poniedziałek, 4 lipca 2022

 

Kierunek Wiślica!

Niedziela, 3 lipca 2022 roku, zapowiadała się interesująco. Wyprawa do Wiślicy!

Pojechałem tam nie pierwszy raz. Jako uczeń szkoły podstawowej rozczytywałem się w „Słowiańskim rodowodzie” Pawła Jasienicy. A w latach 70-tych XX wieku, już jako zdecydowany studiować archeologię, udało mi się tam w końcu dotrzeć. Namówiłem rodziców, że koniecznie trzeba jechać na wycieczkę do Wiślicy…

– Do Wiślicy? – zapytał tato Adam podejrzliwie.

Rodzice nieufni mym zainteresowaniom, dali się jednak namówić, stwierdziwszy, po spojrzeniu na mapę, że po drodze będzie Busko Zdrój – miejsce westchnień wracających stamtąd kuracjuszy… Codzienne życie kuracjuszy Buska Zdrój i innych zdrojowisk to zupełnie inny temat… Pojechaliśmy zatem w słoneczną niedzielę naszą białą syrenką 104, numer rejestracyjny RT-1930… Rejestrację pamiętam do dziś, wszak to był nasz pierwszy wymarzony samochód, którym przemierzyliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, o NRD nie wspominając. W skład ekipy, oprócz mnie i taty – jako kierowcy, weszli mama Stanisława, siostra Anna i Grażyna Walczak – wnuczka doktora Romana Szanka, naszego sąsiada z pierwszego piętra. Był lekarzem pediatrą w naszym ośrodku zdrowia. Grażyna przyjeżdżała na miesiąc wakacji do Rozwadowa z Wrocławia. W Wiślicy obejrzeliśmy kościół, na
grodzisko – idąc na przełaj przez pola dotarłem sam, bo towarzystwo ubrane było na deptak buski, a nie wędrówki po polnych drogach. I tyle… Cały ciężar wyprawy przeniósł się na brylowanie w zdrojowisku… Jakie to musiały dla mnie być nudy…

Niestety przez lata, mimo że przy różnych okazjach wstępowałem do Wiślicy, nie udało mi się obejrzeć jej „skarbów”, o których pisał Jasienica, potem Janusz Roszko w książce „Pogański książę silny wielce”. Utworzone po wykopaliskach muzeum było albo zamknięte, albo w remoncie…

W końcu się udało kilka dni po otwarciu, z wielką pompą (Wiślicy się to należało), Muzeum Archeologicznego w Wiślicy, które jest filią Muzeum Narodowego w Kielcach. Jest więc nadzieja, że przez następne lata zabytki Wiślicy będą dostępne dla zwiedzających. Pod okiem sympatycznej przewodniczki (zwiedzanie indywidualne jest niemożliwe) wchodzimy najpierw do części, którą archeolodzy rozkopali w latach 50-tych XX wieku, pod ulicą Batalionów Chłopskich, a za czasów Kazimierza Wielkiego noszącą miano Solnej. Wynikałoby z tego, że już wtedy ta część wiślickiego grodu skrywała fundamenty pierwszych świątyń, o których ówcześni mieszkańcy miasta nie mieli pojęcia. Zwracał na to zresztą uwagę w swej reporterskiej relacji Paweł Jasienica. Nieopodal Kazimierz Wielki wznosił gotycką kolegiatę, którą do dzisiaj podziwiamy, a obok powstawał Dom Jana Długosza.

Z pomostów spoglądamy na zachowane fundamenty jednej z najstarszych na ziemiach polskich wczesno-romańskiej świątyni, prawdopodobnie pod wezwaniem św. Mikołaja, z drugiej połowy XI wieku. Była niewielka, czworokątna – 4.65 x 3.3 m, z półkolistą absydą (szerokości 2 m) odkrytej w 1958 roku. Obok odsłonięto tajemniczą kolistą lub ośmioboczną gipsową misę (średnica ok. 4 m) z podium o trapezoidalnym kształcie. Odkrywcy, prof. Włodzimierz Antoniewicz i doc. Zofia Wartałowska, twierdzili, iż jest to baptysterium, chrzcielnica, dowodząca o przyjęciu chrztu w obrządku wschodnim ok. 880 roku przez księcia Wiślan. Współczesne badania archeologiczne wykluczają jednak tę interpretację. Faktem jest, iż ok. 880 roku Państwo Wielkomorawskie podbiło kraj Wiślan…

