„RONITA”
w Rozwadowie!
Poproszono
mnie, bym opowiedział o swoim „Sokole”, czyli tak naprawdę o „Ronicie”, w
której stawiałem swe pierwsze kroki w kierunku zamiłowań artystycznych… Muzyka,
fotografia… Rzeczywiście w rozwadowskiej „Ronicie” uczyłem się gry na gitarze,
fortepianie, śpiewałem w chórze pod kierunkiem pani Pipały, w końcu uczyłem się
podstaw fotografii pod okiem nieżyjącego już Andrzeja Kormana. Wszystko w życiu
się przydało!

Ale moja
przygoda z „Sokołem” zaczęła się nieco wcześniej… Pierwsza, może druga klasa
szkoły podstawowej… Nie udało mi się ustalić, kto wtedy był użytkownikiem
„Sokoła”. Zapewne pełnił funkcję spotkań harcerskich, co dokumentuje zresztą fotografia
z zamieszczonym na budynku szyldem „Dom Harcerza”. Może zatem Komenda Hufca
Związku Harcerstwa Polskiego? Na piętrze była pracownia modelarstwa lotniczego
prowadzona przez pana Waldemara Lewickiego. Pracownia modelarska prowadziła
zajęcia w „Ronicie” do 1968 roku pod auspicjami Aeroklubu w Stalowej Woli. Przez
jakiś czas uczestniczyłem nawet w zajęciach. Pozostał w pamięci zapach świeżego
drzewa, sklejki, rozpuszczalników stosowanych przy malowaniu skrzydeł
samolotowych modeli, ostry zapach nitro – bezcennego wówczas paliwa do modeli
samolotów, beznamiętne szlifowanie żeberek do skrzydeł samolotów…
Jako
uczeń szkoły podstawowej, należący do „Zuchów”, właśnie w ciemnym i pustym
„Sokole” przechodziłem „horrorystyczną” inicjację na „Zucha”. Organizatorami
byli starsi od nas o kilka lat harcerze. Był wśród nich Andrzej Ulanowski,
Witek Wrzos, może Andrzej Pasiciel… Nakładali nam worki na głowy i prowadzili w
ciemnościach w nieznane, strasząc przy tym niemiłosiernie… To był koszmar dla
uczniaka pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej! W końcu znaleźliśmy się
w dużej sali, na środku której płonął ogień… Na pewno nie było światła
elektrycznego! Kiedy rozmawiałem o remoncie w „Sokole” przeprowadzanym w latach
60-tych XX wieku, wspominano o wypalonej podłodze na środku Sali gimnastycznej
– czy jak kto woli widowiskowej.
Genezę
nazwy klubu wszyscy już znają, ale dla porządku przypomnijmy, że nazwa powstała
z połączenia pierwszych sylab nazw miast, w których „Rozbudowa” miała swoje
zakłady. ROzwadów, NIsko, TArnobrzeg – RONITA.
W
zachowanej Kronice Klubu „Ronita”, na
pierwszej stronie znajdujemy motto z pochodzące z wiersza Spółdzielcom Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:
O radość powszechną wojującym
Cóż wam po pustym haśle!
Jesteście jak lampa pośród nocy –
Co na wietrze największym nie zgaśnie.
Warto na marginesie
nadmienić, iż ten utwór powstał w 1946 roku i z okazji Dnia Spółdzielcy
opublikowany został na łamach „Głosu Wielkopolskiego”.
Odwracamy
stronę tytułową Kroniki i czytamy
pierwszy wpis umieszczony pod datą 26 listopada 1964 roku. Trudno dziś stwierdzić
spod czyjej ręki wyszły równo stawiane litery, pisane pewnie piórem na
podłożonym „liniuszku”… Ktoś jeszcze pamięta, co to takiego „liniuszek”? Trudno
też określić, czy pisał je Marian Krupa – kierownik klubu, czy jego pracownica
pani Helenka – może ktoś z państwa przypomni jej nazwisko? A zatem
przeczytajmy:
Dzieło adaptacji opuszczonego
budynku „Sokoła” w Rozwadowie doprowadzone zostało do zwycięskiego końca przez
Spółdzielnie „Rozbudowa” i „Zryw”. Budynek przystosowano do wymogów klubu.
