środa, 21 grudnia 2022

Ach, Święta Bożego Narodzenia...

 

 

Od lat chodzi mi po głowie myśl, by opisać „swój rok”. Tak jak zrobiła to Zofia Kossak Szczucka w pięknej książce Rok Polski, tak pięknie opisując nasze narodowe najważniejsze dni, w których czasem nieświadomie, przez całe życie emocjonując się uczestniczymy… Ta myśl opanowuje mnie zawsze na przełomie roku, gdy na horyzoncie pojawiają się święta Bożego Narodzenia i ta godzina będąca cezurą nowego i starego roku, kiedy wznosimy lampkę z szampanem, życząc sobie wzajem co najlepsze na nowy rok…

Zanim jednak dojrzeliśmy do lampki szampana…

 

Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano!… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.

Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręcza podarunki, to nie dostanę paczki… Łzy się lały, serce do gardła podchodziło, kurczowo się trzymałem mamy czy taty i szedłem… A cały czarny Diabeł z czerwonym ozorem, rogami i długim ogonem skakał po scenie dokuczając wszystkim! Dzieci bronił jasnowłosy Anioł ze złożonymi dłońmi, złotą aureolą, białymi skrzydłami. I choć emanowała od niego dobroć, to niewiele mógł wskórać – nie miał wideł, a Diabeł wcale się go nie bał! Tymczasem Święty Mikołaj spoglądał spod gęstych siwych brwi i pytał:

– Jak masz na imię chłopczyku? Ile masz lat chłopczyku? A byłeś grzeczny? Na religię chodziłeś?

Kiedy się w końcu rozkręcałem i już, już sięgałem po paczkę, padały słowa najgorsze…

– To powiedz nam jakiś wierszyk…

A tu trema, nic nie pamiętam, mimo próśb i podpowiedzi mamy… W końcu coś tam pod nosem wybąkałem, a wydarzenie stało się stałą opowieścią rodzinną, ku mojej wściekłości, bo przecież nie ten wierszyk miałem powiedzieć…

Idzie jeż, idzie jeż,
Może ciebie pokłuć też!

Pyta wróbel: „Panie jeżu,
Co to pan ma na kołnierzu?”

„Mam ja igły, ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”

(Jan Brzechwa, Jeż – fragment)

 

A śmiali się ze mnie, bo w moim wieku bałem się wizyt u fryzjera! W Rozwadowie było wtedy dwóch fryzjerów. Pan Magda, lekko jąkający się, miał swój męski zakład fryzjerski przy ul. Jagiellońskiej, a w Rynku strzygł i paniom układał koafiury pan Szklener. Ponieważ do fryzjera byłem prowadzony przez tatę, to wędrowaliśmy do zakopconego papierochami „salonu” fryzjerskiego Magdy. Tam na krzesłach siedziało męskie towarzystwo i politykowało! W małym Rozwadowie znali się wszyscy jak łyse konie! A o polityce w czasach komuny rozmawiać, i to krytycznie, to była nie lada odwaga! Dlatego też dla kurażu wszyscy od czasu do czasu zachodzili za parawan, a jak wracali, temperatura dyskusji stawała się coraz bardziej gorętsza… Po latach dowiedziałem się, że odwiedziny u fryzjera Magdy były nie lada atrakcją dzięki parawanowi, za którym wszyscy, fryzjerzy i ich klienci, popijali gorzałkę. Z jaką fryzurą musiał wychodzić od Magdy ostatni klient?... A ze mnie mieli nie lada zabawę, bo w domu i u fryzjera, jak siadałem na krzesło przed lustrem, recytowali…

„Mam ja igły, ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”