Prawdziwy skarb wiślicki – odkryty przez Andrzeja Tomaszewskiego – skrywa się jednak w odkopanych pomieszczeniach znajdujących się pod kolegiatą. To słynna Płyta Orantów! Posadzka wykonana z gipsu jastrychowego, o wymiarach 2,5 x 4,1 m, umieszczona była w starszej romańskiej świątyni pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, której fundatorem był książę Henryk Sandomierski. Fundator zginął w 1166 roku w wyprawie zorganizowanej przez Bolesława Kędzierzawego przeciw Prusom i miał spocząć w Wiślicy. Według krakowskiego historyka sztuki, prof. Lecha Kalinowskiego, posadzka powstała między 1175 a 1177 rokiem, a jej fundatorem był książę Kazimierz Sprawiedliwy – następca Henryka. Płyta składa się z dwóch kwadratowych pól obramowanych zdobną bordiurą wypełnioną motywami roślinnymi i zwierzęcymi. W lewym pasie zauważymy lwa, centaura, smoka i bazyliszka, a w górnym dwa lwy przy drzewie życia. W górnej części znajduje się fragment inskrypcji w języku łacińskim o następującej treści: HI CONCVLCARI QUERUNT VT IN ASTRA LEVARI POSSINT ET PARITER VE…” („Ci chcą być podeptani, aby mogli być wzniesieni do gwiazd i zarówno…”), co interpretuję się, że przedstawione osoby pokazują w ten sposób swoją pokorę, by być wyniesionym i wiecznie nagrodzonym. Na obydwu polach płyty umieszczone zostały trzy postaci z głowami wzniesionymi ku górze i dłońmi w pozie modlitewnej. Jakakolwiek identyfikacja postaci jest bardzo ryzykowna i bardzo wątpliwa. Badacze, na podstawie nielicznych dokumentów, próbują jednak przypisać poszczególne postaci najważniejszym osobom z epoki. Na pierwszej – górnej, na której według historyków umieszczono osoby zmarłe – znajdują się Henryk Sandomierski (z brodą), obok którego stoi Kazimierz – pierworodny syn Kazimierza Sprawiedliwego (dziecko) oraz
Prof. W. Zalewski przy pracy.
duchowny – prawdopodobnie dostojnik z kolegiaty wiślickiej. Dolna część przedstawia prawdopodobnie księcia Kazimierza Sprawiedliwego, jego żonę Helenę Znojemską i syna Bolesława. Istnieje też wersja, że brodaty mężczyzna z tej części, to Bolesław Kędzierzawy z żoną i synem Leszkiem. Pewnie nigdy nie będziemy mieli pewności, kim tak naprawdę są postaci na Płycie Orantów. Tak jak nie poznamy też jej twórców, którzy wyżłobione w gipsie rowki wypełniali zabarwioną na czarno masą gipsową. Warto też wspomnieć, że stan zachowania Płyty Orantów, to zasługa krakowskiego konserwatora z Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki prof. Władysława Zalewskiego

Jakże inaczej, po wizycie w podziemiach, ogląda się piękną, strzelistą, kolegiatę. Podziwiamy ocalałe fragmenty gotyckich malowideł! Ciekawie prezentują się filary wspierające gotyckie sklepienie i dzielące świątynię na dwie nawy. W ołtarzu głównym kamienny gotycki posąg z końca XIII wieku słynącej cudami Madonny Łokietkowej. Przed jej posągiem miał modlić się o zjednoczenie ziem polskich książę Władysław Łokietek. Kiedy odwiedziłem kolegiatę pierwszy raz, Madonna Łokietkowa umieszczona była na filarze. Nad
bocznym wejściem do kolegiaty podręcznikowa, gotycka płyta przedstawiająca króla Kazimierza Wielkiego klęczącego przez Matką Boską. Za nim, biskup Bodzanta wspierający go dłonią. Niektórzy intepretują ten gest zupełnie inaczej… Mówią, że trzyma go, by się nie rozmyślił i nie umknął, albo że popycha go by klękał… Te różne interpretacje wiążą się z tym, że m.in. kolegiata wiślicka jest kościołem ekspiacyjnym fundowanym przez Kazimierza Wielkiego, który miał doprowadzić do utopienia w Wiśle jawnie krytykującego niemoralne prowadzenia się króla ks. Marcina Baryczki.

Na koniec idziemy na grodzisko z X wieku położone na łąkach. Po drodze mijamy słynną Psią Górkę. Podobno w tym miejscu wyegzekwowano karę „odszczekania kłamstwa” na Gniewoszu z Dalewic, który oskarżał królową Jadwigę z złe prowadzenie się… Oprócz „odszczekania kłamstwa pod ławą” trzeba było zapłacić karę w wysokości 70 grzywien…

I jeszcze wizyta w pięknym Chrobrzu. To pałac i park hr. Aleksandra Wielopolskiego wzniesiony w latach 1857-60 według projektu włoskiego architekta Henryka Markoniego. Obecnie mieści się tam Ośrodek Doskonalenia Rolnictwa. Stan zachowania pałacu i parku do idealnych wprawdzie nie należy, ale nie jest najgorzej. Kiedyś udało mi się nawet obejrzeć wnętrza. Dzisiaj zamknięte na cztery zamki! Szkoda, bo oprócz wnętrz, można (było, czy dzisiaj też?) obejrzeć wystawę dokumentującą

wykopaliska na stanowiskach kurhanowych z pobliskich Pełczysk. A dla prehistorii jest to miejsce szczególne, bo stwierdzono tam stanowiska począwszy od młodszej epoki kamiennej (neolitu – kultury ceramiki wstęgowej rytej, pucharów lejkowatych, pucharów dzwonowatych, sznurowej) przez epokę brązu (kultura mierzanowicka, trzciniecka, łużycka), okres późnolateński i wpływów rzymskich (epoki żelaza – kultura przeworska) po wczesne i późne średniowiecze.


