piątek, 13 lutego 2026

Nowe opowiadanie mojej wnuczki

 


Tradycyjnie już prezentuję na swym blogu opowiadania mojej wnuczki Mai. Mam nadzieję, że to motywować ją będzie do przelewania na papier ciekawych pomysłów, które się od czasu do czasu pojawiają. Jestem przekonany, że w końcu ich pojawianie się będzie mobilizowało ją do częstszego dzielenia się ze mną rodzącymi się tekstami… By już nie zanudzać przeczytajcie opowiadanie „Czas, który trwa”. Fotografie są mojego autorstwa i pochodzą z niezwykle dawnych czasów, by pokazać, że czas rzeczywiście trwa. Został na zawsze zatrzymany obiektywem na kliszy i mimo wszystko trwa, będąc takim jaki jest…


Maja Wojtal

Czas, który trwa

 

Przeprowadzka do większego miasta rzadko bywa łagodna dla tych, którzy przywykli do ciszy. Życie w pędzie, zgiełk i huk miasta, dla mózgu przyzwyczajonego do idyllicznego spokoju wsi, stają się dużą przeszkodą. Adam mimo tego, że już od siedmiu lat mieszkał w Krakowie, szczególnie w listopadzie dotkliwie to odczuwał. Zawsze wybierał miejsca na uboczu, jakby obecność innych była dla niego zbyt głośna. Czerpał przyjemność z pracy i cichego obcowania z książkami, które nie domagały się rozmowy ani pośpiechu. Cisza nie była dla niego pustką, a raczej formą odpoczynku. Potrzebował spokoju, nie szukał wrażeń. Praca nadawała jego życiu powolny, miarowy rytm i była jedną
z nielicznych radości, jakie go spotkały.

Wracając wieczorem ze swojego biura do mieszkania, brodził w żółto-brązowym dywanie liści ścielącym się na deptaku. Przez głowę przebiegła mu myśl z dramatu Wyspiańskiego „Listopad to dla Polski niebezpieczna pora”… Uśmiechnął się do siebie, szczelniej otulając się szalikiem. Zimno osiadało powoli na miasto. Zmrok zapadał jeszcze bez pośpiechu. Nie spieszył się. Wysiadał z autobusu, kiedy zadzwonił telefon. Adam wiedział czego może się spodziewać. Połowa listopada, więc jak co roku, jego dobry przyjaciel Bernard wyjeżdżał do córki, do Stanów Zjednoczonych. Przez kilka tygodni musiał zająć się jego sprawami zawodowymi. Pracowali od lat w jednym fachu, znali się od czasów zabaw na podwórku. Nawet mieszkanie, w którym Adam mieszkał, zawdzięczał w gruncie rzeczy jemu. Z życzliwości i sentymentu dla przyjaciela zgadzał się przejmować jesienią jego obowiązki administratora kamienicy. Był wdowcem. Dzieci odwiedzały go rzadko. Nie miał wielu obowiązków.

Po tygodniu pojechał do przyjaciela odebrać dokumenty. Wchodził schodami na piętro powoli, swoim tempem. Korytarz pachniał wilgocią i świeżo pieczonym ciastem, jakby przechowywał w sobie ślady cudzych wieczorów. Taki zapach potrafił ożywić stare wspomnienia – Adam uśmiechnął się do siebie. Wyjął klucze z kieszeni. Drzwi otwierały się ciężko, jakby mieszkanie zdążyło już przywyknąć do nieobecności właściciela. Wewnątrz panował niemal sterylny porządek. Na stole w salonie leżała teczka przygotowana przez Bernarda, po którą przyjechał. Płaszcz, jeszcze wilgotny od deszczu, odwiesił niedbale na krzesło. Rozsiadł się wygodnie i zaczął przeglądać dokumenty, nad którymi miał spędzić najbliższych kilka dni.

Były to księgi czynszowe, stare koperty z listami i wykaz lokatorów budynku, w którym od przecież lat mieszkał. W kamienicy znał wszystko na pamięć. Dźwięk trzeszczących schodów, poręcz z obdartym lakierem, podwórko, z którego widać okna wszystkich mieszkań. Przerzucał kartki mechanicznie, z wyraźną wprawą wynikającą z wieloletniego doświadczenia. W pewnym momencie jego uwagę przykuło coś drobnego, niemal nieistotnego. Daty w nagłówkach zmieniały się poprawnie, regularnie, ale te wpisane w kolumnie nazwisk kilku lokatorów już nie. Czas na tych dokumentach jakby się zatrzymał. Wiek lokatorów wpisany ołówkiem nie zmieniał się. Rok po roku, ta sama cyfra. Bez żadnej poprawki. „Dziwne” – to słowo powracało uparcie, gdy jego wzrok przesuwał po kolumnach wpisanych cyfr.

Kiedy zamknął za sobą drzwi, teczka zdawała się ciążyć mu w ręku bardziej niż powinna. Droga powrotna minęła szybko. Dopiero znajomy zarys bramy uświadomił mu, że jest na miejscu.

Kamienica wchłonęła go bez pośpiechu, jakby znała ciężar jego kroków od dawna. Klatka schodowa oddychała chłodem i wilgocią, a wątłe światło sączyło się niepewnie z żarówek. Minął drzwi sąsiada, zza których dobiegał szmer radia, ten sam, który pamiętał sprzed lat. Pnąc się wyżej po schodach, coraz bardziej nabierał przekonania, że budynek zasysa każdą chwilę, gromadzi w sobie resztki dawnych dni. Z mieszkań dobiegały te same dźwięki, które znał od lat. Szuranie kapci, kaszel, woda płynąca przez rury, szmer telewizorów, tworzyły niby złożoną symfonię. Przechodził, a drzwi uchylały się i zamykały, jakby ktoś pilnował porządku, sprawdzał, czy wszystko jest na swoim miejscu. Twarze lokatorów pojawiały się i znikały, niezmienione jak fotografie tkwiące w rodzinnym albumie. Mijał ich kiwając jedynie głową na przywitanie, ale cały ten zamknięty krajobraz, zaczynał go niepokoić. Wiedział co za chwilę się wydarzy, Nazbyt dokładna znajomość i przewidywalność rzeczywistości.

To, co zobaczył na drugim piętrze zatrzymało go w pół kroku. Po wytartej wykładzinie biegło małe rude kocię, drobne, ale niezwykle zwinne. Dobrze znał ten obraz. Déjà vu. Przeżył to już wcześniej. Za kotkiem drobiła starsza kobieta – sąsiadka z mieszkania obok. Poruszała się powoli, z tą samą niecierpliwą troską, co lata temu, wyciągając ręce, jakby scena ta powtarzała się od dawna i zawsze w ten sam sposób. – Ach, te małe… – mruknęła, łapiąc kota. – Oby tylko z tego wyrósł! Słowa zabrzmiały znajomo. Zbyt znajomo. Adam pamiętał je dokładnie, wraz z tonem głosu i lekkim westchnieniem na końcu wypowiadanego zdania. Wtedy też był listopad. Stał w tym samym miejscu, z kluczami w dłoni. Kobieta zniknęła za drzwiami, a korytarz opustoszał. Stał jeszcze chwilę w ciszy, próbując znaleźć w pamięci jakieś różnice między tymi zdarzeniami. Nie potrafił nic znaleźć. Ukłucie tej świadomości było nagłe i przeszyło go niczym pocisk.

Wszedł do mieszkania. W przedpokoju powiesił płaszcz. Szybko spojrzał do teczki. Ta kobieta spod 27. była jedną z lokatorek, której wiek nie zmienił się od prawie dekady. Myśli zaczęły galopować. Tyle lat w pozornie bezpiecznej przestrzeni. W spokojnej rutynie. – „Co to właściwie znaczy?!” – myślał. Sięgnął po długopis, aby wszystko poprawić. Przelotnie spojrzał w lustro. Zobaczył siebie jako młodego, radosnego młodzieńca. Obok stała uśmiechnięta Zofia. Żona, którą pamiętał z rozmywających się z czasem wspomnień. Nie dostrzegał jeszcze, że starość zaczęła zabierać mu pamięć. W odbiciu lustra czas cofnął się do odległych lat i gestów, które teraz, w ten listopadowy wieczór zaczęły nabierać sensu. Objął ją czule.

Co się dzieje? – pomyślał. Przysiadł na chwilę. W rytmicznym wydawało mu się biciu serca poczuł spokój. Tak. Ukojenie… Wieczny sen.

