czwartek, 30 marca 2023

Magiczne miejsce. Fotograf


Do atelier rozwadowskiego fotografa Bronisława Karakuły przy ul. Mickiewicza 9, wchodziło się z ulicy przez ogródek pełen kwiatów. Pierwszą pracownię samodzielnie  prowadził jednak w Nisku. Zanim został fotografem, był w latach dwudziestych XX w. czeladnikiem u cukiernika w Leżajsku. Wybuch wojny zastał go w Kamieniu, gdzie do spółki z panią Denderową prowadził sklep, jak to na wsiach ze wszystkim. Zaopatrywali się w hurtowaniach żydowskich w Rzeszowie. W czasie wojny wywieziony został na przymusowe roboty do Niemiec. Pracował w Berlinie, gdzie zatrudniony był w ekipach sprzątających miasto po alianckich nalotach. Zajmowali się też pochówkami zabitych w czasie nalotów Niemców. Uwolniony w 1945 roku przez wojska amerykańskie, wyposażony w koce, żywność i ubrania, wracał w rodzinne strony. To, co dostał od Amerykanów po drodze ukradli mu


Czy to był pierwszy zakład fotograficzny Bronisława Karakuły?

Na rowerku siedzi Leszek Karakuła.

Rosjanie. Nigdy nie chciał o opowiadać o przeżyciach wojennych. Zatrzymał się w Nisku, gdzie pracował u fotografa Kosmały. 18 lutego 1949 roku otrzymuje dyplom mistrzowski. Mógł rozpocząć pracę samodzielnie. W początkach lat pięćdziesiątych XX wieku przeniósł się do nieodległego Rozwadowa. Nie potrafię ustalić, czy w domu, w którym zamieszkał istniał wcześniej zakład fotograficzny? Na zachowanej fotografii widzimy szyld zakładu fotograficznego na niewielkim budynku za domem, w którym mieszkali Karakułowie. Czy tam zaczynał swą pracę fotograf Bronisłąw Karakuła w Rozwadowie? Jacek – syn fotografa, opowiadał, że pamięta jak przez mgłę, rozbiórkę tamtej przybudówki, jakieś porozrzucane klisze fotograficzne... Na drugim zdjęciu widzimy już szyld zakładu fotograficznego – „Fotograf. Br. Karakuła” – umieszczony na fasadzie budynku od głównej ulicy. Jacek twierdzi, że zdjęcie pochodzi sprzed roku 1960, bo potem pan Karakuła zmuszony został warunkami finansowymi do

przystąpienia do Spółdzielni Zakładów Wielobranżowych. Na tym zdjęciu rozpoznany został najmłodszy z rodzeństwa

Bronisław Karakuła

Karakułów – siedzący na rowerku Leszek. Oficjalnie zakład fotograficzny Bronisława Karakuły istniał do 1974 roku, ale z aparatem fotograficznym nie rozstawał się do śmierci w 1986 roku. Fotografował się u niego cały Rozwadów, uwieczniał też na kliszach różne imprezy okolicznościowe – śluby, komunie święte, pogrzeby, różne wydarzenia kościelne. Parafia rozwadowska zamawiała u niego zaproszenia na różne jubileusze, które powielał w formie fotografii. Do robienia zdjęć w plenerze używał kilku małoobrazkowych aparatów fotograficznych, rosyjskie – Zorkę, którą uważał za najlepszy aparat i Kijew, oraz niemiecką Exactę. Sporadycznie korzystał też z plenerowego, mało wygodnego, wielkoobrazkowego aparatu na statywie – niemieckiej Leici.

Wąską ścieżką, między kwietnymi grządkami docierało się do drzwi dość obszernego budynku. Gdy otwierało się drzwi, natychmiast rozlegał się dźwięk dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami. Wchodziło się do olbrzymiego pokoju podzielonego ściankami działowymi. Pierwsza ściana tworzyła swoisty korytarz, w którym znajdowała się garderoba i poczekalnia z chyba kilkoma krzesłami. Ograniczona była potężnym biurkiem, poza które bez zaproszenia raczej nie należało wchodzić. W biurku czekały na klientów odbitki zdjęć, włożone do niebieskich kopert po 5 gr i opisane nazwiskiem. Na biurku stała gilotyna z ząbkowanym ostrzem służąca do obcinania krawędzi zdjęć. Kiedyś chciałem sprawdzić jak to działa i wsunąłem pod gilotynę skórzaną rękawicę – była zima… I ciach!... Ku memu przerażeniu (co powiem mamie?!) powstała owalna ząbkowana dziura… W tej garderobie stał wieszak, w kącie na ścianie wisiało lustro, by przyczesać rozwichrzone włosy, przypudrować nos albo poprawić makijaż. Na ścianie wisiały antyramy z ponumerowanymi czarno-białymi zdjęciami popularnych aktorów i piosenkarzy, które za kilka złotych kupowaliśmy, by potem wkleić do zeszytu z aktorkami i aktorami… Wtedy nie było kolorowych pism, a te które można było kupić w kioskach, dostępne były jedynie stałym prenumeratorom, szczęśliwcom posiadającym „teczki” w kioskach… Tak więc kupowało się u pana Karakuły zdjęcia bohaterów serialu „Bonanza” – Bena, Adama, Hossa i Little Johna

