piątek, 9 września 2022

 

Sosnowe miasto…

 

     Z zainteresowaniem obejrzałem kiedyś film „Miasto z piasku i serc. Stalowa Wola”, którego reżyserem jest Tadeusz Arciuch. Stalowa Wola, nolens volens, po wchłonięciu w latach 70. XX wieku miasteczka Rozwadów, stała się moim rodzinnym miastem. Tam skończyłem Liceum Ogólnokształcące im. Komisji Edukacji Narodowej nr 44, a Tadeusz Arciuch był moim kolegą ze szkolnej ławy, z klasy I A. Naszą wychowawczynią była pani prof. Ludmiła Kuczek – matematyczka. Uczniowie nazywali ją „Babcia”. Była delikatnej postury, drobną, dobroduszną kobietą, przed spojrzeniem której topnieli najwięksi zarozumialcy i twardziele, a takich w naszym liceum nie brakowało… 

Pamiętam pewną lekcję. „Babcia” sprawdzała zeszyty z zadaniem domowym. Mieliśmy zaznaczyć jakieś zbiory, ich wspólne części, a wszystko trzeba było wykazać poprzez zamalowanie powierzchni zbiorów kolorami… Tadeusz wybrał dla jednego zbioru kolor żółty, dla drugiego jasno zielony… Pani profesor nie zdzierżyła tego! Nie mogła zrozumieć, jak można było tak dobrać kolory! Żółty z zielonym podziałał na nią jak czerwona płachta na byka! Nie pomogły żadne tłumaczenia, że tylko takie kredki miał. W końcu zdesperowana powiedziała:

­– Nooou,  Arciuch… – stanowczy ton nie znoszący sprzeciwu nie wróżył nic dobrego. Jej „no” brzmiało, trochę przeciągle,  jak „nuuu…” – na jutro zamalujesz cały zeszyt, jedna kartka na żółto, druga na zielono! Żebyś już nigdy nie dobierał takich kolorów!

Nasze drogi się rozeszły. On po pierwszej klasie wyjechał do Warszawy, ja po maturze trafiłem do Krakowa, gdzie na dobre utknąłem… Po kilkudziesięciu latach, przez zupełny przypadek, spotkaliśmy się dzięki Maciejowi Wojciechowskiemu, który współpracuje przy realizacji dokumentalnych filmów z Tadeuszem.

Film „Miasto z piasku i serc. Stalowa Wola” jest dokumentem, jaki powstał przy okazji 82. rocznicy poświęcenia Zakładów Południowych w Stalowej Woli – dumy II Rzeczypospolitej. Perły w koronie Centralnego Okręgu Przemysłowego. Krótko cieszono się prawdziwym sukcesem, bo wybuch wojny spowodował, że Stalowa Wola szybko zaczęła dozbrajać wojsko niemieckie… A najważniejszy plac miejski w naszym mieście, plac Wolności, nazwany został Adolf Hitler Platz.


 Z wielką przyjemnością i prawdziwym zainteresowaniem oglądałem film Arciucha. Z rozrzewnieniem słuchałem opowieści o starej Stalowej Woli znanych mi Anny i Dionizego Garbaczów, nieżyjącego już Marka Wiatrowicza oraz mieszkańców miasta Barbary Sceliny, Marian Batora, Mieczysław Skibiński, Grażyna Wojtasik-Wiech, Irena Szatmari, Barbary Augustyńskiej, Władysława Szurka,   . Fragmenty starych filmów dokumentalnych, ożywione archiwalne fotografie oraz animacje komputerowe pokazujące jak mogłaby wyglądać Stalowa Wola, gdyby nie wrzesień 1939 roku. Racjonalny ład urbanistyczny porządkował wszystko nie tylko na desce projektowej architektów. Dzielnice robotnicza, urzędnicza i dyrektorska do dzisiaj kształtują krajobraz „starej” Stalowej Woli, mimo iż różni współcześni budowniczowie usiłują wepchnąć w wolne przestrzenie swe – najczęściej nieudane – pomysły architektoniczne. Dzisiaj nikt nie uwierzy, że przestrzeń między Rozwadowem a wioską Pławo, której relikty jeszcze zauważymy wśród nowych budynków Stalowej Woli wraz z zakładami przemysłowymi, porastał las – taki sam jak za Stalową Wolą, gdy jedziemy w kierunku Tarnobrzega lub Przyszowa… Po Pławie – średniowiecznej jeszcze osadzie flisackiej – prawie śladu już nie ma… A to właśnie w chłopskich chatach mieszkali pierwsi budowniczowie Stalowej Woli. Obraz tamtych czasów, które dla miejscowej ludności wnosiły nowe wartości i możliwości, świetnie opisał Melchior Wańkowicz w książce „Sztafeta” – zbiorze reportaży z wędrówki dziennikarskiej po powstającym Centralnym Okręgu Przemysłowym.