Koszty adaptacji pokryte zostały z funduszów CZSP, spółdzielczości inwalidzkiej
oraz dotacji spółdzielni „Rozbudowy” i „Zrywu”. Koszty zostały pomniejszone
dzięki wytężonej pracy załóg tych spółdzielni, które przepracowały tu
społecznie wiele godzin.
Klub został wyposażony w
niezbędne urządzenia i gustownie urządzony. „Ronita” oprócz działalności
artystyczno-rozrywkowej zamierza organizować na szeroką skalę życie
kulturalno-oświatowe, m.in. kółka zainteresowań, odczyty, spotkania autorskie i
in.
Kierownictwo klubu spoczywa w
rękach aktywnego działacza kultury ob. Mariana Krupy.
Dziś, 26 XI 1964 roku „Ronita”
otwarła szeroko podwoje nie tylko dla spółdzielców ale dla wszystkich
mieszkańców miasta Rozwadowa. Spodziewać się należy, że „Ronita” stanie się
Klubem z prawdziwego zdarzenia.
Jak na
pierwszy wpis w Kronice Klubu „Ronita”,
to brakuje tam optymizmu, a nawet pompatyczności. Poza tym kronikarz nie pozostawił
rzetelnego opisu wydarzenia z oficjalnego otwarcia placówki, nie wspomniał też
o Radzie Programowej Klubu „Ronita”. W Kronice
wklejono jednak wycinek prasowy, pochodzący prawdopodobnie z „Nowin
Rzeszowskich”, w której autor – podpisany monogramem z. fl – przekazuje czytelnikom kilka podstawowych informacji.
Przede wszystkim dowiadujemy się, że niebagatelnym, ale i skromnym kosztem
remontu wynoszącym 300 tys. zł, „odremontowano i przebudowano częściowo wnętrze
dawnego „Sokoła”, wyposażono je w estetyczne meble i sprzęt, a efekt przeszedł
wszelkie oczekiwania”. Trzeba wspomnieć, że w czasie remontu do budynku
„Sokoła” dobudowano pomieszczenie będące kotłownią, węzłem sanitarnym i
magazynem. W uroczystości otwarcia klubu uczestniczyli wszyscy wówczas
najważniejsi przedstawiciele rozwadowskich władz miejscowych, ale i
wojewódzkich z ramienia Wojewódzkiego Związku Spółdzielczości Pracy i
Spółdzielczości Inwalidów i powiatowych – wówczas z Tarnobrzega. Oficjalne
przemówienia wygłosili: Jan Dzięga – przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady
Narodowej w Rozwadowie, Tadeusz Krawczyk – prezes Spółdzielni Pracy „Rozbudowa”
w Rozwadowie, a także – a w tamtych czasach przede wszystkim – Kazimierz
Smaczniak – sekretarz Komitetu Powiatowego Polskiej Zjednoczonej Partii
Robotniczej, któremu przypadł zaszczyt – bo nie mogło wówczas być inaczej –
uroczystego otwarcia klubu. Może nawet przecięto wstęgę, ale tego już nikt
pewnie nie pamięta. Po części oficjalnej odbył się koncert w wykonaniu zespołu
estradowego ze Spółdzielni Pracy „Młodzież” z Krosna-Polanki, który bardzo
zgromadzonej publiczności się spodobał. Koncert zamienił się w końcu w
potańcówkę, która tylko podniosła atmosferę zachwytów, ale i oczekiwań wobec
„Ronity”, a miastu przybyło nowe miejsce spotkań. Zachwycała przestrzenna sala
klubowa z balkonem, miniaturowy barek serwujący kawę i herbatę oraz konkurujące
z rozwadowską cukiernią Ludwika Dominika ciastka. W początkowej fazie
prowadzony był przez panią Genowefę Jaroszową i jej córkę. Później bufet został
przejęty przez Feliksa Stobnickiego, któremu młodzież szybko nadała ksywę Felu (dzisiaj
powiedzielibyśmy, że dostał nick). Klubowy bufet to odrębna historia! Był też
kameralny pokój brydżowy, pomieszczenie administracji klubu, a na piętrze dwa
pomieszczenia, które z czasem służyły jako miejsca nauki gry na instrumentach
oraz zaadaptowane w latach 70-tych XX wieku na poddaszu pomieszczenie służące
jako ciemnia fotograficzna. Klub otwierał swe podwoje o godz. 16.00 i pracował
zazwyczaj do godz. 22.00.