Paweł Tokarz z siostrą Małgosią, 1967 r.
Cartwright’ów, Winnetou czy seksownej Brigitte Bardot albo Sofii Loren, ale i bohaterów serialu „Czterej pancerni i pies”… Gdy podało się numery zdjęć, pan Karakuła wyjmował opasłe pudło ze zdjęciami oddzielonymi numerkami i wyjmował te, o które prosiliśmy… Wtedy była też moda na noszenie niewielkich lusterek kieszonkowych z jakąś – najlepiej seksowną aktorką – na rewersie. Kupowało się takie najczęściej u Tabora lub Wojciechowskiego. Gdy przyszło się zrobić fotografię, pan Karakuła kazał się przygotować, czyli poprawić kołnierzyk koszuli, krawat, albo przyczesać włosy. Sam w tym czasie przygotowywał studio. Zapalał oświetlenie, ustawiał wielki, na statywie, aparat fotograficzny, niemiecka Leica, ustawiał rekwizyty do zdjęcia – jeśli była taka potrzeba… Miał na zapleczu postumencik, o który można się było wesprzeć, albo postawić wazonik z kwiatami na ręcznie wykonanej serwecie… Był też klęcznik – w końcu wiosna, czas komunii świętych, wtedy prawdziwe żniwa dla fotografów! Na parapetach okien w donicach rosły hortensje, którymi zdobił klęcznik. Najprostsze były zdjęcia do legitymacji szkolnych, dowodów osobistych, wówczas nieczęsto do paszportów… Sadzał na okrągłym taborecie z regulowaną wysokością siedziska, ustawiał właściwy profil, prosił by się nie ruszać i nie mrugać, gdy będzie robił zdjęcie. Sam szedł za aparat, nakrywał się czarnym materiałem, na matówce ustawiał kadr i ostrość. Wkładał do aparatu kasetę z kliszą… Te najstarsze, jakie pamiętam, wykonane były ze szkła, późniejsze już na podłożu z tworzywa sztucznego. Po wyjęciu kasety naświetlał film i ponownie wsuwał kasetę, która tym razem zabezpieczała film z utrwalonym obrazem. Kolejna wizyta wiązała się z odbiorem zamówionych fotografii. Trzecią część pomieszczenia stanowiła wyodrębniona ciemnia fotograficzna oraz miejsce pracy pani Krysi Litwin – retuszerki. Mieszkała w „sztauferówce” koło Sokoła, zaprzyjaźniona z mieszkającymi tam paniami Nowak i Sztaufer... Pani Krysia była samotną kobietą, taką

Sztauferówka, fot. Paweł Tokarz (2023 r.)
malutką i drobniutką, że można by powiedzieć o niej – karzełek. Siedziała przy biurku na bardzo wysokim krześle. Była plastycznie uzdolniona. W Warszawie, skąd pochodziła, skończyła szkołę fotografii i retuszu. W Rozwadowie mieszkał jej brat – Stefan Litwin, który przed wojną znalazł pracę w parowozowni. Skończył szkołę kolejową we Lwowie. W 1939 roku pani Krysia przyjechała do niego na wakacje. W Rozwadowie zastał ją wybuch wojny. Uciekała na wschód. Pani Karakułowa, pochodząca zza Sanu, z Jastkowic, wspominała, że pamiętała ją z września 1939 roku, gdy przechodziła przez podwórko domu jej rodziców. Szybko wróciła wtedy do Rozwadowa, gdzie pozostała do końca. Jej brat był naczelnikiem parowozowni, w końcu awansował w latach sześćdziesiątych XX w. do Dyrekcji Okręgowej Kolei Polskich w Lublinie, gdzie zamieszkał z rodziną. A pani Krysia zatrudniła się w pracowni Karakuły i pracowała u niego do emerytury. Zmarła w 1970 roku, trzy dni przed  śmiercią brat zabrał ją do szpitala w Lublinie. Tam też została pochowana. Wykonywała różne laurki dla nauczycielek w szkole, ale też rysunki w tak modnych
Ręcznie kolorowane przez Krystynę Litwin zdjęcie wykonane przez Bronisława Karakułę. Na fotografii mama Pawła Tokarza, Krystyna Dominik.

