piątek, 7 października 2022


 

Teatrzyk kukiełkowy w Rozwadowskiej „Ronicie”.

 

Pojawił się podczas dziecięcej zabawy z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka w 1973 roku odbyła się premiera spektaklu dla dzieci, przygotowanego przez rozwadowską młodzież w teatrzyku kukiełkowym. Przedstawienie zatytułowane „O odwilży i kichaniu i o wiosny przywitaniu” według bajki Marii Kownackiej przygotowała pracująca w klubie Olga Wrońska, która razem ze Stefanią Pipałą – nauczycielką gry na fortepianie, opracowały spektakl muzycznie. Jak poinformował mnie Janusz Myk – wieloletni rozwadowski animator kultury, głos kukiełkom udzieliły Olga Wrońska, Joanna Skrzypacz oraz Halina i Grażyna Burdzy,
a całość zgrywał Adam Szemberski.

Teatrzyk cieszył się sporym zainteresowaniem zarówno ze strony widzów, jak i wykonawców. Kronikarz klubu „Ronita” pod datą 3 września 1975 roku zapisał:

Teatrzyk kukiełkowy ożywia swoją działalność. Kółko Plastyczne projektuje nowe główki dla kukiełek. Postanowiono opracować nową bajkę na okres choinki noworocznej. Chcemy opracować bajkę pełnospektaklową „O strasznym smoku i dzielnym szewczyku, prześlicznej królewnie i królu Goździku” Marii Kownackiej.


I rzeczywiście, 8 lutego 1976 roku, podczas dziecięcej zabawy karnawałowej odbyła się premiera spektaklu, który został przez dzieci przyjęty entuzjastycznie. Bajkę prezentowano ponownie 15 lutego dla dzieci pracowników Przedsiębiorstwa Spedycji Krajowej (PSK). Kolejne przedstawienie odbyło się 1 czerwca 1976 roku
z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka. Natomiast 13 listopada rozpoczęto prace nad kolejnym przedstawieniem „O Kasi, co gęsi zgubiła” według bajki autorstwa Marii Kownackiej. Premiera odbyła się prawdopodobnie przy okazji zabawy noworocznej w 1977 roku.
Janusz Myk wspomina, że w jej realizację zaangażowanych było wielu klubowiczów. W nagraniu udział wzięli: Joanna Skrzypacz, Olga Wrońska, Stefania Pipała, Bernadeta Krupa, Jadwiga Procyk, Adam Szemberski, Ryszard Janeczko, Andrzej Siwiec, Krzysztof Ptaszek i Janusz Myk. Spektakl prezentowany był tylko dwa razy. Jego druga prezentacja nastąpiła po premierze spektaklu „Orzeszek” – premiera odbyła się 1 czerwca 1979 roku – przygotowanym według bajki Igora Sikryckiego. Wspieram się w tym miejscu tylko na wspomnieniach Janusza Myka, bowiem Kronika klubu kończy się 1 grudnia 1976 roku.

Różnica między pierwszą a drugą wersją spektaklu „O Kasi, co gęsi zgubiła” – wspomina Janusz Myk –  polegała na tym, że w drugiej ponownie nagraliśmy niektóre dialogi i dograliśmy trochę efektów dźwiękowych. Całość nagrywał, montował i prezentował podczas występów Adam Szemberski. Scenografię przygotowywała pani Joanna Skrzypacz, animacją w czasie pierwszej wersji zajmowałem się wspólnie z Ryszardem Raizerem, a w drugiej wersji animowałem wspólnie z Haliną Oleksak i Robertem Myszką. Nie pamiętam kto akompaniował na gitarze podczas nagrywania piosenek. W antraktach potrzebnych na zmianę dekoracji i na zakończenie grany był utwór Mike’a Oldfield’a  „Portsmouth”. Premiera drugiej wersji bajki odbyła się 1 czerwca 1980 roku.