Nie wszystko musi być oczywiste. I nie potrzebuje wyjaśnienia.



niedziela, 25 stycznia 2026

Kazimierza Jańczyka opowieść o Lubomirskich z Charzewic

 


W końcu udało mi się przeczytać książkę Kazimierza Jańczyka „Lubomirscy z Charzewic w legendzie i prawdzie”. Ukazała się nakładem Wydawnictwa „Sztafeta" już dość dawno, bo w 2019 roku, a finansowo projekt wsparło Miasto Stalowa Wola. I chwała za to włodarzom miasta, którzy dzisiaj mogą szczycić się niezwykłymi muzeami, interesującymi wydawnictwami także historycznymi, czy domami kultury – szczególnie bliskim mi sercu Sokołem w Rozwadowie, o który przez lata walczyła – i wywalczyła – Rozwadowianka Pani Maria Rehorowska.

Kazimierz Jańczyk jest już znaną i uznaną postacią w Stalowej Woli, w kręgach muzealnych Rozwadowa, ale i wśród flisaków z Ulanowa. Pochodzi wprawdzie ze świętokrzyskiego Czarnocina, ale ze Stalową Wolą i Rozwadowem związany jest od 1980 roku. Poznałem go jako działacza społecznego, dziennikarza i przede wszystkim znajomego ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Z tej znajomości powstała wielka i prawdziwa przyjaźń, która dodatkowo zaowocowała regionalną pasją historyczną i pisarską współpracą z księdzem. Ale przede wszystkim niezwykłą opieką, jaką pan Kazimierz roztoczył nad księdzem w ostatnich, trudnych latach jego życia. To było bezcenne!


Ta książka jest właściwie dedykowana przez Autora jego Mistrzowi. Pisze w rozdziale zatytułowanym „Pro memoria”: „Pozycja ta to swoiste podziękowanie i uhonorowanie osoby ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, jako zasłużonego dla Regionu Dolnosańskiego badacza dziejów tej ziemi”. Wstęp do książki napisał Janusz Ogiński, dziennikarz i fotografik regionalny – a w tym przypadku redaktor książki. Warto też wspomnieć, że słowo wstępne skreślił Prezydent Miasta Stalowa Wola Lucjusz Nadbrzeżny.

Lubomirscy do Rozwadowa przybyli po nabyciu tutejszych dóbr związanych z Rozwadowem i Charzewicami od Gabriela Rozwadowskiego w 1723 roku. Autor sięga jednak po biografie wcześniejszych, aktywnych politycznie i militarnie – Jerzego Sebastiana Lubomirskiego – dziadka, i Hieronima Augustyna Lubomirskiego – ojca Jerzego Ignacego Lubomirskiego. Uczestniczą w trwających na terenie Rzeczpospolitej wojnach, przez ich życiorysy przewijają się sascy królowie – August II i III, Stanisław Leszczyński, odnoszą polityczne sukcesy i klęski. Pojawiają się hrabina Cosel – kochanka Augusta II i hrabia Henryk Brühl – postaci w tamtych czasach wszechmocne i niezwykle tajemnicze… Lubomirscy mieli też ambicję, by sięgnąć po królewską koronę.

Jerzy Ignacy Lubomirski wiódł też drapieżne życie. W pojedynku zabił swego gościa chorążego sanockiego Józefa Jelca, za co przyszło mu odpokutować. Gdy się ustatkował, po burzliwym życiu chciał być – i tak się stało – pochowany w pokutnym habicie w kryptach klasztoru O.O. Kapucynów w Rozwadowie, którego był fundatorem. Spoczął w klasztornych kryptach w roku 1753, już po poświęceniu klasztornej świątyni.


W książce znajdziemy życiorysy kolejnych wszystkich rozwadowskich Lubomirskich, ich żon i dzieci. Autor pisze też o mezaliansach Lubomirskich, które de facto dzięki męskim potomkom pozwoliły zachować ród. Pisze o kochankach książęcych, które potrafiły walczyć o swoje i często dopinały swych żądań. W latach 90-tych XX wieku nastąpił swoisty „wysyp” Lubomirskich z nieprawego łoża, roszczących sobie pretensje do majątku po Lubomirskich. O ostatnich Lubomirskich zachowało się wiele anegdot i wspomnień spisywanych przez lata przez ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego, którego dziadek był kucharzem na książęcym dworze. Miałem nadzieję, że autorowi udało się znaleźć jakieś nowe informacje na temat dramatycznego zniknięcia w 1945 roku ostatniego charzewskiego dziedzica Jerzego Ignacego, który został w 1944 roku aresztowany przez komunistyczne władze nowej Polski. Z jednej strony istnieje przekonanie, że książę został zamordowany przez UB... Z drugiej, aresztowany z nim Hubert Lubomirski został zesłany w głąb Rosji, skąd po kilku latach wrócił. Jerzy Ignacy Lubomirski miał być z nim na tę zsyłkę eskortowany i po drodze w niewyjaśnionych okolicznościach przepadł... Z trzeciej zaś – ks. Gaj-Piotrowski twierdził, że w latach 50-tych XX wieku, spotkał księcia w Krakowie na ul. Grodzkiej...

Niezwykle ciekawą opowieścią mogłyby być losy jedynej córki – Joty Lubomirskiej, którą udało się uratować. Zmieniła nazwisko na Kwiatkowska, ukończyła studia w Warszawie i legalnie wyjechała do Francji, gdzie wyszła za mąż, a potem osiadła na Maderze, gdzie książę przed wojną nabył willę, która miała być domem wakacyjnym Lubomirskich.


Z nostalgią zawsze wspominam swe wędrówki po opuszczonym i zaniedbanym charzewskim parku. Podziwiałem popadający z roku na rok w ruinę dworek, szalałem na rowerze po alejkach parkowych, przesiadywałem na górce z krzyżem, gdzie, jak opowiadała ciocia Marta Moskal, miało straszyć. Miał się tam powiesić zakochany młodzieniec, nieuleczalnie chory, a może chory z miłości? A górka miała być rozkopana przez Niemców, bo, jak miejscowi opowiadali – a Niemcy uwierzyli, miał tam być zakopany skarb... Dlatego wokół rozrzucone są dość duże kamienie wyciągnięte podczas rozgrzebywania kopca... Zawsze też zastanawiałem się nad ich pochodzeniem, bo w okolicy raczej tak duże głazy narzutowe nie występowały? Usypany kopiec upamiętniać miał ocalenie Lubomirskich przed galicyjską rzezią, ale uchronił także park przed poprowadzeniem przez jego teren torów kolejowych z kierunku Zaklikowa i Lublina do Rozwadowa. Linia prowadzona była przez Rosjan, a uruchomiona została w 1914 roku i biegnie niebezpiecznie blisko parku. A wybudowana przez Niemców podczas okupacji II wojny światowej, nieopodal parku parowozownia, a właściwie olejowe ścieki wpuszczane do leśnego strumyka zasilającego parkową sadzawkę, jeszcze długo po wojnie zatruwały ją. Nie pływały po niej ptaki, ani nie kwitły wodne lilie…

Książkę czyta się z zainteresowaniem. Choć posiada swe redakcyjne mankamenty. Brak konsekwencji w stosowaniu przypisów. Często, cytowane w tekście, zaznaczone fragmenty nie są opatrzone przypisami. Brak też bibliografii. I w końcu wydawnictwo nie zamieściło indeksu osobowego. A przez karty książki przewija się tyle ciekawych postaci! Nie da się też ukryć, że redaktor mógł poświęcić książce nieco więcej uwagi. Niezależnie od wszystkiego, książka Kazimierza Jańczyka powinna być nie tylko lekturą obowiązkową wszystkich zainteresowanych historią Charzewic, Rozwadowa czy całego Nadsańskiego Regionu, ale powinna też znaleźć swe poczesne miejsce w domowych bibliotekach Rozwadowian obok książek ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Ponieważ autor, z którym jak wspomniałem znam się od lat, nie zadbał, by książka jego autorstwa dotarła do mnie po jej wydaniu, poszukiwania za nią zajęły mi kilka lat! Tu składam ukłony podziękowania życzliwym osobom z Urzędu Miasta Stalowa Wola!

A tak swoją drogą – drodzy miłośnicy Rozwadowa, czy posiadacie te książki? Czy je czytacie? 