Siostra mojej babci – Marta Moskal – tuż przed wybuchem wojny rozpoczęła pracę w stalowowolskich Zakładach Południowych jako laborantka w pracowni dra Juliusza Pizło, który przybył do Stalowej Woli ze Śląska. Wraz z żoną Zofią byli admiratorami tenisa ziemnego, dlatego też przyłożyli się do powstania stalowowolskich kortów tenisowych. Ciocia Marta bardzo dobrze wspominała współpracę z drem Pizło. W czasie okupacji niemieckiej nie podjęła jednak pracy, a po wojnie – mimo iż ją zachęcano do powrotu do zakładów – stwierdziła, że „na ciubaryków” nie będzie pracowała… Stalowa Wola i Rozwadów spod okupacji niemieckiej wyzwolone zostały 1 sierpnia 1944 roku przez wojska rosyjskie. Wtedy, w czasie walk spłonął rozwadowski ratusz. Rosjanie złą sławą zapisali się w tych stronach już w czasie I wojny światowej. Spalony w 1915 roku Rozwadów i pałac Lubomirskich w pobliskich Charzewicach to ich dzieło. Już wtedy, w tych okolicach wobec Rosjan używano pejoratywnego określenia „ciubaryki”. Potwierdzała to też w swych opowieściach babcia Monika Kosierbowa – druga żona mojego dziadka, która doskonale pamiętała czasy I wojny światowej i kiedy wspominała je, wrzeszczała:

– Ślaga! Te śmierdzące ciubaryki!… – babcia nigdy nie przebierała w słowach…


Opis zniszczeń tych okolic z tamtych czasów pozostawił Jan Wiktor, który po przejściu frontu podróżował z Krakowa do rodzinnego Radomyśla nad Sanem.

Przypominam sobie wizytę w Stalowej Woli Barbary Wachowicz (1939-2018), „pisarki losu polskiego”, autorki biografii znanych Polaków, wielkiej admiratorki Tadeusza Kościuszki, którego amerykańskimi śladami powędrowała jako pierwsza polska dziennikarka. Efektem tej podróży była popularna, wielokrotnie wznawiana książka „Nazwę Cię Kościuszko” oraz wędrująca po Polsce wystawa fotograficzna jej autorstwa o tym samym tytule. Przyjechała na zaproszenie Zespołu Szkół Budowlanych im. Tadeusza Kościuszki przy ul. 1 Sierpnia. Nie mogła się nadziwić, że nasze miasto, jeszcze za czasów komuny, tak pięknie potrafiło uczcić Powstanie Warszawskie, wszak jedna z ważniejszych stalowowolskich ulic nosiła miano 1 Sierpnia… Musiałem ją wyprowadzić z błędu…

– A ja taka naiwna… – podsumowała.