A z Mikołajem też było dziwnie, bo ledwie święta się skończyły, a tu nagle w styczniową niedzielę pojawiał się dla odmiany Dziadek Mróz. Długo nie mogłem zrozumieć na czym polega różnica między tym grudniowym, a tym styczniowym uszczęśliwiaczem dzieci… Na pewno ten grudniowy oprócz słodyczy przynosił zabawki, a później praktyczne – choćby ubraniowe – rzeczy, to ten styczniowy same słodycze i – jak miał dobry humor – pomarańcze! No i jeszcze jedna atrakcja z jego wizytą się wiązała. Zabawa! W końcu to był sylwester! A zabawę organizował zakład pracy rodziców. Panie, moja mama – Stanisława, panie Marysia Smoła, Teresa Struwe, Marysia Burdyna, Irena Baranowa, Stasia Krakowiak – pracownice Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, spotykały się po godzinach i z kolorowych papierków robiły czapki dla dzieci. Zapraszali muzykanta, bo nie było wtedy tak powszechnych później adapterów! Tym muzykantem był zazwyczaj świetnie grający na harmonii nasz starszy kolega Andrzej Karakuła. Zabawy styczniowe odbywały najpierw w sali świetlicy na stolarni – przy ul. Strażackiej, a później, jak Rozbudowa otrzymała do użytkowania budynek Sokoła – w jego pięknej sali. Ale to było później, kiedy zamiast harmonisty przygrywał nam zespół beatowy, w którym prym wiódł Jerzyk Krawczyk, grający jako pierwszy w Rozwadowie na prawdziwej czerwonej elektrycznej gitarze! A nam – szalonym wtedy dzieciakom – było wszystko jedno, czy Święty Mikołaj czy Dziadek Mróz. Ważna była zabawa z coraz ładniejszymi dziewczynami…

Po latach dowiedziałem się, że tradycja związana z wizytami Świętego Mikołaja w klasztorze OO. Kapucynów ma swoją historię w naszej rodzinie. Otóż w świcie Świętego Mikołaja przynajmniej kilka razy wędrował, oczywiście jako Diabeł, wujek Zdzisław Kosierb – brat mojej mamy… Był uczniem gimnazjum w rozwadowskim konwencie kapucynów. Że przypadała mu rola Diabła – nic dziwnego, bowiem psoty trzymały się go przez całe życie! Jego wybryki wspominał też ks. Prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, który był wówczas jego szkolnym kolegą.

Euforia mikołajowa musiała nam wystarczyć do samych świąt!

Święta w naszym domu miały dodatkowy wymiar – imieniny taty Adama. Dla mamy było to nie lada wyzwanie, bowiem dzień przed wigilią zwalali się do nas goście. Ledwie wrócili z pracy, a czasem już podochoceni imieninowymi życzeniami w pracy, wprost z biura, trwali przy stole, w oparach tytoniu i wódeczności wszelakiej czasem do bladego świtu, który tak łatwo w najdłuższą noc roku nie przychodził… Tak więc przebudzenia wigilijne nie zawsze były radosne, życie solenizantowi uprzykrzał czasami „tupot białych mew”… Mimo wszystko uśmiech wspomnień radosnej imieninowej libacji umilał cierpienia, bowiem podczas imienin działo się oj działo!

Jedno z takich wydarzeń na stałe wpisało się w rodzinne opowieści, bowiem „Nynuś” – czyli ja, byłem jeszcze zwierzęciem towarzyskim i lubiłem błyszczeć wśród znajomych rodziców. W końcu byli to mili i wspaniali ludzie, przyjacioły, mogli na siebie liczyć w różnych sytuacjach i na każdej płaszczyźnie. To, co chcę opowiedzieć stało się zapewne już po wizycie sąsiadki, pani Marii Grodeckiej, która pojawiała się zawsze z życzeniami i półmiskiem pysznego kremu cytrynowego na podłożu galaretki orzechowej, zasiadała przy pianinie, na którym grała i śpiewała ulubioną przez wszystkich solenizantów pieśń „Sto lat!...”, potem wypływała spod jej palców wiązanka kolęd, w końcu wypijała kieliszek koniaku i uciekała do swojego mieszkania. Od tego momentu można było robić wszystko! Przede wszystkim opowiadać nieprzyzwoite dowcipy. Śpiewano też różne pieśni biesiadne, albo ułańskie. W śpiewach dominowały panie Janina i Marta Krupa – pełne dowcipu i radości kobiety! Rodzice stawiali też na pociechy! Podchmieleni i podochoceni postawili mnie kiedyś na stole, kazali powiedzieć znany już wierszyk o jeżu, a na koniec krzyknąć: Hura goście! Co też chętnie czyniłem. Tyle, że zamiast „r”, wymawiałem „j”. Do dzisiaj mi to przy każdym spotkaniu przypominają…