środa, 28 maja 2025

W starym Notatniku

 

Są takie szuflady, do których nie zaglądam za często. Niby wiem, co tam się znajduje, ale gdy zajrzę, zawsze dokonuję jakiegoś odkrycia… Tym razem z samego dna starego tekturowego pudełka wydobyłem notes. Jest podpisany: „Notatnik – Janusz Paluch – Rozwadów – ul. Mickiewicza 75 – klasa II a – LO 44 Stalowa Wola”. Obok odcisk pieczęci, jaką przybijałem obok podpisu, choćby na różnych licznych listach pisanych do znajomych. Pieczęć przedstawiała grot strzały i litery „PJ”. Wyciąłem ją osobiście w gumce do mazania… Litery oznaczały moje imię i nazwisko. Natomiast grot nawiązywał do głośnego przedwojennego znaleziska archeologicznego w Rozwadowie, za kuźnią Pietruszyńskich. Był to grot włóczni z czasów rzymskich z napisami runicznymi. Zabytek znany jest tylko z rysunków, bowiem oryginał został przekazany do zbiorów archeologicznych w muzeum w Stryju. Dlaczego trafił do Stryja, a nie do Lwowa, czy Krakowa, gdzie przecież znajdują się zabytki archeologiczne z ciałopalnego cmentarzyska z Rozwadowa oraz z późniejszych badań wykopaliskowych w Charzewicach, czy wojennych badań Rudolfa Jamki prowadzonych w Turbi? Nie wiadomo też, co się stało z tym grotem…

W notatniku pisałem „komunikaty” z różnych wypraw rowerowych po okolicy Rozwadowa. Najciekawszą jest jednak notatka z „badań ratowniczych” z rozwadowskiego rynku… A zatem czytamy:

„Dnia dwudziestego października 1969 roku kolega Piotr Tarczyński znalazł na budowie, która mieści się na rynku, pokrywkę od glinianego garnka. Znaleziona została między drugą a trzecią warstwą ziemi. Znajdują się na niej ślady okopcenia. Możemy stwierdzić, że jest pokrywka, która znajdowała się w czasie pożaru ratusza, ewentualnie z pożarów Rozwadowa. Warstwy, na których znajduje się Rozwadów: 1. mieszanka; 2. ziemia brązowa; 3. piasek zanieczyszczony; 4. Mieszanka; 5. żwir (rzadki); 6. spalenizna (drzewo i opalone cegły); 7. piasek brąz.”

Pamiętam, że był to pogodny dzień. Poszliśmy z Piotrem Tarczyńskim na Rynek, chyba po lekcjach. Na wykopach nie było już robotników. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Nie pamiętam, czemu te wykopy miały służyć? Może pod fundamenty wznoszonej restauracji „Wzorcowa”? Jedno z miejsc się wówczas chyba zapadło, odsłaniając otchłań piwnic dawnego ratusza. Nie wiem, czy ktoś wówczas odważył się tam wejść? Nasza wyprawa na rynek zainspirowana była oczywiście przez ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Najpierw wysłuchaliśmy wykładu co to jest, i jak ważna w datowaniu zabytków archeologicznych, stratygrafia. Celem ekspedycji było zrobienie rysunku i pobranie próbek z warstw stratygraficznych. Nie spodziewaliśmy się jednak znaleziska… W warstwach oznaczonych dwójką i trójką natknęliśmy się na skupisko skorup ceramicznych. W oczy rzucał się uchwyt pokrywki. Zebraliśmy wszystkie fragmenty. Potem, w domu, po oczyszczeniu, okazało się, że „pasują” do siebie. Poskładaliśmy, a kilka dni później skleiliśmy. Wyszła niemal cała piękna gliniana pokrywka garnka. Ciekawe, czy potłukła się podczas pożaru ratusza, albo podczas pożaru Rozwadowa w czasie I wojny światowej? A może po prostu, gospodarzowi handlującemu na przykład ogórkami kiszonymi wypadła z ręki i tak już została do 1969 roku?

Klejenie znalezionych fragmentów ceramiki do łatwych nie należało, choćby z tego względu, że w tamtych czasach nie można było kupić kleju. Musieliśmy sami, dla własnych potrzeb, go przygotowywać. Oczywiście z pomocą przyszedł ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski, który przekazał nam recepturę. Do zrobienia kleju potrzebny był przeźroczysty, giętki plastik. Pozyskiwałem go z elementów wzmacniających koszule. Pocięty na drobne kawałeczki, zalewaliśmy rozpuszczalnikiem Tri. Ten rozpuszczalnik cieszył się złą sławą, bowiem młodzi ludzie odurzali się nim, co doprowadziło w końcu do wycofana go ze sprzedaży – przynajmniej pod tą nazwą. Klej jednak był niezawodny!

Chyba rok wcześniej, też jesiennym popołudniem, wybrałem się na rowerową wyprawę w towarzystwie ks. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego. Celem było obejrzenie i sfotografowanie tzw. Dębów Jagiełły, które rosły przy drodze do Sandomierza, między Turbią a Zbydniowem. Rosły samotnie po prawej stronie drogi, zwracając na siebie uwagę. Za nimi stał drewniany dom. Dokonaliśmy oględzin drzewa i opisu:


Dąb północny wynosi 4 i 1 ręka objętości. Dąb południowy ma obj. 4 i 1 r. Około 1900 roku Horodyński wykupił niewielki skrawek placu od wieśniaka Bieleckiego, dając mu za to pół morgi pola gdzie indziej. Na obecnym polu mieszka Mieczysław Bielecki, wnuk tego co sprzedał kawałek pola Horodyńskiemu. Dęby liczą od 600-700 l. Wiesia Bielecka była bardzo uprzejma i przyniosła olbrzymie cęgi, którymi z wielkim trudem wyciągnęliśmy gwoździa. W dziupli od lat gnieździły się pszczoły, a obecnie drążą sobie gniazda ptaki. Na dębie od str. pół. od lat gnieżdżą się wiewiórki. Tabliczki zielone z godłem i napisem „Pomnik przyrody prawem chroniony”. 

Dzisiaj śladu po tych „Pomnikach przyrody prawem chronionych” nie ma. Fotografie się gdzieś zawieruszyły. Nie ma też drewnianego domu i nie wiem, czy potrafiłbym odnaleźć to miejsce… Obmierzając wówczas drzewa na „harcerski” sposób, bo nie mieliśmy żadnej taśmy mierniczej, ksiądz wypatrzył w burej korze jednego z drzew zardzewiałą


główkę gwoździa. Od razu wiedział, że był to stary „gwóźdź kowalski”. Wtedy poszliśmy do gospodarza – pana Mieczysława Bieleckiego, który opowiedział o swym dziadku, o historii dębów chronionych przez hrabiego Horodyńskiego. Nie przypadkowo bowiem ludzie nazywali je Dębami Jagiełły. Miał w ich cieniu odpoczywać, polujący w Puszczy Sandomierskiej, król Władysław Jagiełło. W opowieści pojawia się też Wiesia Bielecka, która wysłana przez tatę przyniosła nam duże cęgi. W swej relacji napisałem „obcęgi”, co ksiądz nakazał poprawić cęgi, twierdząc, że to niemiecka naleciałość od hebzange… A przecież cęgi i tak „po uszy” siedzą w niemieckim zange… W kuchni u Bieleckich zauważyliśmy dolną część starej lampy naftowej wykonanej w porcelanie. Choć nie miała klosza, to i tak interesująco i kusząco wyglądała. Ksiądz nawet zapytał – z myślą o mnie, czy by jej nie sprzedał… Wycenił ja na 100 zł. Niestety moje zasoby finansowe ucznia, chyba VIII klasy, szkoły podstawowej nie pozwalały na zakup… I nadal musiałem się uczyć przy elektrycznej biurkowej lampie…



czwartek, 27 czerwca 2024

„Śladami częstochowskich kawiarni” według Mai Wojtal

O Mai - mojej częstochowskiej wnuczce - już wspominałem, chwaląc się jej pierwszymi próbami pisarskimi. Dzisiaj też się chwalę. Praca ma formę reportażu historycznego. Ukazuje inną Częstochowę, jako tzw. małą ojczyznę. Nie tę związaną z sanktuarium na Jasnej Górze, do którego podążają pielgrzymi z całego świata. Praca powstała pod kierunkiem pani Joanny Piątkowskiej - profesor I LO im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie. 
Przybliża nam zwykłe miasto, którego dzieje toczą się zwykłym życiem lokalnej społeczności. Podążmy śladami częstochowskich kawiarni. Niektóre istnieją do dzisiaj, a zatem - choćby - u "Jałowca" możemy wypić smakowitą kawę i zjeść pyszną szarlotkę z lodami...  

