Do atelier rozwadowskiego
fotografa Bronisława Karakuły przy ul. Mickiewicza 9, wchodziło się z ulicy przez
ogródek pełen kwiatów. Pierwszą pracownię samodzielnie prowadził jednak w Nisku. Zanim został
fotografem, był w latach dwudziestych XX w. czeladnikiem u cukiernika w Leżajsku.
Wybuch wojny zastał go w Kamieniu, gdzie do spółki z panią Denderową prowadził
sklep, jak to na wsiach ze wszystkim. Zaopatrywali się w hurtowaniach żydowskich
w Rzeszowie. W czasie wojny wywieziony został na przymusowe roboty do Niemiec.
Pracował w Berlinie, gdzie zatrudniony był w ekipach sprzątających miasto po alianckich
nalotach. Zajmowali się też pochówkami zabitych w czasie nalotów Niemców. Uwolniony
w 1945 roku przez wojska amerykańskie, wyposażony w koce, żywność i ubrania,
wracał w rodzinne strony. To, co dostał od Amerykanów po drodze ukradli mu

Czy to był pierwszy zakład fotograficzny Bronisława Karakuły?

Na rowerku siedzi Leszek Karakuła.
Rosjanie.
Nigdy nie chciał o opowiadać o przeżyciach wojennych. Zatrzymał się w Nisku,
gdzie pracował u fotografa Kosmały. 18 lutego 1949 roku otrzymuje dyplom
mistrzowski. Mógł rozpocząć pracę samodzielnie. W początkach lat pięćdziesiątych
XX wieku przeniósł się do nieodległego Rozwadowa. Nie potrafię ustalić, czy w
domu, w którym zamieszkał istniał wcześniej zakład fotograficzny? Na zachowanej
fotografii widzimy szyld zakładu fotograficznego na niewielkim budynku za
domem, w którym mieszkali Karakułowie. Czy tam zaczynał swą pracę fotograf
Bronisłąw Karakuła w Rozwadowie? Jacek – syn fotografa, opowiadał, że pamięta jak
przez mgłę, rozbiórkę tamtej przybudówki, jakieś porozrzucane klisze
fotograficzne... Na drugim zdjęciu widzimy już szyld zakładu fotograficznego – „Fotograf.
Br. Karakuła” – umieszczony na fasadzie budynku od głównej ulicy. Jacek
twierdzi, że zdjęcie pochodzi sprzed roku 1960, bo potem pan Karakuła zmuszony
został warunkami finansowymi do
przystąpienia do Spółdzielni Zakładów
Wielobranżowych. Na tym zdjęciu rozpoznany został najmłodszy z rodzeństwa
Bronisław Karakuła
Karakułów – siedzący na rowerku Leszek. Oficjalnie zakład fotograficzny Bronisława Karakuły istniał do 1974 roku, ale z aparatem fotograficznym nie rozstawał się do śmierci w 1986 roku. Fotografował się u niego cały Rozwadów, uwieczniał też na kliszach różne imprezy okolicznościowe – śluby, komunie święte, pogrzeby, różne wydarzenia kościelne. Parafia rozwadowska zamawiała u niego zaproszenia na różne jubileusze, które powielał w formie fotografii. Do robienia zdjęć w plenerze używał kilku małoobrazkowych aparatów fotograficznych, rosyjskie – Zorkę, którą uważał za najlepszy aparat i Kijew, oraz niemiecką Exactę. Sporadycznie korzystał też z plenerowego, mało wygodnego, wielkoobrazkowego aparatu na statywie – niemieckiej Leici.
Wąską ścieżką, między kwietnymi
grządkami docierało się do drzwi dość obszernego budynku. Gdy otwierało się
drzwi, natychmiast rozlegał się dźwięk dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami.
Wchodziło się do olbrzymiego pokoju podzielonego ściankami działowymi. Pierwsza
ściana tworzyła swoisty korytarz, w którym znajdowała się garderoba i poczekalnia
z chyba kilkoma krzesłami. Ograniczona była potężnym biurkiem, poza które bez
zaproszenia raczej nie należało wchodzić. W biurku czekały na klientów odbitki
zdjęć, włożone do niebieskich kopert po 5 gr i opisane nazwiskiem. Na biurku