Wędruję czasem po Stalowej Woli i odtwarzam w pamięci miejsca, których już nie ma. Prawie wszystko się zmieniło. Zniknął dworzec autobusowy koło szpitala, droga z kostki bazaltowej wiodąca z Rozwadowa zakrętami przez Pławo aż do Niska. Nie ma też pustych przestrzeni wokół drewnianego kościółka pw. św. Floriana. Pasły się tam krowy i gęsi z pławskich gospodarstw. Warto wspomnieć, że ten drewniany kościół wybudowany został w 1802 roku we wsi Stany. Do Stalowej Woli trafił w 1943 roku, za czasów niemieckiej okupacji, staraniem ks. Jana Skoczyńskiego i za zgodą władz okupacyjnych. Niemcy wysiedlali w tamtym czasie pobliskie wioski, tworząc olbrzymi poligon wojskowy związany z rakietami V-1 i V-2. Niewielka świątynia musiała wystarczyć mieszkańcom rozrastającej się Stalowej Woli na długie lata… Od  bodaj 1952 roku, na skwerze przed sklepami dom dziecka i księgarnią – tam, gdzie teraz pomnik Eugeniusza Kwiatkowskiego – stał samolot  JAK-23. Na terenie Ligi Obrony Kraju była też wieża spadochronowa o wysokości 50 metrów, wybudowana w 1952 roku… Jej powstanie związane było z powstałym w 1950 roku Ośrodkiem Lotniczym, który w 1957 roku przekształcił się w Aeroklub Stalowa Wola. Musiała spadochronowa musiała zostać zdemontowana w latach 60-tych ubiegłego wieku, kiedy skoki spadochronowa można było wykonywać podczas szkoleń na lotnisku Aeroklubu Stalowa Wola w Turbii.

 Stalowa Wola w tamtych czasach jeszcze niewiele różniła się od tej, której rozwój wstrzymała II wojna światowa. Wielokrotnie wyobrażałem sobie, jak mogłoby wyglądać moje miasto, gdyby nie 1939 rok. Film Arciucha ułatwia to. Po jego obejrzeniu dostrzegamy, że pierwotny plan architektoniczny, miał zasadniczy wpływ na budownictwo powojenne do lat 60-tych XX wieku. Wydaje mi się, że dopiero okres „gierkowski” i późniejsze lata spowodowały zatarcie architektonicznego planu miasta, wręcz budowlany chaos, do efektów którego pomału się przyzwyczajamy… Bo Stalowa Wola ma swój charakter mimo wszystko!


     Podobnie pobliski Rozwadów, w którym w 1921 roku 66% ogółu obywateli stanowili mieszkańcy mojżeszowego wyznania, nabierał nowego gospodarczego rozpędu. Warto nadmienić, iż Stalowa Wola miała być nie tylko urbanistycznie uporządkowana. Jak pisze Dionizy Garbacz – choćby w najnowszej swej książce  „Żydzi w Rozwadowie i Stalowej Woli. Czas wojny i okupacji" – w nowo powstającym mieście mogli mieszkać i pracować tylko Polacy. Opowiadała mi kiedyś mama – wówczas Stanisława Kosierb, która składała egzaminy do stalowowolskiego gimnazjum w 1939 roku, że jej koleżanka nie została przyjęta do szkoły tylko dlatego, że była Ukrainką. Żydów do Stalowej Woli wprowadzili, jako pracowników z obozu pracy na Młodyniu, wprowadzili Niemcy… Czy to nie chichot historii?...

 

 W Rozwadowie już od 1939 roku zaczęły powstawać pierwsze domy pod wynajem mieszkań – choćby tzw. kamienica „generalska” zbudowana przez gen. Wacława Scaevolę-Wieczorkiewicza czy kamienica Krzemińskiego. Załamanie, jakie przyniosła wojna, wymiana ludności i wzrost dużego ośrodka przemysłowego w Stalowej Woli, Siarkopolu w Tarnobrzegu, zakładów mechanicznych w Gorzycach czy w Nisku, uniemożliwiły rozwój gospodarczy Rozwadowa, a jego włączenie do Stalowej Woli i rozwój budownictwa mieszkaniowego doprowadziły do zmarginalizowania miasteczka. Dopiero ostatnie lata przywracają życie miastu. Najpierw Muzeum Regionalne w pałacu Lubomirskich, potem Muzeum Alfonsa Karpińskiego w dawnym budynku sądu i w końcu dom kultury w dawnym Sokole, później klubie „Ronita”. Ostatnio natomiast dokonano rewitalizacji rozwadowskiego Rynku.