Jak
doszło do tego, że pełniący rolę Domu Harcerza budynek „Sokoła” stał się klubem
kultury zarządzanym przez Spółdzielnię Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie?
– Podczas
posiedzenia Rady Miasta Rozwadowa, w początkach lat sześćdziesiątych XX wieku,
ówczesny przewodniczący rady Jan Dzięga, zwrócił się do radnych z problemem, by
pomyśleli, co można byłoby zrobić, jak zagospodarować niszczejący pustostan,
budynek rozwadowskiego „Sokoła”. – Wspomina Adam Paluch, mój tata. – Miasto nie
miało na to żadnych pieniędzy. Radnym miejskim był wtedy Tadeusz Krawczyk,
prezes naszej spółdzielni. Podczas spotkania zarządu spółdzielni przedstawił
nam to zagadnienie. Dokonaliśmy analizy finansowej, wszak finansowanie miało
być po naszej stronie. Przeprowadziliśmy konsultacje z centralą w Rzeszowie,
czyli Wojewódzkim Zrzeszeniem Spółdzielczości Pracy. My byliśmy na tak. W końcu mieszkaliśmy w Rozwadowie i zależało
nam, by u nas też był dom kultury. Teraz trzeba było opracować ramowy program
działalności „Sokoła”, by prezes Krawczyk, jako radny, mógł swe stanowisko
zaprezentować na posiedzeniu rady. Radni zaakceptowali naszą propozycję i
podjęli uchwałę o przekazaniu budynku „Sokoła” Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” za
symboliczną złotówkę. Stało się to 1 czerwca 1962 roku.

Choć
ojcami sukcesu są zawsze oficjele, w przypadku „Ronity” wspominani już Jan
Dzięga, Tadeusz Krawczyk i Zygmunt Habiger – prezes Spółdzielni Inwalidów
„Zryw”, która dołączyła się do realizacji remontu „Sokoła”, to przecież na
sukces zawsze pracuje cały zespół ludzi. Trzeba w tym miejscu wymienić
Bogusławę Serafin, Ryszardę Pamułę, moich rodziców – Stanisława i Adama
Paluchów (pracowali nad programem merytorycznym klubu), oraz tych, dzięki
którym klub wyglądał tak pięknie: Alojzego Kukułę – mistrza malarskiego,
Michała Rębisza – nadzorował układanie parkietów i Edwarda Świerczka –
nadzorował montowanie instalacji elektrycznej.
Bieżącą
działalność Międzyspółdzielczego Klubu „Ronita” nadzorowała Rada Klubu, która ukonstytuowała
się na swym pierwszym oficjalnym posiedzeniu w dniu 6 stycznia 1965 roku. W
skład Prezydium Rady Klubu wchodzili: Jan Dzięga – przewodniczący Rady, Tadeusz
Krawczyk, Zygmunt Habiger i Feliks Stobnicki – wiceprzewodniczący Rady,
Ryszarda Pamuła – skarbnik, Marian Krupa – sekretarz Rady. Komisję Rewizyjną
Rady Klubu stanowiły Bogusława Serafin, Stanisława Paluch i Mirosława Kuprys.
Członkami Zarządu byli: Stanisława Krakowiak oraz przedstawiciele Wojewódzkiego
Związku Spółdzielczości Pracy z Rzeszowa – Aleksandra Majkiewicz i Józef Micoł.

Wydawałoby
się, że pierwsze posiedzenie Rady powinno być uroczyste i ograniczyć się do
ukonstytuowania się i omówienia działalności Klubu na najbliższy okres.
Tymczasem już podczas tego pierwszego spotkania organizują bieżącą pracę i
podejmują ważne strategiczne dla Klubu decyzje. Kierownik Klubu poinformował
członków Rady o przychodach finansowych z tytułu balu sylwestrowego, za czym
poszły decyzje o konieczności założenia konta bankowego dla rozliczeń
działalności Klubu. Ze sprzedanych stu zaproszeń uzyskano 5000,- zł. Koszty
zorganizowania balu
wyniosły 3867,- zł. Klub zaczął zarabiać od pierwszych tygodni
działalności! W późniejszym okresie przychody klubu generowane były przede
wszystkim przez organizowane w soboty i niedziele „potańcówki” zwane później
przez młodzież „dyskotekami”. W soboty bawiono się przy żywej muzyce granej
przez zespoły, a w niedziele tańczono przy adapterze. Kierownik klubu narzekał
też, że
Spółdzielnia „Zryw” nie dba o
zaopatrzenie bufetu, co skwapliwie potwierdziła pani Jarosz, pracownica bufetu.