Dokąd się udawało, choinkę u nas ubierały Aniołki… Gdzieś nad ranem, z pokoju nazywanego „stołowym” dobiegał dźwięk porcelanowego dzwoneczka wiszącego od zawsze na choince… I znowu nie udało się zdążyć, by przyłapać Aniołka przy choince… Gdy byliśmy więksi, pomagaliśmy rodzicom w strojeniu drzewka. Jodełka przyjeżdżała do nas prosto z lasów janowskich. Pamiętam, że towarzyszył temu zawsze stres… Nigdy tato nie przynosił choinki za dnia, by jakiś milicjant nie zaczepił go i nie zażądał „kwitu” na drzewko. Milicja była wtedy nastawiona na wyłapywanie nielegalnych wycinaczy choinek. Tato dopiero wieczorem, przemykał się z „trefnym towarem”… Ale dzięki temu w naszym domu choinka była zawsze piękna, gęsta, sięgająca „szpicem” sufitu. I była to jodła, a nie jakiś szybko tracący igły świerk… Wisiały na niej zawsze piękne bańki, kolorowe, migocące się w mrugającym światełkach. Pamiętam pierwsze elektryczne światełka. Były to małe latarkowe żaróweczki owinięte kolorową folią. Dopiero dużo później na rynku pojawiły się cudeńka rosyjskie i chińskie… Choinka opasana była z mozołem wycinanym i klejonym łańcuchem z kolorowego papieru. Pachnące lasem gałęzie jodły pokrywała gruba warstwa watowego śniegu, a jedno co po Aniołach pozostawało na choince, to srebrne „anielskie włosy” spływające ze szczytu aż po najniższe gałęzie. Oprócz baniek na gałęziach wisiały jabłka, orzechy owinięte sreberkami i karmelki – cukierki owinięte kolorowymi bibułkami z pociętymi końcówkami… Sopelki, „mieszanka wedlowska” z najsmaczniejszymi cukierkami „bajecznymi” i „pierrotami”, czekoladki „kasztanki” i „malaga”… Ileż w tamtych czasach zachodu musiało kosztować znalezienie takich smakołyków na choinkę. A ze strony dzieci jakież to poświęcenie, by większość łakoci dotrwała do święta Matki Boskiej Gromnicznej, kiedy to choinkę rozbierano… Prawdę mówiąc niewiele słodyczy miało szansę dotrwać do tego dnia, ale w gęstwinie gałęzi, ozdób choinkowych  zawsze jakieś łakocie uchowały się przed łakomczuchami… Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam jakże śmieszne wydarzenie związane z choinką. Musiałem mieć wtedy 2-3 lata, bowiem mieszkaliśmy jeszcze przy ul Słowackiego (dzisiaj Rozwadowska) w wynajmowanym od pana Turka domu. Była ostra zima, a ja ciężko przeziębiony leżałem w łóżku. Mama pewnie miała opiekę, bo odwiedziła ją koleżanka z pracy – pani Maria Hanausek z Tarnobrzega. Podczas tego spotkania na choince nagle coś się zakotłowało! Panie wpadły w panikę! A to była tylko mała myszka, która wspięła się niezauważalnie na drzewko i dobrała się do jakiegoś cukierka. Pewnie dlatego noszę w pamięci to wydarzenie…