 Film został nagrodzony na Zamojskim Festiwalu Filmowym Spotkania z Historią w 2022 roku. Gratuluję i dziękuję Tadeuszowi Arciuchowi i Maciejowi Wojciechowskiemu za film!

Dokument prawdopodobnie można obejrzeć tu:

https://vod.tvp.pl/video/miasto-z-piaskow-i-serc-stalowa-wola,miasto-z-piaskow-i-serc-stalowa-wola,55296085

 

 


poniedziałek, 4 lipca 2022

 

Kierunek Wiślica!

Niedziela, 3 lipca 2022 roku, zapowiadała się interesująco. Wyprawa do Wiślicy!

Pojechałem tam nie pierwszy raz. Jako uczeń szkoły podstawowej rozczytywałem się w „Słowiańskim rodowodzie” Pawła Jasienicy. A w latach 70-tych XX wieku, już jako zdecydowany studiować archeologię, udało mi się tam w końcu dotrzeć. Namówiłem rodziców, że koniecznie trzeba jechać na wycieczkę do Wiślicy…

– Do Wiślicy? – zapytał tato Adam podejrzliwie.

Rodzice nieufni mym zainteresowaniom, dali się jednak namówić, stwierdziwszy, po spojrzeniu na mapę, że po drodze będzie Busko Zdrój – miejsce westchnień wracających stamtąd kuracjuszy… Codzienne życie kuracjuszy Buska Zdrój i innych zdrojowisk to zupełnie inny temat… Pojechaliśmy zatem w słoneczną niedzielę naszą białą syrenką 104, numer rejestracyjny RT-1930… Rejestrację pamiętam do dziś, wszak to był nasz pierwszy wymarzony samochód, którym przemierzyliśmy Polskę wzdłuż i wszerz, o NRD nie wspominając. W skład ekipy, oprócz mnie i taty – jako kierowcy, weszli mama Stanisława, siostra Anna i Grażyna Walczak – wnuczka doktora Romana Szanka, naszego sąsiada z pierwszego piętra. Był lekarzem pediatrą w naszym ośrodku zdrowia. Grażyna przyjeżdżała na miesiąc wakacji do Rozwadowa z Wrocławia. W Wiślicy obejrzeliśmy kościół, na
grodzisko – idąc na przełaj przez pola dotarłem sam, bo towarzystwo ubrane było na deptak buski, a nie wędrówki po polnych drogach. I tyle… Cały ciężar wyprawy przeniósł się na brylowanie w zdrojowisku… Jakie to musiały dla mnie być nudy…

Niestety przez lata, mimo że przy różnych okazjach wstępowałem do Wiślicy, nie udało mi się obejrzeć jej „skarbów”, o których pisał Jasienica, potem Janusz Roszko w książce „Pogański książę silny wielce”. Utworzone po wykopaliskach muzeum było albo zamknięte, albo w remoncie…

W końcu się udało kilka dni po otwarciu, z wielką pompą (Wiślicy się to należało), Muzeum Archeologicznego w Wiślicy, które jest filią Muzeum Narodowego w Kielcach. Jest więc nadzieja, że przez następne lata zabytki Wiślicy będą dostępne dla zwiedzających. Pod okiem sympatycznej przewodniczki (zwiedzanie indywidualne jest niemożliwe) wchodzimy najpierw do części, którą archeolodzy rozkopali w latach 50-tych XX wieku, pod ulicą Batalionów Chłopskich, a za czasów Kazimierza Wielkiego noszącą miano Solnej. Wynikałoby z tego, że już wtedy ta część wiślickiego grodu skrywała fundamenty pierwszych świątyń, o których ówcześni mieszkańcy miasta nie mieli pojęcia. Zwracał na to zresztą uwagę w swej reporterskiej relacji Paweł Jasienica. Nieopodal Kazimierz Wielki wznosił gotycką kolegiatę, którą do dzisiaj podziwiamy, a obok powstawał Dom Jana Długosza.