Ustalono też terminy zabaw noworocznych dla dzieci pracowników „Zrywu” i
„Rozbudowy”. Rozpatrzono też prośbę dyrektora M.H.D. w Rozwadowie o wynajęcie
Sali na zabawę karnawałową dla pracowników, która miała odbyć się 13 lutego
1965 roku. Jakie emocje musiały towarzyszyć dyskusji, ileż argumentów „za”, ile
na „nie” musiało paść, by zapadła negatywna decyzja Rady Klubu, która
stwierdziła, „że wynajem Sali stworzyć może dewastację i klub stałby się
pospolitą salą zabaw. Zezwalając jednej instytucji, musielibyśmy i innym z
grzeczności zezwalać”. Nie ukrywałem zdziwienia, wszak M.H.D. było jedną z
kluczowych firm rozwadowskich, poza tym Rada Miasta Rozwadowa chciała, by
„Ronita” była miejscem spotkań dla wszystkich mieszkańców miasta. Odpowiedź
okazała się prosta. Na etapie remontu „Rozbudowa” zwróciła się do kilku
najważniejszych instytucji rozwadowskich o współudział – oczywiście finansowy –
w remoncie „Sokoła”. Z zapałem do współpracy przystąpiła Spółdzielnia Inwalidów
„Zryw”, która po wybudowaniu nowej siedziby wraz z salą klubową odstąpiła od
współorganizacji działalności kulturalnej w „Ronicie”, stając nawet na pozycji
konkurencyjnej działalności. Rozwadowski M.H.D. – jak powiedział Adam Paluch –
nie wykazał żadnego zainteresowania, odmawiając wręcz współpracy przy remoncie
i współtworzeniu programu działalności „Ronity”. W tym kontekście wydaje się
być bardziej zrozumiałe tak stanowcze odmówienie wynajęcia Sali „Ronity”
rozwadowskim pracownikom M.H.D. Dopiero w roku 1968 rozwadowscy handlowcy
przystąpili do współpracy przy współorganizowaniu pracy kulturalno-oświatowej
Klubu „Ronita”.
Zachowana
Księga protokołów z posiedzeń Rady Klubu
„Ronita” rozpoczyna się dokumentem opisującym posiedzenie odbyte w dniu 6
stycznia 1965 roku, a kończy je protokół
z poszerzonego posiedzenia Rady Klubu z 14 lutego 1975 roku. Analiza
protokołów posiedzeń ukazuje problemy z jakimi borykali się w tamtych latach
pracownicy klubu. A zatrudnieni na etatach byli kierownik klubu oraz jego
asystent, a także godzinowo instruktorzy pracujący w zespołach i kołach
zainteresowań z młodzieżą. Ajenci bufetu byli podnajemcami i zapewne rozliczali
się wewnętrznie z klubem. Protokoły z posiedzeń Rady niemal od początku ukazują
narastający konflikt między kierownikiem klubu Marianem Krupą, a Feliksem
Stobnickim prowadzącym – trudno stwierdzić w tym momencie od którego roku –
bufet wraz z małżonką Marią. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że łączyły obu
panów więzy rodzinne – ich żony były siostrami: Maria Stobnicka i Janina Krupa.
Po lekturze protokołów odnoszę wrażenie, iż ten konflikt spowodował rezygnację
z funkcji przewodniczącego Rady Programowej Klubu „Ronita” przez Jana Dzięgę w
1968 roku. Jego miejsce zajął wtedy Tadeusz Krawczyk. Rok później, z pracy w
klubie odszedł Marian Krupa. Kierowanie klubem objęła energiczna i uwielbiana
przez rozwadowską młodzież Joanna Skrzypacz.
Na temat merytorycznej
działalności klubu więcej informacji można znaleźć we wspomnianej już Kronice Klubu „Ronita”. Pierwszy zapis
pochodzi z dnia otwarcia klubu – 26 listopada 1964 roku, ostatni natomiast z 1
grudnia 1976 roku, informujący o odbytym w klubie Turnieju Tenisa Stołowego „na
najlepszego tenisistę spośród młodzieży klubowej”, którym został, wówczas
17-letni, Waldemar Gębala.