Przygotowania do wieczerzy wigilijnej trwały od połowy grudnia. Sklepy, to jedno… Trzeba było mieć „dojścia” lub wiedzieć kiedy „rzucą” pomarańcze kubańskie czy cytryny z jakiegoś innego egzotycznego kraju, słodycze w czekoladzie czy kawę… To były wyzwania! Kilka dni wcześniej wanna była anektowana przez karpie. Kuchnia pracowała na wysokich obrotach! W naszym rozwadowskim mieszkaniu nie było gazu ani centralnego ogrzewania. W piecu kuchennym ogień buzował od rana do nocy! Na rozgrzanych do czerwoności fajerkach gotował się barszcz wigilijny, w ręcznej maszynce tata mielił mak na makowce i tort makowy, na stolnicy mama wałowała ciasto na uszka i pierogi… A gdy te były przygotowane, w obroty szła makutra i wiercioch, w której ucierana była masa, najczęściej orzechowa, do świątecznego tortu. Na święta, ponieważ to były też imieniny taty, przygotowywane były zazwyczaj dwa torty. Największą liczbę smakoszów miały torty makowy i orzechowy… Ciasto tortowe było bardzo delikatne, pieczone w okrągłej tortownicy. Nasączane rumem, koniaczkiem, olejkami smakowymi i zapachowymi. Jak się już tortowe ciasto upiekło następował najtrudniejszy moment – przekładanie tortu masą. Potrzebny był długi nóż moczony w gorącej wodzie, potem mama nauczyła się przecinać tort nitką… Gdy się to udało, następował najciekawszy moment pracy przy torcie – zdobienie! Kafle kuchennego pieca trzymały ciepło, w piekarniku piekły się różnego rodzaju mięsiwa. Babcia Leokadia Paluch z Żabna na święta zawsze ofiarowywała nam indyka. Kiedy już babci nie było, ciotka Teodozja Pyrkosz mieszkająca w Witkowicach, dostarczała nam w prezencie gęś. Prezent wspaniały i smakowity. Zanim jednak trafił do piekarnika, trzeba było oskubać z piór… Kiedy się z tym mama uporała, robiła nadzienie i piekła ptaszysko, a w kuchni panował nieziemski zapach, nie wspominając niepowtarzalnego smaku. Jednak najciekawszą czynnością była operacja nadziewania i zaszywania ptaszydła nitką i zwykłą igłą. Jakże się temu nie mogłem nadziwić! A w chlebowym piecu, poniżej piekarnika, piekły się ciasta! Przede wszystkim drożdżowe. Makowniki, nadziewane powidłami, słodkim serem, bułeczki jagodowe… Placki przed włożeniem do piekarnika „malowane” były białkiem kurzego jajka, by wypieczona skórka miała „połysk”.. Służył do tego specjalny pędzel, który zrobiła babcia Leokadia z gęsich piór. Ciasta były wsuwane do pieca drewnianą łopatą – jak w piekarni… Era pieców skończyła się szybko, wyparły je elektryczne prodiże i piekarniki, a w końcu wygodne piecyki gazowe.

Wigilia zaczynała się wraz z rozbłyśnięciem na nieboskłonie pierwszej gwiazdki… Gdy niebo było bezchmurne – nie było problemu… Spory o to, czy wigilię zaczynać, czy jeszcze nie, zaczynały się, gdy padał śnieg, a niebo było zachmurzone. W końcu zasiadaliśmy przy stole okrytym białym obrusem, pod którym były źdźbła siana, stał stroik z zapaloną świecą i opłatkami… Opłatki w Rozwadowie roznosił organista z fary, pan Marian Ziemiański. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego – rozwadowskiego proboszcza w latach 1933-1967. Organista, z czarnym wąsikiem pod nosem, ubrany w ciemny płaszcz z kołnierzem z nutrii, kapeluszem na głowie, chodził w grudniu z przewieszonym przez ramię wiklinowym koszykiem wypełnionym opłatkami. Znał w Rozwadowie wszystkich! Z każdym zamienił kilka zdań, opowiedział  jakiś dowcip, przekazał miejscową plotkę. Poczęstowany, nigdy nie odmawiał, wypijał kieliszek wódki i szedł dalej! I tak do popołudnia! Jak on grał i śpiewał podczas wieczornych nieszporów?! Nie przepadałem za naszym organistą. Bardziej lubiłem jego żonę – panią Walerię. Zajmowała się ogrodnictwem i hodowlą kwiatów. Mieszkali w dawnej wikarówce, naprzeciw klasztoru. Potem przenieśli się pod Charzewice… Pamiętam ją jako dużą kobietę, była chyba wyższa i dużo tęższa od męża, z krótkimi siwymi włosami, miła i życzliwa. Miał Ziemiański jednak opłatkowego konkurenta w Rozwadowie, którego byłem zwolennikiem… Był nim brat Filip z klasztoru kapucynów, wysoki, gruby, z długą siwą brodą. W klasztorze odgrywał rolę św. Mikołaja, także z tego powodu, że nie musiał się charakteryzować. Pewnie dlatego dzieci uwielbiały go! Po niedzielnych mszach częstował cukierkami i rozdawał obrazki ze świętymi postaciami. Zawsze zastanawiałem się, skąd oni brali opłatki. Przecież w sklepach ich nie było. Pewnego dnia, na zapleczu zakrystii, znaleźliśmy z Jankiem Sudołem metalowe szczypce do wypieku prostokątnych opłatków. Teraz można je obejrzeć w stalowowolskim Muzeum Regionalnym. Tak więc rozwadowscy kapucyni sami produkowali opłatki! A jak to robili opowiadał nam brat Józef, który był wtedy zakrystianem w rozwadowskim klasztorze w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku.