stała gilotyna z ząbkowanym ostrzem służąca do obcinania krawędzi zdjęć. Kiedyś
chciałem sprawdzić jak to działa i wsunąłem pod gilotynę skórzaną rękawicę –
była zima… I ciach!... Ku memu przerażeniu (co powiem mamie?!) powstała owalna
ząbkowana dziura… W tej garderobie stał wieszak, w kącie na ścianie wisiało
lustro, by przyczesać rozwichrzone włosy, przypudrować nos albo poprawić
makijaż. Na ścianie wisiały antyramy z ponumerowanymi czarno-białymi zdjęciami
popularnych aktorów i piosenkarzy, które za kilka złotych kupowaliśmy, by potem
wkleić do zeszytu z aktorkami i aktorami… Wtedy nie było kolorowych pism, a te
które można było kupić w kioskach, dostępne były jedynie stałym prenumeratorom,
szczęśliwcom posiadającym „teczki” w kioskach… Tak więc kupowało się u pana
Karakuły zdjęcia bohaterów serialu „Bonanza” – Bena, Adama, Hossa i Little Johna
Cartwright’ów,
Paweł Tokarz z siostrą Małgosią, 1967 r.
Winnetou czy seksownej Brigitte Bardot albo Sofii Loren, ale
i bohaterów serialu „Czterej pancerni i pies”… Gdy podało się numery zdjęć, pan
Karakuła wyjmował opasłe pudło ze zdjęciami oddzielonymi numerkami i wyjmował
te, o które prosiliśmy… Wtedy była też moda na noszenie niewielkich lusterek
kieszonkowych z jakąś – najlepiej seksowną aktorką – na rewersie. Kupowało się
takie najczęściej u Tabora lub Wojciechowskiego. Gdy przyszło się zrobić
fotografię, pan
Karakuła kazał się przygotować, czyli poprawić kołnierzyk
koszuli, krawat, albo przyczesać włosy. Sam w tym czasie przygotowywał studio.
Zapalał oświetlenie, ustawiał wielki, na statywie, aparat fotograficzny,
niemiecka Leica, ustawiał rekwizyty do zdjęcia – jeśli była taka potrzeba… Miał
na zapleczu postumencik, o który można się było wesprzeć, albo postawić wazonik
z kwiatami na ręcznie wykonanej serwecie… Był też klęcznik – w końcu wiosna,
czas komunii świętych, wtedy prawdziwe żniwa dla fotografów! Na parapetach
okien w donicach rosły hortensje, którymi zdobił klęcznik. Najprostsze były
zdjęcia do legitymacji szkolnych, dowodów osobistych, wówczas nieczęsto do
paszportów… Sadzał na okrągłym taborecie z regulowaną wysokością siedziska,
ustawiał właściwy profil, prosił by się nie ruszać i nie mrugać, gdy będzie
robił zdjęcie. Sam szedł za aparat, nakrywał się czarnym materiałem, na matówce
ustawiał kadr i ostrość. Wkładał do aparatu kasetę z kliszą… Te najstarsze,
jakie pamiętam, wykonane były ze szkła, późniejsze już na podłożu z tworzywa
sztucznego. Po wyjęciu kasety naświetlał film i ponownie wsuwał kasetę, która
tym razem zabezpieczała film z utrwalonym obrazem. Kolejna wizyta wiązała się z
odbiorem zamówionych fotografii. Trzecią część pomieszczenia stanowiła
wyodrębniona ciemnia fotograficzna oraz miejsce pracy pani Krysi Litwin –
retuszerki. Mieszkała w „sztauferówce” koło Sokoła, zaprzyjaźniona z
mieszkającymi tam paniami Nowak i Sztaufer... Pani Krysia była samotną kobietą, taką
| Sztauferówka, fot. Paweł Tokarz (2023 r.) |
![]() |
| Ręcznie kolorowane przez Krystynę Litwin zdjęcie wykonane przez Bronisława Karakułę. Na fotografii mama Pawła Tokarza, Krystyna Dominik. |
w tamtych czasach pamiętnikach, w których wzajemnie się wpisywaliśmy… Wielokrotnie zastanawiałem się, jak ona na nim siadała? Na biurku stało dziwne urządzenie. Ostra żarówka podświetlała od spodu matowe szkło, na którym umieszczano negatyw portretowego zdjęcia. Ten negatyw był uszlachetniany
![]() |