Jednak
nie sport był specjalnością „Ronity”, choć inne dziedziny dość elitarne –
jednak ze sportem niewiele mające wspólnego – postawione były w rozwadowskim
klubie przez dłuższy czas na wysokim poziomie – brydż i bilard!
W tamtych
czasach w kulturze popularnej królowała jednak muzyka.
Stała się
więc „Ronita” swoistym rozwadowskim centrum muzycznym. Pod koniec lat 60.
Ubiegłego wieku powołano Społeczne Ognisko Muzyczne, w którym zatrudniono
nauczycieli muzyki z cenzusem, a co zdolniejsi mieli szansę na dostanie się do
Szkoły Muzycznej działającej w Stalowej Woli. Uczęszczałem na naukę gry na
gitarze, przez krótki czas też na fortepianie… Nie pamiętam już nazwiska
nauczycielki od gitary, która przyjeżdżała na dwa popołudnia chyba z Rzeszowa.
Fortepianu, umuzykalnienia uczyła pani Stefania Pipała – dojeżdżała z
Tarnobrzega. Pamiętam kilka jej uczennic – utalentowana muzycznie Małgosia
Wrońska, jej młodsza siostra Basia, wyróżniająca się pracowitością Krysia
Szewczyk, zawsze przejęta zajęciami Urszula Jaworska, była też Krysia Skrzypacz,
Beata Lauterbach, a także moja siostra Anna i jej przyjaciółka Berta Krupa.
Beniaminkiem był jednak utalentowany Maniuś Kozłowski.

–
Pamiętam z jakim przejęciem jechaliśmy na konkurs pianistyczny do Rzeszowa. – Wspomina
Małgorzata Wrońska-Staszałek. – Ja i Maniuś, pod opieką pani Pipały. Pani
Stefania w zatłoczonym autobusie wyrzuciła jakichś ludzi z miejsc siedzących,
bo Małgosia i Maniuś musieli wypocząć przed konkursem...
Pani
Pipała później założyła chór młodzieżowy – też w nim śpiewałem, uczestnicząc w
kilku przeglądach, podczas których zespół zbierał laury… Był też nauczyciel
uczący gry na harmonii, pan Antoni Kuźniar. Akordeon miał chyba największe
wzięcie wśród miejscowych chłopaków. Gdy pojawili się chętni, uczył też gry na
saksofonie…
Lata
sześćdziesiąte były też czasem powstawania zespołów muzycznych. Nie ominęło to
również Rozwadowa. Jeden z liderów muzycznych owych czasów, Jerzy Krawczyk tak
wspomina ten okres:
–
Moje pierwsze kroki z gitarą związane były z „Ronitą”. Tam od 1964 roku uczyłem
się gry na gitarze u pana Władysława Niezgody, który założył przy klubie
zespół. Pierwszy raz stanąłem na estradzie z gitarą. Pamiętam – była wielka
trema. Graliśmy znane przeboje Piotra Szczepanika Żółte kalendarze, Puste
koperty… Zespół występował wtedy w składzie: Adam Szwajka – gitara solo,
Jerzy Budziło – gitara, Jerzy Krawczyk – gitara.
Trzeba
wspomnieć, że Władysław Niezgoda – dziadek sióstr Wrońskich – w tych czasach prowadził też szkolną
orkiestrę, w której grali mandoliniści, gitarzyści i akordeoniści. Zespół
przygrywał też do tańca zespołowi ludowemu prowadzonemu w szkole przez panią
Marię Grodecką.