Moja najwcześniej zapamiętana Wigilia wiąże się z Charzewicami… A właściwie scena utrwalona na fotografii… To był 1956 rok. Miałem niecałe dwa lata… Byliśmy w domu rodzinnym mojej mamy, w którym mieszkali już Grązowie. Najstarsza siostra mojej mamy – ciocia Ziutka, czyli Józefa. Wyszła za mąż za Stanisława Grąza, który pracował na kolei, a oprócz  tego udzielał się społecznie, także jako sołtys Charzewic. Mieli dwóch synów – Mariusza i Andrzeja. Nie wiem, jak wyglądały moje pierwsze święta Bożego Narodzenia. Dzisiaj nawet już nie mam kogo zapytać… Została tylko ta fotografia z 1956 roku. Kiedy mój tata wykonywał tę fotografię, na świecie nie było jeszcze mojej siostry Anny, nie było też dziadka Piotra – maszynisty parowozowego, zmarł w maju 1956 roku. Nie wiem, jakiego aparatu używał. Czy miał już Veltę, która była potem moim pierwszym aparatem fotograficznym? Zastanawiam się też, skąd miał lampę błyskową, bo zdjęcie wykonane jest w ciemnym pokoju… Widać świecące lampki na choince. W powietrzu unosił się zapewne zapach powszechnej wtedy jodły i ciast. Ciocia Ziutka była mistrzynią wypieków! Przy okrągłym stole, przykrytym białym obrusem, chyba po wieczerzy już, siedzą wuj Stanisław z Mariuszem, zasłonięta fiołkiem alpejskim babcia Monika Kosierb, jej syn Stanisław z Andrzejem Grązem, obok ciocia Marta Moskal i Marysia Kosierbianka… Nad wszystkimi oczywiście ja sprawuję kontrolę, trzymany na rękach cioci Ziutki, która była moją chrzestną mamą.

Wigilia zaczynała się od życzeń, łamania się opłatkiem…

– Zdrowych i wesołych świąt…

– Spełnienia marzeń…

– Niech ci Boża Dziecina błogosławi…

Słyszało się ciepło płynące życzenia, przytulenia, delikatny trzask łamanego opłatka… W tle płynęły dźwięki kolęd… Choinka błyskała kolorowymi światełkami… Było miło, ciepło, radośnie, uroczyście.

W końcu wigilijne menu – dwanaście obowiązkowych potraw, które trzeba było spożyć! Po całodziennym ścisłym poście niby nic trudnego… Po spożyciu barszczu z uszkami (uszka obowiązkowo z farszem z suszonych grzybów!), nie miałem już pewności, czy kolejnych jedenaście dań będę w stanie zjeść… A były to pierogi z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, kapusta z grochem, ryby – śledź w śmietanie, karp w galarecie (po żydowsku), karp po grecku i w końcu karp smażony, do tego ziemniaki, chleb i na słodko makownik… A do picia – kompot z suszu! Taki zestaw mógł smakować tylko w czasie Wigilii! Mieliśmy zawsze problem ze stwierdzeniem, czy w czasie Wigilijnej Nocy zwierzęta poczęstowane opłatkiem (w zestawie opłatkowym zawsze był zielonkawy lub czerwony płatek przeznaczony dla zwierząt) przemówią...

Wigilia, a właściwie czas po kolacji wigilijnej, była też przedłużeniem imienin taty. Wtedy zawsze przychodzili państwo Pukowie. Czesław był kolegą taty z dzieciństwa. Czas przed pasterką zamieniał się w godziny wspomnień! Wznosząc toasty, coraz bardziej oddalali się w czas przeszły… A mieli co wspominać, bo dzieciństwo przypadło im na czas wojny.