Na koniec wędrówki wizyta w Busku Zdroju, gdzie należy oddać się kuracjom wód wszelakich – w tym mineralnych, powspominać czasy studenckie przy Wojtku Belonie, a na koniec być wchłoniętym w nieograniczoną przestrzeń stworzoną przez Leona Tarasewicza.

No i zabrakło dnia…

 

wtorek, 15 czerwca 2021

 

„RONITA” w Rozwadowie!

Poproszono mnie, bym opowiedział o swoim „Sokole”, czyli tak naprawdę o „Ronicie”, w której stawiałem swe pierwsze kroki w kierunku zamiłowań artystycznych… Muzyka, fotografia… Rzeczywiście w rozwadowskiej „Ronicie” uczyłem się gry na gitarze, fortepianie, śpiewałem w chórze pod kierunkiem pani Pipały, w końcu uczyłem się podstaw fotografii pod okiem nieżyjącego już Andrzeja Kormana. Wszystko w życiu się przydało!


Ale moja przygoda z „Sokołem” zaczęła się nieco wcześniej… Pierwsza, może druga klasa szkoły podstawowej… Nie udało mi się ustalić, kto wtedy był użytkownikiem „Sokoła”. Zapewne pełnił funkcję spotkań harcerskich, co dokumentuje zresztą fotografia z zamieszczonym na budynku szyldem „Dom Harcerza”. Może zatem Komenda Hufca Związku Harcerstwa Polskiego? Na piętrze była pracownia modelarstwa lotniczego prowadzona przez pana Waldemara Lewickiego. Pracownia modelarska prowadziła zajęcia w „Ronicie” do 1968 roku pod auspicjami Aeroklubu w Stalowej Woli. Przez jakiś czas uczestniczyłem nawet w zajęciach. Pozostał w pamięci zapach świeżego drzewa, sklejki, rozpuszczalników stosowanych przy malowaniu skrzydeł samolotowych modeli, ostry zapach nitro – bezcennego wówczas paliwa do modeli samolotów, beznamiętne szlifowanie żeberek do skrzydeł samolotów…

Jako uczeń szkoły podstawowej, należący do „Zuchów”, właśnie w ciemnym i pustym „Sokole” przechodziłem „horrorystyczną” inicjację na „Zucha”. Organizatorami byli starsi od nas o kilka lat harcerze. Był wśród nich Andrzej Ulanowski, Witek Wrzos, może Andrzej Pasiciel… Nakładali nam worki na głowy i prowadzili w ciemnościach w nieznane, strasząc przy tym niemiłosiernie… To był koszmar dla uczniaka pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej! W końcu znaleźliśmy się w dużej sali, na środku której płonął ogień… Na pewno nie było światła elektrycznego! Kiedy rozmawiałem o remoncie w „Sokole” przeprowadzanym w latach 60-tych XX wieku, wspominano o wypalonej podłodze na środku Sali gimnastycznej – czy jak kto woli widowiskowej.

Genezę nazwy klubu wszyscy już znają, ale dla porządku przypomnijmy, że nazwa powstała z połączenia pierwszych sylab nazw miast, w których „Rozbudowa” miała swoje zakłady. ROzwadów, NIsko, TArnobrzeg – RONITA.


W zachowanej Kronice Klubu „Ronita”, na pierwszej stronie znajdujemy motto z pochodzące z wiersza Spółdzielcom Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

O radość powszechną wojującym

Cóż wam po pustym haśle!

Jesteście jak lampa pośród nocy –

Co na wietrze największym nie zgaśnie.

Warto na marginesie nadmienić, iż ten utwór powstał w 1946 roku i z okazji Dnia Spółdzielcy opublikowany został na łamach „Głosu Wielkopolskiego”.

Odwracamy stronę tytułową Kroniki i czytamy pierwszy wpis umieszczony pod datą 26 listopada 1964 roku. Trudno dziś stwierdzić spod czyjej ręki wyszły równo stawiane litery, pisane pewnie piórem na podłożonym „liniuszku”… Ktoś jeszcze pamięta, co to takiego „liniuszek”? Trudno też określić, czy pisał je Marian Krupa – kierownik klubu, czy jego pracownica pani Helenka – może ktoś z państwa przypomni jej nazwisko? A zatem przeczytajmy:

Dzieło adaptacji opuszczonego budynku „Sokoła” w Rozwadowie doprowadzone zostało do zwycięskiego końca przez Spółdzielnie „Rozbudowa” i „Zryw”. Budynek przystosowano do wymogów klubu. Koszty adaptacji pokryte zostały z funduszów CZSP, spółdzielczości inwalidzkiej oraz dotacji spółdzielni „Rozbudowy” i „Zrywu”. Koszty zostały pomniejszone dzięki wytężonej pracy załóg tych spółdzielni, które przepracowały tu społecznie wiele godzin.