Prezentowane fotografie pochodzą z Kroniki Klubu „Ronita”

piątek, 9 września 2022

 

Sosnowe miasto…

 

     Z zainteresowaniem obejrzałem kiedyś film „Miasto z piasku i serc. Stalowa Wola”, którego reżyserem jest Tadeusz Arciuch. Stalowa Wola, nolens volens, po wchłonięciu w latach 70. XX wieku miasteczka Rozwadów, stała się moim rodzinnym miastem. Tam skończyłem Liceum Ogólnokształcące im. Komisji Edukacji Narodowej nr 44, a Tadeusz Arciuch był moim kolegą ze szkolnej ławy, z klasy I A. Naszą wychowawczynią była pani prof. Ludmiła Kuczek – matematyczka. Uczniowie nazywali ją „Babcia”. Była delikatnej postury, drobną, dobroduszną kobietą, przed spojrzeniem której topnieli najwięksi zarozumialcy i twardziele, a takich w naszym liceum nie brakowało… 

Pamiętam pewną lekcję. „Babcia” sprawdzała zeszyty z zadaniem domowym. Mieliśmy zaznaczyć jakieś zbiory, ich wspólne części, a wszystko trzeba było wykazać poprzez zamalowanie powierzchni zbiorów kolorami… Tadeusz wybrał dla jednego zbioru kolor żółty, dla drugiego jasno zielony… Pani profesor nie zdzierżyła tego! Nie mogła zrozumieć, jak można było tak dobrać kolory! Żółty z zielonym podziałał na nią jak czerwona płachta na byka! Nie pomogły żadne tłumaczenia, że tylko takie kredki miał. W końcu zdesperowana powiedziała:

­– Nooou,  Arciuch… – stanowczy ton nie znoszący sprzeciwu nie wróżył nic dobrego. Jej „no” brzmiało, trochę przeciągle,  jak „nuuu…” – na jutro zamalujesz cały zeszyt, jedna kartka na żółto, druga na zielono! Żebyś już nigdy nie dobierał takich kolorów!

Nasze drogi się rozeszły. On po pierwszej klasie wyjechał do Warszawy, ja po maturze trafiłem do Krakowa, gdzie na dobre utknąłem… Po kilkudziesięciu latach, przez zupełny przypadek, spotkaliśmy się dzięki Maciejowi Wojciechowskiemu, który współpracuje przy realizacji dokumentalnych filmów z Tadeuszem.

Film „Miasto z piasku i serc. Stalowa Wola” jest dokumentem, jaki powstał przy okazji 82. rocznicy poświęcenia Zakładów Południowych w Stalowej Woli – dumy II Rzeczypospolitej. Perły w koronie Centralnego Okręgu Przemysłowego. Krótko cieszono się prawdziwym sukcesem, bo wybuch wojny spowodował, że Stalowa Wola szybko zaczęła dozbrajać wojsko niemieckie… A najważniejszy plac miejski w naszym mieście, plac Wolności, nazwany został Adolf Hitler Platz.


 Z wielką przyjemnością i prawdziwym zainteresowaniem oglądałem film Arciucha. Z rozrzewnieniem słuchałem opowieści o starej Stalowej Woli znanych mi Anny i Dionizego Garbaczów, nieżyjącego już Marka Wiatrowicza oraz mieszkańców miasta Barbary Sceliny, Marian Batora, Mieczysław Skibiński, Grażyna Wojtasik-Wiech, Irena Szatmari, Barbary Augustyńskiej, Władysława Szurka,   . Fragmenty starych filmów dokumentalnych, ożywione archiwalne fotografie oraz animacje komputerowe pokazujące jak mogłaby wyglądać Stalowa Wola, gdyby nie wrzesień 1939 roku. Racjonalny ład urbanistyczny porządkował wszystko nie tylko na desce projektowej architektów. Dzielnice robotnicza, urzędnicza i dyrektorska do dzisiaj kształtują krajobraz „starej” Stalowej Woli, mimo iż różni współcześni budowniczowie usiłują wepchnąć w wolne przestrzenie swe – najczęściej nieudane – pomysły architektoniczne. Dzisiaj nikt nie uwierzy, że przestrzeń między Rozwadowem a wioską Pławo, której relikty jeszcze zauważymy wśród nowych budynków Stalowej Woli wraz z zakładami przemysłowymi, porastał las – taki sam jak za Stalową Wolą, gdy jedziemy w kierunku Tarnobrzega lub Przyszowa… Po Pławie – średniowiecznej jeszcze osadzie flisackiej – prawie śladu już nie ma… A to właśnie w chłopskich chatach mieszkali pierwsi budowniczowie Stalowej Woli. Obraz tamtych czasów, które dla miejscowej ludności wnosiły nowe wartości i możliwości, świetnie opisał Melchior Wańkowicz w książce „Sztafeta” – zbiorze reportaży z wędrówki dziennikarskiej po powstającym Centralnym Okręgu Przemysłowym.