Maja Wojtal


Małe ojczyzny nasza tożsamość.
„Śladami częstochowskich kawiarni”

Kawiarnie rdzeniem miasta
Rdzeniem każdego miasta, nawet najmniejszego są ludzie, czyli lokalna społeczność. Żeby miasto


tętniło życiem trzeba przyciągnąć ich do centrum. Idealnym sposobem na to są kawiarnie, będące miejscem wielu spotkań rodzin, przyjaciół i znajomych. W moim rodzinnym mieście – Częstochowie, na przestrzeni wieków otworzyło i zamknęło się wiele takich lokali, a niektóre z nich są otwarte nawet do dziś. Wiążą się z tym piękne historie i tradycje, o których z czasem zdarza się nam zapominać.

Europa
Taką nazwę miała kawiarnia z dancingiem braci Błaszczyńskich. Mieściła się na rogu ulic Piłsudskiego 1 (nazywana kiedyś ulicą Dojazd) i Alei Najświętszej Maryi Panny 13. Obecnie znajduje się tam bank. Na przestrzeni lat okolica stała się dużo mniej uczęszczana przez mieszkańców miasta, jednak w dawnych czasach tętniła życiem. Do „Europy” ludzie w każdym wieku udawali się nie tylko w celu smakowania pysznych tortów i ciast, ale też po to, aby wysłuchać koncertów oraz uczestniczyć w wieczornych dancingach.


Jagodzińscy
W historii Częstochowy, w sferze cukierniczej zapisała się również rodzina Jagodzińskich. Cukiernia


Jagodzińskich od 1964 roku działała przy ulicy Wieluńskiej 9. W 1988 roku przeniosła się do kamienicy przy ulicy Wieluńskiej 4. Byli znani przede wszystkim ze smakowitych lodów, ciast i ciasteczek. Imponujące było to, jak długo pielęgnowali rodzinną tradycję. Cukiernia przechodziła z rąk do rąk. Otwierali nowe lokale i stale się doskonalili. W 2002 został otwarty lokal w wynajmowanym pomieszczeniu w I LO im. Juliusza Słowackiego przy ul. Tadeusza Kościuszki.

Cafe Restaurant

Z archiwalnych zdjęć i pocztówek częstochowskich możemy dowiedzieć się również o jeszcze jednym lokalu - „Cafe Restaurant”. W odległych dla nas latach, 1905-1910, mieściła się przy Alei Najświętszej Maryi Panny 27, na skrzyżowaniu z ulicą Tadeusza Kościuszki. Miejsce praktycznie nie różni się niczym poza rozbudowaną w przeszłości oranżerią z przodu budynku, której już nie ma. Obecnie wnętrze podzielone jest pomiędzy kilka mniejszych podmiotów prowadzących różną działalność, a na piętrze znajduje się sklep z odzieżą używaną.


 




Jałowiec

Jedną z najstarszych działających do dzisiaj cukierni w Częstochowie jest „Jałowiec”. Funkcjonuje już

od 1941 roku. W tej cukierni tradycje pielęgnowane są aż od 83. lat! Jego obecna siedziba mieści się w samym sercu miasta, przy Alei Najświętszej Maryi Panny 43, tuż przed placem Biegańskiego – po lewej stronie. Cukiernia cieszyła się popularnością ze względu na wyjątkowy asortyment – bestsellerem były lody o smaku jagodowym.
Przynajmniej tak wspominają Częstochowianie. Dzisiaj w „Jałowcu” można dostać pyszne pączki, ciasta, torty i inne słodkości. Najpiękniejsze w historii tej cukierni jest to, że cały czas jest w rękach rodziny. Lokal założyli państwo Edward i Zofia Jałowiec. Obecnie współwłaścicielem jest Bartłomiej Stępień – ich wnuk.




Autor: Maja Wojtal

Szkoła: I LO im. Juliusza Słowackiego
Opiekun: Joanna Piątkowska
Źródła:
m.fotopolska.eu
Zbigniew Biernacki, Region Częstochowski jako województwo na dawnej pocztówce  
Zbisław Janikowski, Częstochowa między wojnami

czwartek, 28 marca 2024

Rozwadowska Wielkanoc

 


Kartka wielkanocna powielana prawdopodobnie
przez Bronisława Karakułę. Fotografia pochodzi
ze zbiorów Pawła Tokarza.

Święta Wielkanocne kojarzą mi się z mrokiem towarzyszącym śmierci i żałobie. Choć przecież powinny być radością, bo czcimy zmartwychwstanie Jezusa. Zanim do tego doszło, była przecież koszmarna, opisywana także literacko, nieludzka męka, zwieńczona barbarzyńskim ukrzyżowaniem i śmiercią Syna Boga. Śmierci boją się wszyscy, choć wiemy, że na każdego – wcześniej czy później – przyjdzie czas… Z martwych powstają tylko bogowie. Także w starszych niż chrześcijaństwo mitologiach hinduskiej, egipskiej czy greckiej. Cała reszta ludzkości ma powstać z grobów, ale tylko po to, by stawić się przed sądem – Ostatecznym Sądem…

Wróćmy jednak do rozwadowskich świąt wielkanocnych. Przedsmakiem była Niedziela Palmowa… Wszyscy szli z palmami do kościoła, a potem umieszczali je w widocznym miejscu w mieszkaniu. W domu nie robiliśmy palm. Nawet nie pamiętam, czy święciliśmy… Rodzice chyba nie wynieśli takiego zwyczaju ze swych domów rodzinnych. Dopiero później kolorowe palemki pojawiały się w domu i zatknięte za wiszące na ścianie kilimy towarzyszyły nam przez cały rok. A może też chroniły przed wszelakim otaczającym nas złem? Kto wie?! Ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski opisuje, że w okolicach Rozwadowa palmy – nie większe niż 60 cm – robiono z uschniętych traw trzcinowych zbieranych w starorzeczach Sanu. Do tego dodawano gałązki wierzbowe – „bazie” oraz zielony bukszpan. Farbowanie zaschniętych liści pojawiło się dopiero po I wojnie światowej. Palmy już wtedy podobno można było kupić u miejscowych kramarzy. Jak wspomina badacz, ludzie w czasie burzy z piorunami wystawiali palmę do okien – podobnie jak płonącą gromnicę… Palma niezbędna była też gospodarzom wiejskim przy pierwszym wyprowadzaniu bydła na pastwiska, czy sianiu prosa. 
Wielkanoc zaczynała się już właściwie we czwartek. To początek kościelnego Triduum Paschalnego – przeżywanie na kolanach męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Z jednej strony byłem zmuszany do uczestnictwa w uroczystościach religijnych w te dni, oczywiście przez rodziców, którzy czynili to nie bez zachęty ze strony księży katechetów, z drugiej pędziła mnie do kościoła ciekawość… Przecież obserwowane przeze mnie zwyczaje regionalne, tak mocno w nas zakorzenione, spajały ściśle nasze życie z kościołem. Ale nie tylko, wszak przez magiczne dla mnie obrzędy, sięgały w często w odległą, przedchrześcijańską przeszłość społeczną. Gdy sobie to pomału uświadamiałem, nie mogłem wyjść z podziwu, że pogańska słowiańskość ukryła się w kulturze ludowej, w zwyczajach przekazywanych – jak u Indian – z pokolenia na pokolenie. Wiele z nich zagospodarowali w prawiekach przedstawiciele nowej religii – spece od ówczesnego „piaru”, zakładając, że po paru pokoleniach nikt nie będzie pamiętał, że mają związek z prastarymi zwyczajami słowiańskimi. Uwrażliwiał mnie na to wspominany już duchowny, historyk, etnograf i pedagog ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski. 

To, co szczególnie zapamiętałem z tamtych dni, to cisza w kościołach. Organy nie grały, dzwony i ministranckie dzwonki milczały. Co najwyżej słychać było od ołtarza klekot kołatek… Kroki wiernych odbijające się w świątyni, szepty ich modlitw… Wszystko zamierało w oczekiwaniu na rezurekcję!