Klub został wyposażony w niezbędne urządzenia i gustownie urządzony. „Ronita” oprócz działalności artystyczno-rozrywkowej zamierza organizować na szeroką skalę życie kulturalno-oświatowe, m.in. kółka zainteresowań, odczyty, spotkania autorskie i in.

Kierownictwo klubu spoczywa w rękach aktywnego działacza kultury ob. Mariana Krupy.

Dziś, 26 XI 1964 roku „Ronita” otwarła szeroko podwoje nie tylko dla spółdzielców ale dla wszystkich mieszkańców miasta Rozwadowa. Spodziewać się należy, że „Ronita” stanie się Klubem z prawdziwego zdarzenia. 

Jak na pierwszy wpis w Kronice Klubu „Ronita”, to brakuje tam optymizmu, a nawet pompatyczności. Poza tym kronikarz nie pozostawił rzetelnego opisu wydarzenia z oficjalnego otwarcia placówki, nie wspomniał też o Radzie Programowej Klubu „Ronita”. W Kronice wklejono jednak wycinek prasowy, pochodzący prawdopodobnie z „Nowin Rzeszowskich”, w której autor – podpisany monogramem z. fl – przekazuje czytelnikom kilka podstawowych informacji. Przede wszystkim dowiadujemy się, że niebagatelnym, ale i skromnym kosztem remontu wynoszącym 300 tys. zł, „odremontowano i przebudowano częściowo wnętrze dawnego „Sokoła”, wyposażono je w estetyczne meble i sprzęt, a efekt przeszedł wszelkie oczekiwania”. Trzeba wspomnieć, że w czasie remontu do budynku „Sokoła” dobudowano pomieszczenie będące kotłownią, węzłem sanitarnym i magazynem. W uroczystości otwarcia klubu uczestniczyli wszyscy wówczas najważniejsi przedstawiciele rozwadowskich władz miejscowych, ale i wojewódzkich z ramienia Wojewódzkiego Związku Spółdzielczości Pracy i Spółdzielczości Inwalidów i powiatowych – wówczas z Tarnobrzega. Oficjalne przemówienia wygłosili: Jan Dzięga – przewodniczący Prezydium Miejskiej Rady Narodowej w Rozwadowie, Tadeusz Krawczyk – prezes Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, a także – a w tamtych czasach przede wszystkim – Kazimierz Smaczniak – sekretarz Komitetu Powiatowego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, któremu przypadł zaszczyt – bo nie mogło wówczas być inaczej – uroczystego otwarcia klubu. Może nawet przecięto wstęgę, ale tego już nikt pewnie nie pamięta. Po części oficjalnej odbył się koncert w wykonaniu zespołu estradowego ze Spółdzielni Pracy „Młodzież” z Krosna-Polanki, który bardzo zgromadzonej publiczności się spodobał. Koncert zamienił się w końcu w potańcówkę, która tylko podniosła atmosferę zachwytów, ale i oczekiwań wobec „Ronity”, a miastu przybyło nowe miejsce spotkań. Zachwycała przestrzenna sala klubowa z balkonem, miniaturowy barek serwujący kawę i herbatę oraz konkurujące z rozwadowską cukiernią Ludwika Dominika ciastka. W początkowej fazie prowadzony był przez panią Genowefę Jaroszową i jej córkę. Później bufet został przejęty przez Feliksa Stobnickiego, któremu młodzież szybko nadała ksywę Felu (dzisiaj powiedzielibyśmy, że dostał nick). Klubowy bufet to odrębna historia! Był też kameralny pokój brydżowy, pomieszczenie administracji klubu, a na piętrze dwa pomieszczenia, które z czasem służyły jako miejsca nauki gry na instrumentach oraz zaadaptowane w latach 70-tych XX wieku na poddaszu pomieszczenie służące jako ciemnia fotograficzna. Klub otwierał swe podwoje o godz. 16.00 i pracował zazwyczaj do godz. 22.00. 

Jak doszło do tego, że pełniący rolę Domu Harcerza budynek „Sokoła” stał się klubem kultury zarządzanym przez Spółdzielnię Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie?

– Podczas posiedzenia Rady Miasta Rozwadowa, w początkach lat sześćdziesiątych XX wieku, ówczesny przewodniczący rady Jan Dzięga, zwrócił się do radnych z problemem, by pomyśleli, co można byłoby zrobić, jak zagospodarować niszczejący pustostan, budynek rozwadowskiego „Sokoła”. – Wspomina Adam Paluch, mój tata. – Miasto nie miało na to żadnych pieniędzy. Radnym miejskim był wtedy Tadeusz Krawczyk, prezes naszej spółdzielni. Podczas spotkania zarządu spółdzielni przedstawił nam to zagadnienie. Dokonaliśmy analizy finansowej, wszak finansowanie miało być po naszej stronie. Przeprowadziliśmy konsultacje z centralą w Rzeszowie, czyli Wojewódzkim Zrzeszeniem Spółdzielczości Pracy. My byliśmy na tak.  W końcu mieszkaliśmy w Rozwadowie i zależało nam, by u nas też był dom kultury. Teraz trzeba było opracować ramowy program działalności „Sokoła”, by prezes Krawczyk, jako radny, mógł swe stanowisko zaprezentować na posiedzeniu rady. Radni zaakceptowali naszą propozycję i podjęli uchwałę o przekazaniu budynku „Sokoła” Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” za symboliczną złotówkę. Stało się to 1 czerwca 1962 roku. 