w tamtych czasach pamiętnikach, w których wzajemnie się wpisywaliśmy… Wielokrotnie zastanawiałem się, jak ona na nim siadała? Na biurku stało dziwne urządzenie. Ostra żarówka podświetlała od spodu matowe szkło, na którym umieszczano negatyw portretowego zdjęcia. Ten negatyw był uszlachetniany
Państwo Dominikowie, fot. Bronisław Karakuła

przez panią Krysię ostrymi i twardymi ołówkami, albo cieniutkimi pędzelkami, którym nanosiła delikatne kreski bądź plamki podkreślające brwi, albo cieniowanie twarzy. Takie uszlachetnianie zdjęć było zakazane przy fotografiach do dokumentów. Kiedy duży format został wyeliminowany przez filmy małoobrazkowe, retuszowanie negatywów przestało mieć rację bytu. Dzisiaj, jeśli retuszuje się zdjęcia, to za pomocą programów komputerowych… Kolorowała też czarno-białe fotografie. Efekt jej pracy widzimy na kolorowanej fotografii udostępnionej przez Pawła Tokarza – fotograficznego dokumentalistę współczesnego Rozwadowa. 
Bronisław Karakuła

Gdy pani Krysia przeszła na emeryturę, jej biurko przejął mój przyjaciel Jacek, syn pana Bronisława. Jacek niestety nie odziedziczył zainteresowań fotograficznych. Był fascynatem wkraczającej elektroniki. Szuflady biurka wypełnione były kondensatorami, opornikami, tranzystorami, różnymi urządzeniami pomiarowymi i najważniejszym – kolbą lutownicy. Pamiętam, jak Jacek skonstruował nadajnik radiowy, a my z Piotrkiem Tarczyńskim, chodziliśmy zafascynowani po okolicy z radiem tranzystorowym „Koliber”, badając zasięg jackowego nadajnika. Jacek nadawał wtedy nasz ulubiony przebój „Yellow River” w wykonaniu zespołu Christie. Nadajnik nie posiadał żadnych filtrów. Nadawany sygnał przebijał się u sąsiadów przez programy radiowe i telewizyjne! Zewsząd można było słyszeć „Yellow River”… Dla nas była to super zabawa, ale gdyby ktoś doniósł na milicję, albo sygnał radiowy odebrał przejeżdżający radiowóz… Oj, byłyby nie lada problemy, a zważywszy na czasy komuny, bylibyśmy pod baczną obserwacją bezpieki przez długie lata!

Niestety, pracownia fotograficzna Bronisława Karakuły nie zachowała się. W 1985 roku, w niedzielę w domu Karakułów przybiegł Andrzej Pasiciel, któremu z trudem udało się dostukać do Karakułów. Gdy pan Bronisław w końcu otworzył drzwi, Pasiciel wykrzyczał:

– Panie Karakuła, palicie się!

– Panie Andrzeju, co pan opowiada…– rzekł flegmatycznie i spojrzał na niego z politowaniem.

Wtedy płonął już cały dach. Straż pożarna płonący dom ugasiła sprawnie, ale spływająca woda zniszczyła znaczne zasoby klisz i fotografii. To, co zostało uratowane, siostra Jacka – Barbara, przekazała do zbiorów Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli. Wykonane przez Bronisława Karakułę fotografie prezentowane już były na różnych wystawach poświęconych przeszłości Rozwadowa. Bronisław Karakuła, urodzony 2 grudnia 1908 roku w Wólce Grodziskiej koło Leżajska, po pożarze rozchorował się, i już nigdy nie wrócił do zdrowia. Zmarł Rozwadowie 14 września 1986 roku. 

Dyplom Mistrzowski Bronisława Karakuły z 1949 roku

 

Prezentowane fotografie pochodzą ze zbiorów rodziny Karakułów – dziękuję Basiu i Jacku – oraz Pawła Tokarza – wytrawnego dokumentalisty współczesnego Rozwadowa i kolekcjonera starych rozwadowskich fotografii. Panie Pawle, bardzo dziękuję za ich udostępnienie. 

Pani Krystyna Dominik - mama Pawła Tokarza - przy fortepianie, fot. B. Karakuła

 

 

Rodzina Kasprowiczów po niedzielnej mszy, lata 60-te XX w., fot. B. Karakuła, kolorował P. Tokarz

 

Córki państwa Dominików, fot. B. Karakuła, koloryzował P. Tokarz.

 

Na zamówienie parafii powielał fotograficzne zaproszenia a także kartki świąteczne

 


 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...