Pamiętam też Ciemnicę – czyli miejsce, w którym od czwartku do piątku przechowywano Najświętszy Sakrament. To na pamiątkę zatrzymanego, przesłuchiwanego i biczowanego,  osądzanego przez Piłata Jezusa. Po latach obserwowałem to pełne dramatyzmu Misterium Pańskie w Kalwarii Zebrzydowskiej. W rozwadowskim klasztorze kapucynów Ciemnica znajdowała się w niszy, w której zawsze budowano szopkę bożonarodzeniową, przy wejściu do Zakrystii. Przed ciemnym, okratowanym oknem klęczeli wierni i w ciszy modlili się. Bardzo chciałem zobaczyć, jak ta ciemnica wygląda w środku… Nie wypadało jednak iść i zaglądać w czarną czeluść, gdy milczący tłum na kolanach cierpi wraz z uwięzionym Chrystusem. Modląc się, rozważając mękę Chrystusa, ma się świadomość, że nie może mu pomóc, wszak nie odwróci się historii sprzed ponad dwóch tysięcy lat, bo Jezus i tak musi zginąć na krzyżu, by potem zmartwychwstać… I tak każdego roku… Udało mi się jednak kiedyś tam zajrzeć, jeszcze przed demontażem, gdy Sakrament został przeniesiony do Grobu Pańskiego… Jakież było moje rozczarowanie! Tam, za kratami była pustka, był tylko postument, na którym stała przed przeniesieniem do Grobu Pańskiego monstrancja…

Wyobraźnię niezwykle pobudzało też płonące ognisko ze święconym w Wielką Sobotę ogniem i balią ze święconą wodą, w której wierni zanurzali butelki, by wypełnione zanieść do domu. Nie pamiętam, by zabierano nadpalone gałęzie świętego ognia… Ale może na wsiach, gdzie tradycje były silniejsze, a wiara w magię tego, co święcone mocniejsza… Opowiadał mi tato, że zawsze miał przykaz od mamy – mojej babci Leokadii, by przynieść z radomyskiego kościoła wodę święconą, która w domu musiała przecież wystarczyć na cały rok! Jak to wyglądało… Jeszcze w kościele, co bardziej rozmodlonym i nieuważnym kolegom wsuwano do kieszeni otwarte butelki, wlewając im do kieszeni święconą zawartość. Gdy pytałem tatę, czy za takie wybryki w kościele ksiądz ich „nie prześwięcił”, tylko się śmiał.

– Musiałby nas złapać… – dodawał.

Butelki ponownie napełnione wodą święconą z pojemnika pod kościołem nigdy jednak nie docierały do domu. W drodze, czy to w Radomyślu czy Żabnie, chłopcy z lubością święcili wodą napotkanych znajomych Żydów, najczęściej kolegów ze szkoły. Tak więc babcia otrzymywała pełną butelkę święconej wody, ale z której studni sąsiada zaczerpniętą, nigdy nie wiedziała!

Czy zwyczaj palenia w ten dzień ogniska ma jakiś związek z „Cudem Świętego Ognia”, jaki następuje od chyba XIII wieków w Wielką Sobotę, kiedy do Grobu Pańskiego schodzi samotnie Patriarcha Jerozolimy? Obchodzi, modląc się, trzykrotnie pusty grób Chrystusa, a kiedy na płycie nagrobnej pojawiają się ogniki, odpala od nich 33 świece, z którymi wychodzi do rozentuzjazmowanego tłumu. Wierni natychmiast odpalają swe świece i przekazują ogień najbliższym sąsiadom. Wieczorem, po zachodzie słońca, przed rozwadowskimi kościołami płonęły ogniska. Kapłan święcił ogień, a potem od tego ognia zapalał świecę paschalną, którą w uroczystej procesji wnoszono do kościoła i umieszczano w specjalnym świeczniku przy ołtarzu. Wierni od jej ognia zapalali swe świece, podając ogień najbliższym sąsiadom. Jak wspomina ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski, wierni do wody święconej wrzucali kawałki spalonych w ognisku gałązek tarniny, uznając, że woda święcona ma wtedy większą moc. W Rzeczycy Okrągłej z koszykiem święconki szybko zmierzali do domu, wyprzedzając znajomych, nie zatrzymując się po drodze, bo kto wcześniej wejdzie do domu, temu najbardziej obrodzi proso. Podobnie było w Charzewicach i Pilchowie, gdzie przestrzegali się wzajem, by prosto z kościoła wracali do domu i nie plątali się byle gdzie, bo „proso zarośnie”. Często też, zanim święconkę wniesiono do domu, okrapiano wodą święconą dom, stodołę, stajnię, kilka kropel wlewano do studni, w rogach domu umieszczano spalone gałązki tarniny wyjmowane ze święconej wody oraz święcono wnętrze domu – mówiąc w Charzewicach „Święcone do domu, robaki z domu”, a w pobliskim Pilchowie „Święcone do domu, wszystko złe z domu”… Dopiero wtedy wnoszono święconkę do domu! A co święcono? No cóż – wszystko! Kiedyś gospodynie nie w koszyczkach niosły swe święconki do kościoła, a „w zajdkach na plecach, tak było tego dużo”, a w Rozwadowie niesiono kosze jedzenia, nie symboliczne – jak dzisiaj – koszyczki. Co się w nich znajdowało? Cytuję zatem co gospodyni z Rzeczycy niosły do poświęcenia: „bochen żytniego chleba, cały placek, trzydzieści jaj gotowanych, duży ser, pół »litry« masła (osełka), całą kiełbasę, »pasek wędzonki«. W Pławie dodawano też kawał »śtuki« (słoniny). Oprócz tego w każdym święconym musiała być sól i chrzan w postaci oskrobanych korzeni. Dołączano też kilka pisanek oraz baranka, zawsze kupowanego u kramarzy w Rozwadowie. Obok pokarmów, przeznaczonych dla ludzi, wieśniacy święcili też rzeczy, potrzebne do gospodarstwa. Były nimi: woda, jaglana kasza, kilka bulw kartofli i zboże. Pławiacy święcili także flaszeczkę octu na pamiątkę, że P. Jezus pił ocet”. Gdy wracało się ze święconką, nie zawsze wszystko donoszono do domu. Po kilku dniach postu niezwykle smakowała kiełbasa – zazwyczaj nie sklepowa, a swojska – zagryzana jajeczkiem… A wszystko poświęcone! Nie była mama zadowolona, ale w końcu nie wszystko się zjadało, a to do przyniosłem, obcowało potem przecież na talerzu z innymi smakołykami „zarażając” je sakralnością… A baranek, albo kurczaczek zrobione z  cukru – z czasem był powoli zjadany…

Takich tchnących magią zwyczajów było więcej. Dzisiaj nikt już o nich nie pamięta, a pewnie i nie wspomina. Na szczęście zdołali je opisać regionaliści. Ile uboższa byłaby nasza regionalna wiedza, gdyby nie prace wspominanego już ks. prof. Wilhelma Gaja-Piotrowskiego! 

Przywoływane tu zwyczaje pochodzą z jego książki „Kultura społeczna ludu z okolic Rozwadowa”, którą pewnie w wielu biblioteczkach rozwadowskich domów znajdziecie. Ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski skończyłby w tym roku sto lat! Dzięki temu, że nie był proboszczem, wikarym i mógł poświęcić się pracy naukowej, tak wiele zdziałał dla Rozwadowa i okolic. Mówiąc o jego sukcesie trzeba jednak wspomnieć wieloletniego proboszcza rozwadowskiego ks. Jana Paję, wspierającego rozwadowskiego badacza zapewne nie tylko duchowo. Możemy zatem dzisiaj przypominać o zwyczajach naszych przodków, którzy tak chętnie w wielkanocnym tygodniu malowali pisanki. Choć takich pięknych artystycznych raczej w rejonie Rozwadowa się nie spotykało. Zanim w sklepach można było kupić barwniki do pisanek, jajka gotowano w wywarach z „młodych ździebeł owsa lub kłączy widłaka”, by otrzymać kolor zielony. Ciekawe były nazwy kłączy widłaka – w Rzeczycy Okrągłej nazywany był „wilczym ogonem”, a w Jastkowicach „łozibrzuchem”. Kolor czerwony skorupki jaj nabierały po ugotowaniu ich w łupach cebuli. Czasem zdobiono je wydrapanymi zygzakami, napisami, motywami gałązek. Pamiętam, kiedyś tato skrobał delikatnie scyzorykiem jakieś wzory na pomalowanej pisance, mama natomiast nanosiła wzorki na jajko, przed farbowaniem, gorącym woskiem. Było to dość skomplikowane, ale efekt interesujący, bo natłuszczone woskiem miejsca nie zostały zakolorowane. Zwyczaj nakazywał też, by jajek nie wyciągano z wody. Stygły w wodzie, która miała nabierać mocy leczniczej. Chyba dotyczyło to jajek nie malowanych, bowiem tę wodę używano do mycia, a w Charzewicach „obmywano nią racice bydłu, aby się nie łamały i żeby krowy nie kulały w lecie”.