Siostra mojej babci – Marta Moskal – tuż przed wybuchem wojny rozpoczęła pracę w stalowowolskich Zakładach Południowych jako laborantka w pracowni dra Juliusza Pizło, który przybył do Stalowej Woli ze Śląska. Wraz z żoną Zofią byli admiratorami tenisa ziemnego, dlatego też przyłożyli się do powstania stalowowolskich kortów tenisowych. Ciocia Marta bardzo dobrze wspominała współpracę z drem Pizło. W czasie okupacji niemieckiej nie podjęła jednak pracy, a po wojnie – mimo iż ją zachęcano do powrotu do zakładów – stwierdziła, że „na ciubaryków” nie będzie pracowała… Stalowa Wola i Rozwadów spod okupacji niemieckiej wyzwolone zostały 1 sierpnia 1944 roku przez wojska rosyjskie. Wtedy, w czasie walk spłonął rozwadowski ratusz. Rosjanie złą sławą zapisali się w tych stronach już w czasie I wojny światowej. Spalony w 1915 roku Rozwadów i pałac Lubomirskich w pobliskich Charzewicach to ich dzieło. Już wtedy, w tych okolicach wobec Rosjan używano pejoratywnego określenia „ciubaryki”. Potwierdzała to też w swych opowieściach babcia Monika Kosierbowa – druga żona mojego dziadka, która doskonale pamiętała czasy I wojny światowej i kiedy wspominała je, wrzeszczała:

– Ślaga! Te śmierdzące ciubaryki!… – babcia nigdy nie przebierała w słowach…


Opis zniszczeń tych okolic z tamtych czasów pozostawił Jan Wiktor, który po przejściu frontu podróżował z Krakowa do rodzinnego Radomyśla nad Sanem.

Przypominam sobie wizytę w Stalowej Woli Barbary Wachowicz (1939-2018), „pisarki losu polskiego”, autorki biografii znanych Polaków, wielkiej admiratorki Tadeusza Kościuszki, którego amerykańskimi śladami powędrowała jako pierwsza polska dziennikarka. Efektem tej podróży była popularna, wielokrotnie wznawiana książka „Nazwę Cię Kościuszko” oraz wędrująca po Polsce wystawa fotograficzna jej autorstwa o tym samym tytule. Przyjechała na zaproszenie Zespołu Szkół Budowlanych im. Tadeusza Kościuszki przy ul. 1 Sierpnia. Nie mogła się nadziwić, że nasze miasto, jeszcze za czasów komuny, tak pięknie potrafiło uczcić Powstanie Warszawskie, wszak jedna z ważniejszych stalowowolskich ulic nosiła miano 1 Sierpnia… Musiałem ją wyprowadzić z błędu…

– A ja taka naiwna… – podsumowała.

Wędruję czasem po Stalowej Woli i odtwarzam w pamięci miejsca, których już nie ma. Prawie wszystko się zmieniło. Zniknął dworzec autobusowy koło szpitala, droga z kostki bazaltowej wiodąca z Rozwadowa zakrętami przez Pławo aż do Niska. Nie ma też pustych przestrzeni wokół drewnianego kościółka pw. św. Floriana. Pasły się tam krowy i gęsi z pławskich gospodarstw. Warto wspomnieć, że ten drewniany kościół wybudowany został w 1802 roku we wsi Stany. Do Stalowej Woli trafił w 1943 roku, za czasów niemieckiej okupacji, staraniem ks. Jana Skoczyńskiego i za zgodą władz okupacyjnych. Niemcy wysiedlali w tamtym czasie pobliskie wioski, tworząc olbrzymi poligon wojskowy związany z rakietami V-1 i V-2. Niewielka świątynia musiała wystarczyć mieszkańcom rozrastającej się Stalowej Woli na długie lata… Od  bodaj 1952 roku, na skwerze przed sklepami dom dziecka i księgarnią – tam, gdzie teraz pomnik Eugeniusza Kwiatkowskiego – stał samolot  JAK-23. Na terenie Ligi Obrony Kraju była też wieża spadochronowa o wysokości 50 metrów, wybudowana w 1952 roku… Jej powstanie związane było z powstałym w 1950 roku Ośrodkiem Lotniczym, który w 1957 roku przekształcił się w Aeroklub Stalowa Wola. Musiała spadochronowa musiała zostać zdemontowana w latach 60-tych ubiegłego wieku, kiedy skoki spadochronowa można było wykonywać podczas szkoleń na lotnisku Aeroklubu Stalowa Wola w Turbii.