Z pomostów spoglądamy na zachowane fundamenty jednej z najstarszych na ziemiach polskich wczesno-romańskiej świątyni, prawdopodobnie pod wezwaniem św. Mikołaja, z drugiej połowy XI wieku. Była niewielka, czworokątna – 4.65 x 3.3 m, z półkolistą absydą (szerokości 2 m) odkrytej w 1958 roku. Obok odsłonięto tajemniczą kolistą lub ośmioboczną gipsową misę (średnica ok. 4 m) z podium o trapezoidalnym kształcie. Odkrywcy, prof. Włodzimierz Antoniewicz i doc. Zofia Wartałowska, twierdzili, iż jest to baptysterium, chrzcielnica, dowodząca o przyjęciu chrztu w obrządku wschodnim ok. 880 roku przez księcia Wiślan. Współczesne badania archeologiczne wykluczają jednak tę interpretację. Faktem jest, iż ok. 880 roku Państwo Wielkomorawskie podbiło kraj Wiślan…

Prawdziwy skarb wiślicki – odkryty przez Andrzeja Tomaszewskiego – skrywa się jednak w odkopanych pomieszczeniach znajdujących się pod kolegiatą. To słynna Płyta Orantów! Posadzka wykonana z gipsu jastrychowego, o wymiarach 2,5 x 4,1 m, umieszczona była w starszej romańskiej świątyni pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny, której fundatorem był książę Henryk Sandomierski. Fundator zginął w 1166 roku w wyprawie zorganizowanej przez Bolesława Kędzierzawego przeciw Prusom i miał spocząć w Wiślicy. Według krakowskiego historyka sztuki, prof. Lecha Kalinowskiego, posadzka powstała między 1175 a 1177 rokiem, a jej fundatorem był książę Kazimierz Sprawiedliwy – następca Henryka. Płyta składa się z dwóch kwadratowych pól obramowanych zdobną bordiurą wypełnioną motywami roślinnymi i zwierzęcymi. W lewym pasie zauważymy lwa, centaura, smoka i bazyliszka, a w górnym dwa lwy przy drzewie życia. W górnej części znajduje się fragment inskrypcji w języku łacińskim o następującej treści: HI CONCVLCARI QUERUNT VT IN ASTRA LEVARI POSSINT ET PARITER VE…” („Ci chcą być podeptani, aby mogli być wzniesieni do gwiazd i zarówno…”), co interpretuję się, że przedstawione osoby pokazują w ten sposób swoją pokorę, by być wyniesionym i wiecznie nagrodzonym. Na obydwu polach płyty umieszczone zostały trzy postaci z głowami wzniesionymi ku górze i dłońmi w pozie modlitewnej. Jakakolwiek identyfikacja postaci jest bardzo ryzykowna i bardzo wątpliwa. Badacze, na podstawie nielicznych dokumentów, próbują jednak przypisać poszczególne postaci najważniejszym osobom z epoki. Na pierwszej – górnej, na której według historyków umieszczono osoby zmarłe – znajdują się Henryk Sandomierski (z brodą), obok którego stoi Kazimierz – pierworodny syn Kazimierza Sprawiedliwego (dziecko) oraz
Prof. W. Zalewski przy pracy.
duchowny – prawdopodobnie dostojnik z kolegiaty wiślickiej. Dolna część przedstawia prawdopodobnie księcia Kazimierza Sprawiedliwego, jego żonę Helenę Znojemską i syna Bolesława. Istnieje też wersja, że brodaty mężczyzna z tej części, to Bolesław Kędzierzawy z żoną i synem Leszkiem. Pewnie nigdy nie będziemy mieli pewności, kim tak naprawdę są postaci na Płycie Orantów. Tak jak nie poznamy też jej twórców, którzy wyżłobione w gipsie rowki wypełniali zabarwioną na czarno masą gipsową. Warto też wspomnieć, że stan zachowania Płyty Orantów, to zasługa krakowskiego konserwatora z Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki prof. Władysława Zalewskiego