Moją grozę zawsze budził położony na środku świątyni krzyż z postacią Chrystusa, do którego na kolanach, by ucałować jego rany, przesuwała się przez świątynię kolejka wiernych… Podobne zażenowanie przeżyłem kiedyś w Sandomierzu, gdy przed kościołem św. Jakuba obserwowałem, jak wierni wbijali gwoździe w drzewce krzyża…

I w końcu Grób Pański, strojny jak bożonarodzeniowa szopka, podświetlany kolorowymi lampkami, i w każdym kościele inny. Wędrowaliśmy zatem wieczorową porą, zazwyczaj z Piotrem Tarczyńskim, od klasztoru do fary, by popatrzeć i porównać, który Grób Pański ładniejszy. Niekiedy dołączała do nas Małgosia Sznura, ale była zbyt świątobliwa, by w tych obrazoburczych dysputach uczestniczyć. Pojawiał się też sporadycznie Jacek Karakuła, ale ten ciążył do fary i klasztor mu był nie po drodze… Czasem bywało już ciepławo, wiosennie… Wszak Wielkanoc to święto związane z przesileniem wiosennym, bywało więc ciepło! Nasze rozmowy! Ileż bym dał, by móc do nich wrócić! Pełne były rozważań religijnych, wszak dobiegało końca Triduum Paschalne. Piotr opowiadał też zapewne o swych pasjach muzycznych i plastycznych, ja pewnie o przeczytanych książkach o archeologii, a potem już o szkole, dziewczynach z którymi sympatyzowaliśmy – w końcu wiosna się budziła! Wszystko się skończyło, gdy rozjechaliśmy się na studia, a potem zamieszkali w zupełnie innych rejonach Polski…

Niedzielny poranek – ledwie świt nastał był niezwykle głośny! Huki i strzały rozlegały się po całym Rozwadowie! Rezurekcja! Nie dało się spać… Potem wielkanocne śniadanie, na które wszyscy umęczeni postem czekali z utęsknieniem. Życzenia, podczas których trzeba było zjeść kawałek nieutartego chrzanu z jajkiem. I w końcu biały barszcz z jajkiem, boczkiem, szynką i kiełbasą… Co za smak! Takiego już nigdy nie zjem, bo tylko mama taki barszcz przyrządzała. Potem babki wielkanocne, makowniczki i serniczki. A popołudniu zazwyczaj wędrowaliśmy do Charzewic, do Grązów. Siostra mamy Ziuta – jej mężem był pracujący na kolei wujek Stanisław – piekła najlepsze na świecie biszkopty. Kiedy dorośli zajmowali się już tylko sobą, z ich synami Mariuszem i Andrzejem wymykaliśmy się na podwórko, a najchętniej na ulicę, gdzie przez cały dzień strzelano… Chłopcy strzelali z puszki… W dnie dużej puszki po kawie wiercono – pewnie gwoździem – niewielki otwór. Do puszki wrzucano kawałki karbidu. Na kolei był dość popularny, bo stosowany w lampach karbidowych, więc w rodzinach kolejarzy nie było problemu z jego pozyskaniem. Karbid spryskiwano wodą, albo po prostu śliną. Zamykano puszkę denkiem, palcem zatykając dziurkę. Kładziono puszkę na ziemi, przytrzymując ją butem. Po niedługiej chwili, przy otworze zapalano zapałkę, która powodowała zapalenie się gazu w puszcze i małą eksplozję… Budziło to grozę, bo huk, wybuch, ogień… Ale prawdziwym bohaterstwem było  strzelanie z puszki trzymanej w ręku… Dzisiaj takie zabawy należą do przeszłości – i chyba dobrze…

Turki, Radomyśl nad Sanem, Wielkanoc 1932 rok. Siedzą od prawej: oficer - Edward Wiktor, 
basza - Mieczysław Krajewski, doktor - Roman Laskowski, doktor - Antoni Sabo. 
Fotografia z rodzinnych zbiorów Walentego Jackowskiego. 

Wielkanoc kojarzy mi się także, najpierw z opowieściami, a potem – kiedy już mieliśmy samochód – z wyjazdami do Radomyśla „na Turki”! Jechaliśmy w sobotę wieczorem. Uroczyste zmiany warty Turków w kościele. A po mszy wieczornej rozlegały się strzały z moździerza na wiwat, bo „Chrystus Zmartwychwstał”. A potem przemarsz z orkiestrą przez Radomyśl. Ileż w tym było egzotyki, zanim pojąłem o co z tymi Turkami chodzi. Turki – podobno od powrotu Radomyślan z wyprawy wiedeńskiej Jana III Sobieskiego – trzymają straż „u Grobu Pańskiego”. Z tamtego czasu ma pochodzić też okrzyk „Turki ido!”, kiedy to zaniepokojeni mieszkańcy Radomyśla dostrzegli dziwnie kolorowo poubieranych rodaków wkraczających do Radomyśla… Tak opowiadał mi przed laty Stanisław Stefan Gębala, niewidomy pisarz mieszkający do końca życia w drewnianej chatynce w Żabnie. Ile w tym prawdy, ile literackiej fikcji?... Turkiem podobno mógł być tylko mieszkaniec Radomyśla, który przeszedł kilkumiesięczny okres przygotowania, uszył sobie mundur – de facto kostium. Uwagę do tej pory zwraca uzbrojenie Turków – szable, zdobiące ich mundury, odznaczenia. A nade wszystko marsze z orkiestrą w niedzielę wielkanocną i lany poniedziałek… Wędrują od domu do domu z życzeniami. I dobrze, że takie zwyczaje wciąż trwają!

Na koniec muszę wspomnieć o „śmigusie dyngusie”. Śmieszny i ciekawy zwyczaj sięgający czasów kto wie czy nie przedchrześcijańskich, związany zapewne z kultem płodności. Dlatego też celem oblewania zimną wodą były panny na wydaniu, które niby uciekały przed strumieniami wody z cebrzyków, ale łakomie spoglądały, który to chłopak ją oblewa. Warto jednak pamiętać, iż zwyczaj ten od dawien dawna był źle postrzegany przez kościół. Otóż jedna z ustaw synodu diecezji poznańskiej z 1420 roku zatytułowana „Dingus prohibetur” mówi: „Zabraniajcie, aby w drugie i trzecie święto wielkanocne mężczyźni kobiet a kobiety mężczyzn nie ważyli się napastować o jaja i inne podarunki, co pospolicie się nazywa dyngować (...), ani do wody ciągnąć, bo swawole i dręczenia takie nie odbywają się bez grzechu śmiertelnego i obrazy imienia Boskiego”. A w Rozwadowie, złapane przez chłopaków dziewczyny, piszczące i wrzeszczące, doprowadzane były pod rynkową studnię, gdzie oblewali je od stóp do głów wiaderkami z wodą lub „pompowali na nią wodę” prosto z pompy. W Turbi byli mniej wyrafinowani, bo chwytali „za ręce i nogi i po rozhuśtaniu wrzucali je do wody”… Choć nie bardzo przed takimi barbarzyńskimi obyczajami broniły się, pewnie w duchu złorzeczyły chłopakom, to jednak miały świadomość, „że której kobiety lub dziewczyny w wielkanocny poniedziałek nie obleją, ta nie będzie miała przez lato szczęścia do mleka i będzie jej krowa miała mało mleka i to rzadkie, niedobre, co się jej psuć będzie” – pisał Karol Mátyás w swej książce „Popielec – Zapust – Wielkanoc” o panującym tam jeszcze w 1900 roku przesądzie. Natomiast stateczniejsi mieszkańcy Charzewic i Pława tłumaczyli genezę „lejki” w zupełnie odmienny sposób: „Gdy P. Jezus wstał z grobu, ludzie gromadzili się i mówili »Chrystus zmartwychwstał«. Wtedy Żydzi rozpędzali ich wodą”. Poniedziałek nazywany też Dniem św. Leja był niezwykle stresujący. Jak to zrobić, by nie dać się oblać, ale na innych wylać kubły wody! Mój pierwszy świadomy śmigus-dyngus, pewnie z początków lat 60-tych, oczywiście XX wieku, to sprawienie prawdziwie zimnego prysznica cioci Guści i wujkowi Frankowi Ochałom, którzy z Lublina przyjechali do nas, do Rozwadowa, na święta Wielkanocne. W poniedziałek, pamiętam bardzo słoneczny, kiedy wszyscy jeszcze smacznie spali, wstałem. W kuchni mechanicznie, jak robot, sięgnąłem po półlitrowy aluminiowy garnek – z czarnym emaliowanym uchem, napełniłem go zimną wodą prosto z kranu. I udałem się po cichu do pokoju stołowego, gdzie na szerokim tapczanie – niczego się nie spodziewając – spali. Po czym z premedytacją polałem ich twarze zimną wodą… Szczęśliwi nie byli, ale był „śmigus-dyngus” i nikt nic nie mógł mi zrobić!