Nieco
później – wspomina Jerzy Krawczyk – został założony zespół estradowy przy
świetlicy Związku Zawodowego Kolejarzy, której kierownikiem był wtedy pan
Stawidło. Pracował tam wówczas Chór Hejnał
prowadzony przez Romana Cibę, a pani Maria Grodecka prowadziła ludowy zespół
pieśni i tańca. Kierownikiem naszego zespołu był Stanisław Zieliński – wujek
braci Zielińskich z popularnego zespołu Skaldowie. Grał z nami Ludek Puchała –
bardzo dobry saksofonista, a wokalistką była Teresa Puchała. Ta formacja
muzyczna przy ZZK nie trwała długo. Znowu zaczęliśmy grać w „Ronicie”. Nowa
grupa grała w składzie: Adam Szwajka – gitara, Jerzy Krawczyk – gitara, Andrzej
Zieliński – saksofon, Zenek Wróblewski – perkusja. W 1969 roku wywędrowałem do
Rudnika. Tam graliśmy w Spółdzielni Wikliniarskiej, która zakupiła nam
luksusowy sprzęt od Leona Bortnowskiego w Lublinie. Tak zaczęła się kariera zespołu Vademecum grającego w składzie: Bogdan
Muszyński – organy, Jerzy Krawczyk – gitara solo, Tomek Płoszaj – gitara bass,
Maciej Lesiak – perkusja oraz sekcja dęta: Bogdan Myszka – trąbka, Bolesław Sznajkard
– saksofon. W 1971 roku przeszliśmy do Spółdzielni Inwalidów „Zryw” w
Rozwadowie, która zakupiła nam nowy sprzęt u wspominanego wcześniej Leona
Bortnowskiego. Był to bardzo dobry sprzęt jak na tamte czasy. Oczywiście
graliśmy też w „Ronicie”. Ludzie przychodzili na nasze koncerty godzinę
wcześniej, bo nie było później wolnych miejsc. W każdą sobotę „Ronita” była
nasza! Oprócz stałego składu występowali z nami soliści Zbigniew Gołąb, Maria
Kata, Barbara Puzio, Lucyna Sochacka no i oczywiście wspaniałe siostry Basia i
Małgosia Wrońskie, które śpiewały w chórkach. Graliśmy na dość dobrym, jak na
tamte czasy sprzęcie muzycznym wyprodukowanym w Czechosłowacji. Gitary to
Samba, Lotus czy Jolana. Ja grałem na Sambie… Instrumenty klawiszowe, były to organy Weltmajster z
zestawem nagłośnieniowym Regent 60. To był bardzo ciężki sprzęt, ale grało się
cudownie! Co do repertuaru – był to okres tak zwanej
awangardy muzycznej, ale trwało to bardzo krótko. Tomek Płoszaj, Bogdan
Muszyński i ja cudowaliśmy muzycznie, kto pisał teksty – nie pamiętam! W
ówczesnym województwie rzeszowskim byliśmy drugą kapelą po Mokowianach z
Przemyśla. Świetna grupa! Graliśmy z nimi na Święto Nowin Rzeszowskich pod
Ratuszem w Rzeszowie. Poza tym my nie mieliśmy czasu na eksperymenty muzyczne,
bo byliśmy bardzo zajęci przygotowaniami do występów na przeglądach i
festiwalach, gdzie oczekiwano interpretacji znanych przebojów. Do tych
koncertów przygotowywał nas wtedy Alex Szopa. Radio Rzeszów, po koncertach w
Wojewódzkim Domu Kultury, chciało nas nagrać, namawiali i naciskali, a my nie
mieliśmy czasu… Czy do tego nagrania doszło – nie wiem, bo opuściłem grupę w
1973 roku.

Najlepsza
zabawa odbywała się jednak po koncertach Vademecum, na sławnych wówczas
rozwadowskich dyskotekach prowadzonych przez Adama Ostapczuka. Jak wspomina
Jacek Karakuła, jedyną dla nich konkurencją były dyskoteki w Klubie Energetyk
znajdującym się w dzielnicy Stalowej Woli Ozecie. Ja nie byłem zwolennikiem
dyskotek, onieśmielała mnie i odpychała taka zbiorowa taneczna furia… Kilka
razy dałem się namówić na udział w takiej zabawie i choć wracałem do domu
ogłuszony, zmęczony, z brzmiącymi w głowie ówczesnymi przebojami – choćby
porywające i piękne Sugar Baby Love,
oddające stan ducha, wykonywane przez zespół The Rubettes – to jednak zawsze
zadowolony. Te porywy namiętności tanecznej nie zdołały mnie jednak przekonać
do dyskotekowej kultury…
„Ronita”
była też dla młodzieży szkołą samorządności. Jak wspomina animator kultury Henryk
Giecko:
–
Od
roku 1975 – a może od 1976 – nie pamiętam dokładnie, działała przy „Ronicie”
Młodzieżowa Rada Klubu. Byłem jednym z
inicjatorów jej powołania. Wówczas też zaczęła się moja przygoda jako
prowadzącego dyskoteki – zostałem w „Ronicie” disk jockeey’em. Najpierw były to imprezy zamknięte, tylko dla
bywalców „Ronity”. Jednak po jakimś czasie dyrekcja „Rozbudowy” podjęła decyzję
o oficjalnym organizowaniu dyskotek. Bilet wstępu kosztował 5 zł. Bardzo szybko
nasza dyskoteka zyskała dużą popularność w całej okolicy i ze względów
bezpieczeństwa trzeba było ograniczać ilość uczestników. Wielu omijając główne
wejście, wchodziło przez małe okienko w łazience. Prowadzone przeze mnie
dyskoteki rozpoczynała zawsze piosenka uwielbianego przez nas wówczas zespołu
Led Zeppelin Whole Lotta Love. Za prowadzenie dyskotek płacono mi jakąś śmieszną kwotę, która zostawała
od razu u Fela. Wystarczała na dziesięć „żywców” lub „krakusów”, które były
dostępne tylko w „Ronicie” u Fela i ciastka. W dniu dyskoteki Felu przygotowywał
mi piwo i ciastka w kartonie i wydawał po dyskotece z magazynku pod schodami.