Choć ojcami sukcesu są zawsze oficjele, w przypadku „Ronity” wspominani już Jan Dzięga, Tadeusz Krawczyk i Zygmunt Habiger – prezes Spółdzielni Inwalidów „Zryw”, która dołączyła się do realizacji remontu „Sokoła”, to przecież na sukces zawsze pracuje cały zespół ludzi. Trzeba w tym miejscu wymienić Bogusławę Serafin, Ryszardę Pamułę, moich rodziców – Stanisława i Adama Paluchów (pracowali nad programem merytorycznym klubu), oraz tych, dzięki którym klub wyglądał tak pięknie: Alojzego Kukułę – mistrza malarskiego, Michała Rębisza – nadzorował układanie parkietów i Edwarda Świerczka – nadzorował montowanie instalacji elektrycznej.

Bieżącą działalność Międzyspółdzielczego Klubu „Ronita” nadzorowała Rada Klubu, która ukonstytuowała się na swym pierwszym oficjalnym posiedzeniu w dniu 6 stycznia 1965 roku. W skład Prezydium Rady Klubu wchodzili: Jan Dzięga – przewodniczący Rady, Tadeusz Krawczyk, Zygmunt Habiger i Feliks Stobnicki – wiceprzewodniczący Rady, Ryszarda Pamuła – skarbnik, Marian Krupa – sekretarz Rady. Komisję Rewizyjną Rady Klubu stanowiły Bogusława Serafin, Stanisława Paluch i Mirosława Kuprys. Członkami Zarządu byli: Stanisława Krakowiak oraz przedstawiciele Wojewódzkiego Związku Spółdzielczości Pracy z Rzeszowa – Aleksandra Majkiewicz i Józef Micoł.

Wydawałoby się, że pierwsze posiedzenie Rady powinno być uroczyste i ograniczyć się do ukonstytuowania się i omówienia działalności Klubu na najbliższy okres. Tymczasem już podczas tego pierwszego spotkania organizują bieżącą pracę i podejmują ważne strategiczne dla Klubu decyzje. Kierownik Klubu poinformował członków Rady o przychodach finansowych z tytułu balu sylwestrowego, za czym poszły decyzje o konieczności założenia konta bankowego dla rozliczeń działalności Klubu. Ze sprzedanych stu zaproszeń uzyskano 5000,- zł. Koszty zorganizowania balu
wyniosły 3867,- zł. Klub zaczął zarabiać od pierwszych tygodni działalności! W późniejszym okresie przychody klubu generowane były przede wszystkim przez organizowane w soboty i niedziele „potańcówki” zwane później przez młodzież „dyskotekami”. W soboty bawiono się przy żywej muzyce granej przez zespoły, a w niedziele tańczono przy adapterze. Kierownik klubu narzekał też, że  Spółdzielnia „Zryw” nie dba o zaopatrzenie bufetu, co skwapliwie potwierdziła pani Jarosz, pracownica bufetu. Ustalono też terminy zabaw noworocznych dla dzieci pracowników „Zrywu” i „Rozbudowy”. Rozpatrzono też prośbę dyrektora M.H.D. w Rozwadowie o wynajęcie Sali na zabawę karnawałową dla pracowników, która miała odbyć się 13 lutego 1965 roku. Jakie emocje musiały towarzyszyć dyskusji, ileż argumentów „za”, ile na „nie” musiało paść, by zapadła negatywna decyzja Rady Klubu, która stwierdziła, „że wynajem Sali stworzyć może dewastację i klub stałby się pospolitą salą zabaw. Zezwalając jednej instytucji, musielibyśmy i innym z grzeczności zezwalać”. Nie ukrywałem zdziwienia, wszak M.H.D. było jedną z kluczowych firm rozwadowskich, poza tym Rada Miasta Rozwadowa chciała, by „Ronita” była miejscem spotkań dla wszystkich mieszkańców miasta. Odpowiedź okazała się prosta. Na etapie remontu „Rozbudowa” zwróciła się do kilku najważniejszych instytucji rozwadowskich o współudział – oczywiście finansowy – w remoncie „Sokoła”. Z zapałem do współpracy przystąpiła Spółdzielnia Inwalidów „Zryw”, która po wybudowaniu nowej siedziby wraz z salą klubową odstąpiła od współorganizacji działalności kulturalnej w „Ronicie”, stając nawet na pozycji konkurencyjnej działalności. Rozwadowski M.H.D. – jak powiedział Adam Paluch – nie wykazał żadnego zainteresowania, odmawiając wręcz współpracy przy remoncie i współtworzeniu programu działalności „Ronity”. W tym kontekście wydaje się być bardziej zrozumiałe tak stanowcze odmówienie wynajęcia Sali „Ronity” rozwadowskim pracownikom M.H.D. Dopiero w roku 1968 rozwadowscy handlowcy przystąpili do współpracy przy współorganizowaniu pracy kulturalno-oświatowej Klubu „Ronita”.