Jakże inaczej, po wizycie w podziemiach, ogląda się piękną, strzelistą, kolegiatę. Podziwiamy ocalałe fragmenty gotyckich malowideł! Ciekawie prezentują się filary wspierające gotyckie sklepienie i dzielące świątynię na dwie nawy. W ołtarzu głównym kamienny gotycki posąg z końca XIII wieku słynącej cudami Madonny Łokietkowej. Przed jej posągiem miał modlić się o zjednoczenie ziem polskich książę Władysław Łokietek. Kiedy odwiedziłem kolegiatę pierwszy raz, Madonna Łokietkowa umieszczona była na filarze. Nad
bocznym wejściem do kolegiaty podręcznikowa, gotycka płyta przedstawiająca króla Kazimierza Wielkiego klęczącego przez Matką Boską. Za nim, biskup Bodzanta wspierający go dłonią. Niektórzy intepretują ten gest zupełnie inaczej… Mówią, że trzyma go, by się nie rozmyślił i nie umknął, albo że popycha go by klękał… Te różne interpretacje wiążą się z tym, że m.in. kolegiata wiślicka jest kościołem ekspiacyjnym fundowanym przez Kazimierza Wielkiego, który miał doprowadzić do utopienia w Wiśle jawnie krytykującego niemoralne prowadzenia się króla ks. Marcina Baryczki.

Na koniec idziemy na grodzisko z X wieku położone na łąkach. Po drodze mijamy słynną Psią Górkę. Podobno w tym miejscu wyegzekwowano karę „odszczekania kłamstwa” na Gniewoszu z Dalewic, który oskarżał królową Jadwigę z złe prowadzenie się… Oprócz „odszczekania kłamstwa pod ławą” trzeba było zapłacić karę w wysokości 70 grzywien…

I jeszcze wizyta w pięknym Chrobrzu. To pałac i park hr. Aleksandra Wielopolskiego wzniesiony w latach 1857-60 według projektu włoskiego architekta Henryka Markoniego. Obecnie mieści się tam Ośrodek Doskonalenia Rolnictwa. Stan zachowania pałacu i parku do idealnych wprawdzie nie należy, ale nie jest najgorzej. Kiedyś udało mi się nawet obejrzeć wnętrza. Dzisiaj zamknięte na cztery zamki! Szkoda, bo oprócz wnętrz, można (było, czy dzisiaj też?) obejrzeć wystawę dokumentującą

wykopaliska na stanowiskach kurhanowych z pobliskich Pełczysk. A dla prehistorii jest to miejsce szczególne, bo stwierdzono tam stanowiska począwszy od młodszej epoki kamiennej (neolitu – kultury ceramiki wstęgowej rytej, pucharów lejkowatych, pucharów dzwonowatych, sznurowej) przez epokę brązu (kultura mierzanowicka, trzciniecka, łużycka), okres późnolateński i wpływów rzymskich (epoki żelaza – kultura przeworska) po wczesne i późne średniowiecze.


Na koniec wędrówki wizyta w Busku Zdroju, gdzie należy oddać się kuracjom wód wszelakich – w tym mineralnych, powspominać czasy studenckie przy Wojtku Belonie, a na koniec być wchłoniętym w nieograniczoną przestrzeń stworzoną przez Leona Tarasewicza.

No i zabrakło dnia…

 

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...