Wesołych Świąt!




 

 

 

 


niedziela, 4 lutego 2024

Ach! Te pączki!

 


Tłusty czwartek, czyli początek ostatniego tygodnia Karnawału! Potem Ostatki i Popielec! Ileż się działo w czasie tych kilku dni! Prawdziwie spełniało się wtedy powiedzenie: Hulaj dusza! Piekła nie ma! I utrzymywał się ten hulaszczy tryb młodzieńczego życia do północy przed Środą Popielcową. Już rodzice dopilnowywali wtedy, żeby magnetofony zostały wyłączone, a rozgrzane do białości towarzystwo w ciszy rozeszło się do swych domów. A gdy emocje karnawałowe opadły, z pokorą wszyscy skłaniali głowę, gdy palce księdza – zazwyczaj dobrze znajomego – rozcierały popiół w rytm sentencji: prochem jesteś i w proch się obrócisz… W czasach, kiedy msza była odprawiana w języku łacińskim, te słowa musiały brzmieć: pulvis es et in pulverem reverteris… Właśnie sobie przypomniałem, że w czasach mego dzieciństwa, chcąc być ministrantem, trzeba było nauczyć się ministrantury po łacinie… Ten język tak mnie fascynował, że przez jakiś czas – będąc już w liceum – męczyłem o. Edmunda Haracza, gwardiana rozwadowskiego konwentu kapucynów, by udzielał mi lekcji łaciny. Jak długo wytrzymałem? A może to jego lekcje smętnego języka zmęczyły? Nie pamiętam! Jakkolwiek przydała się ta edukacja po paru latach, gdy na studiach przez dwa lata nauka języka łacińskiego, i pani Ludmiła Łuszczek, spędzała nam sen z powiek!

Wróćmy do pączków, na myśl o których zawsze przysłowiowa ślinka cieknie…  Pączki smażyć – bo nie piec – można zawsze, ale smakują – tak jak smażony karp tylko w czasie Wigilijnej kolacji – tylko w Zapusty! Swoją drogą – z pięknego zwyczaju zrobiono niezły interes. W sam Tłusty Czwartek statystyczny Polak zjada 2,5 pączka, a ogółem pożeramy w kraju 100 mln pączków! To są te ewidencjonowane pączki – wyprodukowane i sprzedane… A ile pączków usmażonych w domu zjadamy? Tego nikt nie policzy! Osobiście – mieszkając jeszcze w Rozwadowie – pochłaniałem tego dnia kilkanaście pączków! Obecnie staram się ograniczać, bo zdrowie nie to, ale kilka – ach to łakomstwo! – muszę zjeść!

Mama ugniata ciasto na pączki
Moja mama zazwyczaj smażyła pączki, nie tylko na Tłusty Czwartek, w wieczorne soboty. Pracę kończyli o 13.00 (kiedyś pracowało się w soboty, a i do szkoły w soboty się chodziło) i właściwie po zjedzeniu obiadu, zaczynała się procedura przygotowania do smażenia pączków. Przy okazji piekła też ciasto drożdżowe. Czasem makownik, ale z tym też było sporo ambarasu…  

Wstępem do całej pączkowej przygody było palenie w piecu! Kiedy mieszkaliśmy w Rozwadowie, w mieszkaniu były normalne piece kaflowe. Węgiel trzeba było przydźwigać z piwnicy… Piec kuchenny, stojący w kuchni, składał się z dwóch części:  palenisko pokryte żeliwnymi blachami, na których się gotowało; piec chlebowy – nieczęsto używany, zazwyczaj przy świętach, gdy mama piekła duże ilości ciasta. Tato rozpalał w piecu, by nagrzać maksymalnie pomieszczenie, w którym mama przygotowywała ciasto na pączki. Wszystkie drzwi do sąsiednich pokojów i przedpokoju były skrupulatnie zamykane i wszyscy starali się je otwierać tylko wtedy, kiedy rzeczywiście była taka konieczność. W kuchni musiało być jak w piekle! Wszystko po to, by ciasto rosło! Trzeba wspomnieć, że piszę o latach, kiedy zima była zimą. W styczniu zazwyczaj mróz bywał taki, że zaparowane szyby ozdobione były bajecznymi wzorami liści z tajemniczych ogrodów Królowej Lodu! Często temperatura spadała poniżej dwudziestu stopni i ku uciesze dzieciaków szkoła była zamykana na kilka dni. Hasaliśmy wtedy bez opamiętania po pobliskich „górkach” na sankach, nartach i łyżwach po zamarzniętych bajorach. Tak

Tato uciera żółtka
więc w kuchennym upale mama zaczynała procedurę zaczyniania ciasta pączkowego. Najpierw jednak tato ucierał żółtka z cukrem w naczyniu stojącym w gorącej wodzie… Musieli zawsze nieco więcej żółtek użyć, niż w przepisie, bo proceder podjadania „kogla mogla” pod pretekstem kosztowania – czy jak kto woli smakowania, czy już się dobrze cukier w żółtkach roztarł, był u nas dość powszechny. Kiedy jajka do białości były utarte i trafiły do ciasta, niezwykłą atrakcją i uprzywilejowaniem było wyskrobywanie z naczynia łyżeczką resztek „kogla mogla”!

Gdy ciasto było już wygniecione – mieszanina mąki, drożdży rozpuszczonych w mleku, masła, doprawione rumem i oczywiście utartych żółtek – zazwyczaj w ceramicznej makutrze, przykrywało się ją lnianą ściereczką i odstawiało na bok. Ciasto rosło! Mama od czasu do czasu odkrywała makutrę i patrzyła co się tam dzieje. Jak się pojawiały w cieście bąbelki, można było przechodzić do kolejnych czynności. Długo nie mogłem zrozumieć tego, że ciasto rośnie… Przy takiej okazji dowiedziałem się o magicznych właściwościach drożdży! Dlatego też starałem się cierpliwie znosić katusze pojenia mnie roztworem z drożdży, bym szybciej rósł… Kiedy czekaliśmy, by ciasto rosło, następował najgorszy dla mnie moment przy smażeniu pączków. Topienie smalcu! Jak strasznie nie znosiłem mdławego zapachu topionego smalcu! 

Wokół gorąco, mnie się słabo robiło, za oknem mróz, w sąsiednich pokojach zbawienny chłód – było dokąd, choćby na chwilę się schronić. Po latach, gdy mama używała już oleju, ten moment był łatwiejszy do zniesienia… Na stół kładziona była stolnica, po której mama rozprowadzała mąkę. Gdy ciasto było gotowe do dalszego przygotowywania, trafiało na stolnicę, na której było najpierw ręką rozpłaszczane, a potem wałkowane do grubości ok. 2 cm. Z takiego placka, za pomocą szklanki, mama formowała okrągłe placuszki. Ich ilość musiała być parzysta! Na połowę przygotowanych placków mama nakładała łyżeczką konfiturę z róży.