Zachowana Księga protokołów z posiedzeń Rady Klubu „Ronita” rozpoczyna się dokumentem opisującym posiedzenie odbyte w dniu 6 stycznia 1965 roku, a kończy je protokół  z poszerzonego posiedzenia Rady Klubu z 14 lutego 1975 roku. Analiza protokołów posiedzeń ukazuje problemy z jakimi borykali się w tamtych latach pracownicy klubu. A zatrudnieni na etatach byli kierownik klubu oraz jego asystent, a także godzinowo instruktorzy pracujący w zespołach i kołach zainteresowań z młodzieżą. Ajenci bufetu byli podnajemcami i zapewne rozliczali się wewnętrznie z klubem. Protokoły z posiedzeń Rady niemal od początku ukazują narastający konflikt między kierownikiem klubu Marianem Krupą, a Feliksem Stobnickim prowadzącym – trudno stwierdzić w tym momencie od którego roku – bufet wraz z małżonką Marią. Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że łączyły obu panów więzy rodzinne – ich żony były siostrami: Maria Stobnicka i Janina Krupa. Po lekturze protokołów odnoszę wrażenie, iż ten konflikt spowodował rezygnację z funkcji przewodniczącego Rady Programowej Klubu „Ronita” przez Jana Dzięgę w 1968 roku. Jego miejsce zajął wtedy Tadeusz Krawczyk. Rok później, z pracy w klubie odszedł Marian Krupa. Kierowanie klubem objęła energiczna i uwielbiana przez rozwadowską młodzież Joanna Skrzypacz.

Na temat merytorycznej działalności klubu więcej informacji można znaleźć we wspomnianej już Kronice Klubu „Ronita”. Pierwszy zapis pochodzi z dnia otwarcia klubu – 26 listopada 1964 roku, ostatni natomiast z 1 grudnia 1976 roku, informujący o odbytym w klubie Turnieju Tenisa Stołowego „na najlepszego tenisistę spośród młodzieży klubowej”, którym został, wówczas 17-letni, Waldemar Gębala.

Jednak nie sport był specjalnością „Ronity”, choć inne dziedziny dość elitarne – jednak ze sportem niewiele mające wspólnego – postawione były w rozwadowskim klubie przez dłuższy czas na wysokim poziomie – brydż i bilard!

W tamtych czasach w kulturze popularnej królowała jednak muzyka.

Stała się więc „Ronita” swoistym rozwadowskim centrum muzycznym. Pod koniec lat 60. Ubiegłego wieku powołano Społeczne Ognisko Muzyczne, w którym zatrudniono nauczycieli muzyki z cenzusem, a co zdolniejsi mieli szansę na dostanie się do Szkoły Muzycznej działającej w Stalowej Woli. Uczęszczałem na naukę gry na gitarze, przez krótki czas też na fortepianie… Nie pamiętam już nazwiska nauczycielki od gitary, która przyjeżdżała na dwa popołudnia chyba z Rzeszowa. Fortepianu, umuzykalnienia uczyła pani Stefania Pipała – dojeżdżała z Tarnobrzega. Pamiętam kilka jej uczennic – utalentowana muzycznie Małgosia Wrońska, jej młodsza siostra Basia, wyróżniająca się pracowitością Krysia Szewczyk, zawsze przejęta zajęciami Urszula Jaworska, była też Krysia Skrzypacz, Beata Lauterbach, a także moja siostra Anna i jej przyjaciółka Berta Krupa. Beniaminkiem był jednak utalentowany Maniuś Kozłowski.

     – Pamiętam z jakim przejęciem jechaliśmy na konkurs pianistyczny do Rzeszowa. – Wspomina Małgorzata Wrońska-Staszałek. – Ja i Maniuś, pod opieką pani Pipały. Pani Stefania w zatłoczonym autobusie wyrzuciła jakichś ludzi z miejsc siedzących, bo Małgosia i Maniuś musieli wypocząć przed konkursem... 

Pani Pipała później założyła chór młodzieżowy – też w nim śpiewałem, uczestnicząc w kilku przeglądach, podczas których zespół zbierał laury… Był też nauczyciel uczący gry na harmonii, pan Antoni Kuźniar. Akordeon miał chyba największe wzięcie wśród miejscowych chłopaków. Gdy pojawili się chętni, uczył też gry na saksofonie…

Lata sześćdziesiąte były też czasem powstawania zespołów muzycznych. Nie ominęło to również Rozwadowa. Jeden z liderów muzycznych owych czasów, Jerzy Krawczyk tak wspomina ten okres:

– Moje pierwsze kroki z gitarą związane były z „Ronitą”. Tam od 1964 roku uczyłem się gry na gitarze u pana Władysława Niezgody, który założył przy klubie zespół. Pierwszy raz stanąłem na estradzie z gitarą. Pamiętam – była wielka trema. Graliśmy znane przeboje Piotra Szczepanika Żółte kalendarze, Puste koperty… Zespół występował wtedy w składzie: Adam Szwajka – gitara solo, Jerzy Budziło – gitara, Jerzy Krawczyk – gitara.

Trzeba wspomnieć, że Władysław Niezgoda – dziadek sióstr Wrońskich –  w tych czasach prowadził też szkolną orkiestrę, w której grali mandoliniści, gitarzyści i akordeoniści. Zespół przygrywał też do tańca zespołowi ludowemu prowadzonemu w szkole przez panią Marię Grodecką.

Nieco później – wspomina Jerzy Krawczyk – został założony zespół estradowy przy świetlicy Związku Zawodowego Kolejarzy, której kierownikiem był wtedy pan Stawidło. Pracował tam wówczas Chór Hejnał prowadzony przez Romana Cibę, a pani Maria Grodecka prowadziła ludowy zespół pieśni i tańca. Kierownikiem naszego zespołu był Stanisław Zieliński – wujek braci Zielińskich z popularnego zespołu Skaldowie. Grał z nami Ludek Puchała – bardzo dobry saksofonista, a wokalistką była Teresa Puchała. Ta formacja muzyczna przy ZZK nie trwała długo. Znowu zaczęliśmy grać w „Ronicie”. Nowa grupa grała w składzie: Adam Szwajka – gitara, Jerzy Krawczyk – gitara, Andrzej Zieliński – saksofon, Zenek Wróblewski – perkusja. W 1969 roku wywędrowałem do Rudnika. Tam graliśmy w Spółdzielni Wikliniarskiej, która zakupiła nam luksusowy sprzęt od Leona Bortnowskiego w Lublinie.  Tak zaczęła się kariera zespołu Vademecum grającego w składzie: Bogdan Muszyński – organy, Jerzy Krawczyk – gitara solo, Tomek Płoszaj – gitara bass, Maciej Lesiak – perkusja oraz sekcja dęta: Bogdan Myszka – trąbka, Bolesław Sznajkard – saksofon. W 1971 roku przeszliśmy do Spółdzielni Inwalidów „Zryw” w Rozwadowie, która zakupiła nam nowy sprzęt u wspominanego wcześniej Leona Bortnowskiego. Był to bardzo dobry sprzęt jak na tamte czasy. Oczywiście graliśmy też w „Ronicie”. Ludzie przychodzili na nasze koncerty godzinę wcześniej, bo nie było później wolnych miejsc. W każdą sobotę „Ronita” była nasza! Oprócz stałego składu występowali z nami soliści Zbigniew Gołąb, Maria Kata, Barbara Puzio, Lucyna Sochacka no i oczywiście wspaniałe siostry Basia i Małgosia Wrońskie, które śpiewały w chórkach. Graliśmy na dość dobrym, jak na tamte czasy sprzęcie muzycznym wyprodukowanym w Czechosłowacji. Gitary to Samba, Lotus czy Jolana. Ja grałem na Sambie… Instrumenty klawiszowe, były to organy Weltmajster z zestawem nagłośnieniowym Regent 60. To był bardzo ciężki sprzęt, ale grało się cudownie! Co do repertuaru – był to okres tak zwanej awangardy muzycznej, ale trwało to bardzo krótko. Tomek Płoszaj, Bogdan Muszyński i ja cudowaliśmy muzycznie, kto pisał teksty – nie pamiętam! W ówczesnym województwie rzeszowskim byliśmy drugą kapelą po Mokowianach z Przemyśla. Świetna grupa! Graliśmy z nimi na Święto Nowin Rzeszowskich pod Ratuszem w Rzeszowie. Poza tym my nie mieliśmy czasu na eksperymenty muzyczne, bo byliśmy bardzo zajęci przygotowaniami do występów na przeglądach i festiwalach, gdzie oczekiwano interpretacji znanych przebojów. Do tych koncertów przygotowywał nas wtedy Alex Szopa. Radio Rzeszów, po koncertach w Wojewódzkim Domu Kultury, chciało nas nagrać, namawiali i naciskali, a my nie mieliśmy czasu… Czy do tego nagrania doszło – nie wiem, bo opuściłem grupę w 1973 roku.