| Państwo Dominikowie, fot. Bronisław Karakuła |
przez panią Krysię ostrymi i twardymi ołówkami, albo cieniutkimi pędzelkami, którym nanosiła delikatne kreski bądź plamki podkreślające brwi, albo cieniowanie twarzy. Takie uszlachetnianie zdjęć było zakazane przy fotografiach do dokumentów. Kiedy duży format został wyeliminowany przez filmy małoobrazkowe, retuszowanie negatywów przestało mieć rację bytu. Dzisiaj, jeśli retuszuje się zdjęcia, to za pomocą programów komputerowych… Kolorowała też czarno-białe fotografie. Efekt jej pracy widzimy na kolorowanej fotografii udostępnionej przez Pawła Tokarza – fotograficznego dokumentalistę współczesnego Rozwadowa.
![]() |
| Bronisław Karakuła |
Gdy pani Krysia przeszła na emeryturę, jej biurko przejął mój przyjaciel Jacek, syn pana Bronisława. Jacek niestety nie odziedziczył zainteresowań fotograficznych. Był fascynatem wkraczającej elektroniki. Szuflady biurka wypełnione były kondensatorami, opornikami, tranzystorami, różnymi urządzeniami pomiarowymi i najważniejszym – kolbą lutownicy. Pamiętam, jak Jacek skonstruował nadajnik radiowy, a my z Piotrkiem Tarczyńskim, chodziliśmy zafascynowani po okolicy z radiem tranzystorowym „Koliber”, badając zasięg jackowego nadajnika. Jacek nadawał wtedy nasz ulubiony przebój „Yellow River” w wykonaniu zespołu Christie. Nadajnik nie posiadał żadnych filtrów. Nadawany sygnał przebijał się u sąsiadów przez programy radiowe i telewizyjne! Zewsząd można było słyszeć „Yellow River”… Dla nas była to super zabawa, ale gdyby ktoś doniósł na milicję, albo sygnał radiowy odebrał przejeżdżający radiowóz… Oj, byłyby nie lada problemy, a zważywszy na czasy komuny, bylibyśmy pod baczną obserwacją bezpieki przez długie lata!
Niestety, pracownia fotograficzna Bronisława Karakuły nie zachowała się. W 1985 roku, w niedzielę w domu Karakułów przybiegł Andrzej Pasiciel, któremu z trudem udało się dostukać do Karakułów. Gdy pan Bronisław w końcu otworzył drzwi, Pasiciel wykrzyczał:
– Panie Karakuła, palicie się!
– Panie Andrzeju, co pan opowiada…– rzekł flegmatycznie i spojrzał na niego z politowaniem.
Wtedy płonął już cały dach. Straż pożarna płonący dom ugasiła sprawnie, ale spływająca woda zniszczyła znaczne zasoby klisz i fotografii. To, co zostało uratowane, siostra Jacka – Barbara, przekazała do zbiorów Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli. Wykonane przez Bronisława Karakułę fotografie prezentowane już były na różnych wystawach poświęconych przeszłości Rozwadowa. Bronisław Karakuła, urodzony 2 grudnia 1908 roku w Wólce Grodziskiej koło Leżajska, po pożarze rozchorował się, i już nigdy nie wrócił do zdrowia. Zmarł Rozwadowie 14 września 1986 roku.

Dyplom Mistrzowski Bronisława Karakuły z 1949 roku
Prezentowane fotografie pochodzą ze zbiorów rodziny Karakułów – dziękuję Basiu i Jacku – oraz Pawła Tokarza – wytrawnego dokumentalisty współczesnego Rozwadowa i kolekcjonera starych rozwadowskich fotografii. Panie Pawle, bardzo dziękuję za ich udostępnienie.

Pani Krystyna Dominik - mama Pawła Tokarza - przy fortepianie, fot. B. Karakuła

Rodzina Kasprowiczów po niedzielnej mszy, lata 60-te XX w., fot. B. Karakuła, kolorował P. Tokarz

Córki państwa Dominików, fot. B. Karakuła, koloryzował P. Tokarz.
![]() |
| Na zamówienie parafii powielał fotograficzne zaproszenia a także kartki świąteczne |






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz