tekście, zaznaczone fragmenty nie są opatrzone przypisami. Brak też bibliografii. I w końcu wydawnictwo nie zamieściło indeksu osobowego. A przez karty książki przewija się tyle ciekawych postaci! Nie da się też ukryć, że redaktor mógł poświęcić książce nieco więcej uwagi. Niezależnie od wszystkiego, książka Kazimierza Jańczyka powinna być nie tylko lekturą obowiązkową wszystkich zainteresowanych historią Charzewic, Rozwadowa czy całego Nadsańskiego Regionu, ale powinna też znaleźć swe poczesne miejsce w domowych bibliotekach Rozwadowian obok książek ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Ponieważ autor, z którym jak wspomniałem znam się od lat, nie zadbał, by książka jego autorstwa dotarła do mnie po jej wydaniu, poszukiwania za nią zajęły mi kilka lat! Tu składam ukłony podziękowania życzliwym osobom z Urzędu Miasta Stalowa Wola!

A tak swoją drogą – drodzy miłośnicy Rozwadowa, czy posiadacie te książki? Czy je czytacie? 

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...