Najlepsza zabawa odbywała się jednak po koncertach Vademecum, na sławnych wówczas rozwadowskich dyskotekach prowadzonych przez Adama Ostapczuka. Jak wspomina Jacek Karakuła, jedyną dla nich konkurencją były dyskoteki w Klubie Energetyk znajdującym się w dzielnicy Stalowej Woli Ozecie. Ja nie byłem zwolennikiem dyskotek, onieśmielała mnie i odpychała taka zbiorowa taneczna furia… Kilka razy dałem się namówić na udział w takiej zabawie i choć wracałem do domu ogłuszony, zmęczony, z brzmiącymi w głowie ówczesnymi przebojami – choćby porywające i piękne Sugar Baby Love, oddające stan ducha, wykonywane przez zespół The Rubettes – to jednak zawsze zadowolony. Te porywy namiętności tanecznej nie zdołały mnie jednak przekonać do dyskotekowej kultury… 

„Ronita” była też dla młodzieży szkołą samorządności. Jak wspomina animator kultury Henryk Giecko:

Od roku 1975 – a może od 1976 – nie pamiętam dokładnie, działała przy „Ronicie” Młodzieżowa Rada Klubu.  Byłem jednym z inicjatorów jej powołania. Wówczas też zaczęła się moja przygoda jako prowadzącego dyskoteki – zostałem w „Ronicie” disk jockeey’em. Najpierw były to imprezy zamknięte, tylko dla bywalców „Ronity”. Jednak po jakimś czasie dyrekcja „Rozbudowy” podjęła decyzję o oficjalnym organizowaniu dyskotek. Bilet wstępu kosztował 5 zł. Bardzo szybko nasza dyskoteka zyskała dużą popularność w całej okolicy i ze względów bezpieczeństwa trzeba było ograniczać ilość uczestników. Wielu omijając główne wejście, wchodziło przez małe okienko w łazience. Prowadzone przeze mnie dyskoteki rozpoczynała zawsze piosenka uwielbianego przez nas wówczas zespołu Led Zeppelin Whole Lotta Love. Za prowadzenie dyskotek płacono mi jakąś śmieszną kwotę, która zostawała od razu u Fela. Wystarczała na dziesięć „żywców” lub „krakusów”, które były dostępne tylko w „Ronicie” u Fela i ciastka. W dniu dyskoteki Felu przygotowywał mi piwo i ciastka w kartonie i wydawał po dyskotece z magazynku pod schodami. 

Nie mogło w „Ronicie” zabraknąć działalności teatralnej. Dziewczyny z założonego przy rozwadowskim Liceum Ekonomicznym teatrzyku szkolnym prezentowały swe sceniczne etiudy przed publicznością w „Ronicie”. W zespole kierowanym przez panią prof. Brzezińską występowały m.in. Halina Rak, Ela Śliwińska, Ela Łagoska. W repertuarze miały m.in. spektakl Gabrieli Zapolskiej „Moralność pani Dulskiej”.

Złote czasy „Ronity” w końcu się skończyły… Rozwadów został włączony do Stalowej Woli i zaczął podupadać. Stalowowolska administracja gospodarki komunalnej naliczyła dość wysoki czynsz, który wcześniej był symboliczny. Ze współfinansowania klubu wycofały się „Zryw” i M.H.D. Zmniejszała się też dotacja WZSP w Rzeszowie. W końcu pojawiła się konieczność poważnych prac remontowych. Nowe wydatki.

Ostatnim kierownikiem klubu „Ronita”, następcą Joanny Skrzypacz, która przeszła na emeryturę w 1982 roku i zajęła się prowadzeniem Społecznego Ogniska Muzycznego, był Ryszard Stachyra. Na niego spadła mało sympatyczna rola powolnej likwidacji działalności klubu przez przekazanie Sądowi Rejonowemu w Stalowej Woli najpierw dwóch pomieszczeń, a następnie całego budynku. Klub przeniesiony jeszcze został do dwóch pomieszczeń w Ochotniczej Straży Pożarnej w Rozwadowie, które nie nadawały się do prowadzenia dotychczasowej działalności, co doprowadziło w końcu do jego całkowitej likwidacji. 

Zabiegi o przywrócenie Rozwadowowi budynku Sokoła podjął dopiero Osiedlowy Komitet Obywatelski „Solidarność” Stalowa Wola – Rozwadów, zwracając się pismem z dnia 27 marca 1990 roku do pana Mariana Głowackiego – prezesa Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie pismem z pytaniem „o warunki i podstawy prawne oddania na rzecz Rejonowego Sądu w Stalowej Woli budynku „Sokoła” będącego od 1906 roku własnością miasta Rozwadowa”. W odpowiedzi z dnia 12 kwietnia 1990 roku, prezes Marian Głowacki informuje, że działalność klubu „Ronita” była prowadzona w obiekcie stanowiącym własność Urzędu Miasta Stalowa Wola, a przekazanie najpierw dwóch pomieszczeń, a później całego budynku nastąpiło na polecenie prezydenta miasta Stalowa Wola Edwarda Stendziucha.

Dzisiaj, po ponad trzydziestu latach, spotykamy się w pięknej, nowocześnie zaaranżowanej przestrzeni „Sokoła” czy „Ronity” z nadzieją, że to miejsce znowu będzie promieniowało kulturą i sztuką. Że w kulturę warto inwestować, władze Stalowej Woli przekonały się obserwując erupcję działalności Muzeum Regionalnego! Doceniły to – dowód vis a vis w postaci dawnego budynku sądu, dzisiaj Galerii Alfonsa Karpińskiego.

Życzę zatem odnowionemu „Sokołowi” i Stalowej Woli dalszych sukcesów na niwie kultury!

Janusz M. Paluch


ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...