 Stalowa Wola w tamtych czasach jeszcze niewiele różniła się od tej, której rozwój wstrzymała II wojna światowa. Wielokrotnie wyobrażałem sobie, jak mogłoby wyglądać moje miasto, gdyby nie 1939 rok. Film Arciucha ułatwia to. Po jego obejrzeniu dostrzegamy, że pierwotny plan architektoniczny, miał zasadniczy wpływ na budownictwo powojenne do lat 60-tych XX wieku. Wydaje mi się, że dopiero okres „gierkowski” i późniejsze lata spowodowały zatarcie architektonicznego planu miasta, wręcz budowlany chaos, do efektów którego pomału się przyzwyczajamy… Bo Stalowa Wola ma swój charakter mimo wszystko!


     Podobnie pobliski Rozwadów, w którym w 1921 roku 66% ogółu obywateli stanowili mieszkańcy mojżeszowego wyznania, nabierał nowego gospodarczego rozpędu. Warto nadmienić, iż Stalowa Wola miała być nie tylko urbanistycznie uporządkowana. Jak pisze Dionizy Garbacz – choćby w najnowszej swej książce  „Żydzi w Rozwadowie i Stalowej Woli. Czas wojny i okupacji" – w nowo powstającym mieście mogli mieszkać i pracować tylko Polacy. Opowiadała mi kiedyś mama – wówczas Stanisława Kosierb, która składała egzaminy do stalowowolskiego gimnazjum w 1939 roku, że jej koleżanka nie została przyjęta do szkoły tylko dlatego, że była Ukrainką. Żydów do Stalowej Woli wprowadzili, jako pracowników z obozu pracy na Młodyniu, wprowadzili Niemcy… Czy to nie chichot historii?...

 

 W Rozwadowie już od 1939 roku zaczęły powstawać pierwsze domy pod wynajem mieszkań – choćby tzw. kamienica „generalska” zbudowana przez gen. Wacława Scaevolę-Wieczorkiewicza czy kamienica Krzemińskiego. Załamanie, jakie przyniosła wojna, wymiana ludności i wzrost dużego ośrodka przemysłowego w Stalowej Woli, Siarkopolu w Tarnobrzegu, zakładów mechanicznych w Gorzycach czy w Nisku, uniemożliwiły rozwój gospodarczy Rozwadowa, a jego włączenie do Stalowej Woli i rozwój budownictwa mieszkaniowego doprowadziły do zmarginalizowania miasteczka. Dopiero ostatnie lata przywracają życie miastu. Najpierw Muzeum Regionalne w pałacu Lubomirskich, potem Muzeum Alfonsa Karpińskiego w dawnym budynku sądu i w końcu dom kultury w dawnym Sokole, później klubie „Ronita”. Ostatnio natomiast dokonano rewitalizacji rozwadowskiego Rynku.

 Film został nagrodzony na Zamojskim Festiwalu Filmowym Spotkania z Historią w 2022 roku. Gratuluję i dziękuję Tadeuszowi Arciuchowi i Maciejowi Wojciechowskiemu za film!

Dokument prawdopodobnie można obejrzeć tu:

https://vod.tvp.pl/video/miasto-z-piaskow-i-serc-stalowa-wola,miasto-z-piaskow-i-serc-stalowa-wola,55296085

 

 


ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...