W tamtych czasach taką różaną konfiturę trzeba było samemu przygotować. Nie było supermarketów, Lidlów czy Biedronek, a tylko przepisy przekazywane przez mamy, babcie… Dlatego też, gdy zakwitała róża, nazywana dziką różą, ale też cukrową różą, zaopatrzeni w wiklinowe koszyczki (worków z tworzyw sztucznych nie było, najwyżej papierowe), wczesnym rankiem wędrowaliśmy zbierać płatki róży. Ważne bowiem było, by zrywać je jak najwcześniej, bo wtedy zachowywały prawdziwy smak i aromat różany, który osłabiany był przez słońce i wzrastającą temperaturę. Nasza ciocia Marcia – Marta Moskal – prowadziła nas do ogrodu pani Zosi Podczaszyńskiej. Była to starsza pani, siwe włosy czesała w koczek. Pochodziła z Kresów. W domu, gdzie mieszkała, zajmowała niewielkie mieszkanko na parterze. Atmosfera pokoju, w którym siedzieliśmy jak trusie, gdy pani Zosia i ciocia Marcia rozmawiały, była niesamowita. Panie znały się z klasztornej ławy, pewnie obie należały do żeńskiego III Zakonu franciszkańskiego, dość popularnego w Rozwadowie przy klasztorze kapucynów. Mieszkała za klasztorem, vis a vis bramy wjazdowej do kapucyńskiego konwentu. Nie wiem, do kogo należał ten dom, ale miał charakter nietypowej dla Rozwadowa willi. Mieszkali tam także Sudołowie. Z Jankiem Sudołem, w późniejszym okresie, spędzałem mnóstwo czasu na wędrówkach po Rozwadowie! W tym domu mieszkali też państwo Geisslerowie. Pan prof. Edward Geissler, nauczyciel matematyki, był dyrektorem rozwadowskiej szkoły handlowej do 1972 roku.

Zatem zerwane płatki róży, która strasznie kłuła broniąc swe kwiaty przed nami, były płukane w zimnej wodzie i raz jeszcze przeglądane. Potem wrzucane do glinianej makutry, warstwami przesypywane były cukrem i ucierane drewnianym wałkiem. Tak przygotowaną miksturę, oczywiście z myślą o zapustnych pączkach, gotowano nieustannie mieszając, by powidła czasem się nie przypaliły i wkładano do słoiczków, które wędrowały na półki do chłodnej i ciemnej piwnicy. Później, powidła różane przywoziła nam babcia Leokadia Paluch z Żabna. Babcia była trochę zielarką, przed świtem wychodziła z domu, by zbierać zioła, bo jak twierdziła, tylko wtedy zebrane miały swą moc. Okna domu dziadków, a także piec

W tajemniczym ogrodzie babci Leokadii.
kuchenny obwieszone były wiązankami suszących się ziół. Te w okienkach nabierały jeszcze mocy od słońca, a na piecu swe lecznicze wartości tylko utrwalały. Ogród przy domu dziadków był domeną babci. Od wiosny kwitł i pachniał, aż do późnej jesieni. Kolorowe kwiaty, smaczne warzywa – ach te świeżutkie marcheweczki prosto z ziemi płukane w wiaderku z zimną wodą zaczerpniętą wprost ze studni czy zielony groszek z krzaka taki nagrzany ciepłem słońca, a potem ogórki delikatnie obierane dziadkowym scyzorykiem ostrym jak skalpel i solone, w końcu pomidory – tak smaczne malinowe pomidory tylko babcia potrafiła wyhodować! A owoce!? Truskawki owocujące w różnych porach wiosny i lata, poziomki owocujące od wiosny do jesieni, porzeczki, agrest, wiśnie czy śliwki… A w tajemniczym zakątku sporego ogrodu, dokąd wędrowaliśmy w towarzystwie taty, na krzakach rosły laskowe orzechy! I znowu niezbędny był scyzoryk, niechętnie użyczany przez dziadka… A róża, bo o niej mówiliśmy, rosła sobie za chatą przy płocie, trochę ocieniając zewnętrzną piwniczkę, w której przechowywali przez zimę różne wiktuały…

Po nałożeniu konfitury z dzikiej róży, do delikatnie ukształtowanego łyżeczką dołeczka w placku, nakładano nań podobny placek. Zespalano je, układano na stolnicy obok siebie i przykrywano jeszcze lnianymi ściereczkami. Tak ukształtowane pączki czekały na smażenie. Gdy tłuszcz osiągnął właściwą temperaturę, mama wkładała najpierw malutkie pączki, by zobaczyć jak szybko się rumienią oraz jaką ciasto ma konsystencję. Dopiero po kilku takich próbach, w rondlu z gorącym tłuszczem lądowały pączki. W pierwszej turze mama sprawdzała wnętrze pączków, nakłuwając je drutem – takim do robienia swetrów… Jeśli powierzchnia próbnika była sucha i gorąca – domniemywała, że proces pieczenia jest właściwy! I teraz partia za partiami wędrowały pączki do tłuszczu – trzy minuty jedna strona, przewrotka – i trzy minuty druga strona. Potem układała je na płaskich talerzach, na lnianych szmatach do odsączenia tłuszczu, do wystudzenia. A kiedy już były chłodnawe, obsypywała je cukrem pudrem (kto nie lubił w takich sytuacjach popudrować sobie języka?!) i układała na większych półmiskach w piramidalne stosiki… Jak to pięknie wyglądało! Aż żal było potem je dekonstruować, ale łakomstwo brało górę! Oczywiście – jeden taki półmisek zabierany był przez rodziców do pracy, gdzie znikał – można rzec – w jednej chwili… Pracowali w Spółdzielni Pracy Remontowo-Budowlanej „Rozbudowa” w Rozwadowie i byli właściwie jedną wielką rodziną! Z wzruszeniem wspominam pracujące tam panie – Stasia Ujda de domo Krakowiak, Maria Hanausek z Tarnobrzega, Irena Baranowa, Marysia Smoła (główna księgowa, która zastąpiła w tym miejscu pana Fela Stobnickiego), Teresa Struwe de domo Kukiołka, Marysia Domańska de domo Burdyna czy pani Kochowska oraz panowie Tadeusz Krawczyk – prezes spółdzielni, Marian Głowacki, Stanisław Parada, Stanisław Hes, Jan Dul czy Tadeusz Grzeszczuk z Tarnobrzega, byli też pan Zdzisław Ulanowski – elektryk, Józef Ciołkosz – szklarz rozwadowski. Do miłośników pączków mojej mamy należał przede wszystkim pan Marian Głowacki, którzy wraz z żoną Basią, a później córeczką Alinką często nas odwiedzali. Nie wiem jak wyczuwał „pączkowe weekendy” u nas Bolek Borys odwiedzający nas z żoną Stasią? Później rodzice zapraszali ich zawsze na pączki, choć i tak wiedzieli, że Bolek i tak wyczuje, kiedy mama będzie je smażyła! Zamieszczam przepisy pochodzące z zeszytów kulinarnych mojej mamy. Pączki smażyła też babcia Leokadia. W rodzinie Kosierbów, z której wywodziła się moja mama, tradycje cukiernicze musiały być głębiej osadzone, bowiem nie tylko moja mama, ale i jej siostra – ciocia Ziuta – miała świetną rękę do ciast! Czasem podobno piekła na zamówienia ciasta na wesela. Te jej ciasta szczególnie biszkoptowe – śnią mi się do dziś po nocach! Robiła też doskonały chrust!

Niestety, skończył się czas rozwadowskich, a później stalowowolskich pączków u moich rodziców. Wielu wspomnianych osób już nie ma… Pozostały smaki, pozostały wspomnienia…

 

 

Pączki – przepis:

1 kg mąki pszennej

1 szklanka cukru

1 szklanka żółtek (z 10-12 jajek)

1 szklanka tłuszczu (masło/margaryna)

2 szklanki mleka

8-10 dkg drożdży

1 kg smalcu (ewentualnie oleju)

 

Żółtka ubijamy z cukrem – na ciepło. Mąkę przesiać. Drożdże rozpuścić w mleku. Do mąki dodać żółtka, masło, mleko z drożdżami, trochę soli. Ciasto ugniatamy dobrze, aż będzie odchodzić od ręki. Na końcu dodać dwie łyżki spirytusu lub rumu. Nadal wyrabiamy ciasto. Tak przygotowane ciasto pozostawiamy do wyrośnięcia. Po wyrośnięciu rozwałkowujemy do grubości ok. 2 cm. Szklanką wycinamy kółka, na które – na samym środku łyżeczką kładziemy różę (może być też marmolada o innym smaku). Nakładamy na nie drugie kółko z ciasta i zlepiamy je. W takiej formie, najlepij przykryte suchą serwetą płócienną, czekają na smażenie.

Tłuszcz – najlepiej ze smalcu – rozgrzewamy do takiej temperatury, by nie spalił ciasta po wierzchu, pozostawiając je surowym w środku. Zanim zdecydujemy się na smażenie, wkładamy do tłuszczu niewielkie kawałki ciasta.
Fotografię przepisu na pączki wykonała moja siostra Anna Krogulec, za co jej serdecznie dziękuję. 

 



ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...