Nie
mogło w „Ronicie” zabraknąć działalności teatralnej. Dziewczyny z założonego
przy rozwadowskim Liceum Ekonomicznym teatrzyku szkolnym prezentowały swe
sceniczne etiudy przed publicznością w „Ronicie”. W zespole kierowanym przez
panią prof. Brzezińską występowały m.in. Halina Rak, Ela Śliwińska, Ela
Łagoska. W repertuarze miały m.in. spektakl Gabrieli Zapolskiej „Moralność pani
Dulskiej”.
Złote
czasy „Ronity” w końcu się skończyły… Rozwadów został włączony do Stalowej Woli
i zaczął podupadać. Stalowowolska administracja gospodarki komunalnej naliczyła
dość wysoki czynsz, który wcześniej był symboliczny. Ze współfinansowania klubu
wycofały się „Zryw” i M.H.D. Zmniejszała się też dotacja WZSP w Rzeszowie. W
końcu pojawiła się konieczność poważnych prac remontowych. Nowe wydatki.
Ostatnim
kierownikiem klubu „Ronita”, następcą Joanny Skrzypacz, która przeszła na
emeryturę w 1982 roku i zajęła się prowadzeniem Społecznego Ogniska Muzycznego,
był Ryszard Stachyra. Na niego spadła mało sympatyczna rola powolnej likwidacji
działalności klubu przez przekazanie Sądowi Rejonowemu w Stalowej Woli najpierw
dwóch pomieszczeń, a następnie całego budynku. Klub przeniesiony jeszcze został
do dwóch pomieszczeń w Ochotniczej Straży Pożarnej w Rozwadowie, które nie
nadawały się do prowadzenia dotychczasowej działalności, co doprowadziło w
końcu do jego całkowitej likwidacji.

Zabiegi o
przywrócenie Rozwadowowi budynku Sokoła podjął dopiero Osiedlowy Komitet
Obywatelski „Solidarność” Stalowa Wola – Rozwadów, zwracając się pismem z dnia
27 marca 1990 roku do pana Mariana Głowackiego – prezesa Spółdzielni Pracy
„Rozbudowa” w Rozwadowie pismem z pytaniem „o warunki i podstawy prawne oddania
na rzecz Rejonowego Sądu w Stalowej Woli budynku „Sokoła” będącego od 1906 roku
własnością miasta Rozwadowa”. W odpowiedzi z dnia 12 kwietnia 1990 roku, prezes
Marian Głowacki informuje, że działalność klubu „Ronita” była prowadzona w
obiekcie stanowiącym własność Urzędu Miasta Stalowa Wola, a przekazanie
najpierw dwóch pomieszczeń, a później całego budynku nastąpiło na polecenie
prezydenta miasta Stalowa Wola Edwarda Stendziucha.
Dzisiaj,
po ponad trzydziestu latach, spotykamy się w pięknej, nowocześnie zaaranżowanej
przestrzeni „Sokoła” czy „Ronity” z nadzieją, że to miejsce znowu będzie
promieniowało kulturą i sztuką. Że w kulturę warto inwestować, władze Stalowej
Woli przekonały się obserwując erupcję działalności Muzeum Regionalnego!
Doceniły to – dowód vis a vis w
postaci dawnego budynku sądu, dzisiaj Galerii Alfonsa Karpińskiego.
Życzę zatem
odnowionemu „Sokołowi” i Stalowej Woli dalszych sukcesów na niwie kultury!
Janusz M.
Paluch