I w końcu pasterka! To było fascynujące, środek nocy, a nasze miasteczko, zasypane śniegiem, wypełnione ludźmi zmierzającymi w milczeniu do kościoła! Wokół ciemność rozświetlana latarniami i cisza zakłócana jedynie skrzypieniem kroków przez zmrożony śnieg… A gdy wybiła północ, z kościoła popłynęła chyba najpopularniejsza kolęda – Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi… A potem Bóg się rodzi, Lulajże Jezuniu i następne rozgrzewające pieśni! O panu Czesławie tato opowiada często jest anegdotę, jakoby śpiewając kolędę Z narodzenia Pana, z uporem śpiewał frazę refrenu: skąd ta łuna bije, w sposób: skąd ta ona bije… Wyraziście podkreślając słowo: ona. Gdy zwrócono mu uwagę, powiedział, że może na wsi śpiewają łuna, ale przecież jesteśmy w mieście i używamy języka literackiego… I nie dał sobie wytłumaczyć, że w pieśni chodzi o łunę, a nie oną…

Powroty z pasterki już takie spokojne nie były! Opowiadała mama, jak to rozochoceni młodzieńcy w Charzewicach wynieśli na dach ich domu wóz, zamalowali okna, a innym razem zatkali słomą komin… W domu były trzy panny do wzięcia… W niebezpieczeństwie były też bramy do gospodarstw. Ojcowie córek na wydaniu musieli się w tę noc mieć na baczności!

Poranek pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia zazwyczaj był spokojny i cichy. Nawet w kościele nie odprawiano – po pasterce – porannych mszy świętych.

 

czwartek, 1 grudnia 2022

Ciocia Stasia



Stanisława Kolbuszewska
podczas górskiej wycieczki


Pamiętam ją od zawsze. Była obecna w najważniejszych chwilach mojego życia, choć przyjeżdżała do Rozwadowa z Krakowa. W tamtych latach – mam na myśli drugą połowę XX wieku – jazda z Krakowa do Rozwadowa oznaczała nie lada wyprawę. Pociąg bezpośredni, relacji Kraków-Lublin jeździł tylko nocą, a chcąc przyjechać za dnia, trzeba się było liczyć z przesiadką w Dębicy. Jechało się zatem jakimś pociągiem w kierunku Przemyśla, a potem wsiadało do osobowego relacji Dębica-Rozwadów… Czasem trzeba było czekać w Dębicy ze dwie godziny… Przesiadka w Dębicy była też zmianą epoki… Z nowoczesnego na owe czasy pociągu ciągnionego przez elektrowóz, wsiadało się do starych wagonów pamiętających być może czasy austriackie (dopiero później na tej linii jeździły piętrowe wagony niemieckie) ciągnionych przez sapiące i buchające parą z komina lokomotywy… Pewnego razu pociąg zatrzymał się w polach, gdzieś przed Zbydniowem, czy Grębowem… Zima, noc… Długo staliśmy, zanim konduktor dotarł z informacją,  że nie pojedziemy dalej, bo jakiś wypadek zablokował tory… Uprosiłem kolejarza, by połączył się przez kolejową łączność z moimi rodzicami, może przyjadą po nas… Pewnie jeszcze ze dwie godziny staliśmy w zimnym już pociągu, gdy na pobliskiej drodze pojawił się zbawczy samochód mojego taty. Och, jaka radość była! W jaki sposób wysiedliśmy z tego wagonu stojącego na wysokim nasypie kolejowym?  Nie było wtedy komórek, ani transportu zastępczego… Nikt nie przepraszał za zaistniałą sytuację, nikt do nikogo nie miał pretensji. Ani nie serwował gorących napojów…  Ludzie musieli na własną rękę organizować sobie ratunek…
Stanisława Kolbuszewska

Ciocia Stasia Kolbuszewska, urodzona w Kołomyi 25 sierpnia 1930 roku, przybyła do Rozwadowa z rodzicami w 1944 roku z Kołomyi, już po wyzwoleniu z niemieckiej okupacji, ale jeszcze w czasie II wojny światowej. Uciekli przed pogromami ukraińskimi. Mama cioci Stasi, Maria Kolbuszewska de domo Wermińska (1904-1979), pochodziła z Charzewic. Używała jednak innego, pięknego imienia Bernadetta. Nazywali ją zdrobniale Bernatka. Rodzinnie zetknęliśmy się na poziomie rodzeństwa pradziadków, czyli moja prababcia była siostrą babci cioci Stasi – ufff…! Bernatka była nauczycielką. Pracę znalazła w Kołomyi. Wyszła za mąż za Władysława Kolbuszewskiego (1901-1957) z Kołomyi, który był kolejarzem. Pracował jako kierownik pociągów. Może poznali się, gdy jechała do rodzinnego domu w Charzewicach pod Rozwadowem na wakacje? W 1944 roku wysiedli na dworcu kolejowym w Rozwadowie z dwójką dzieci – Stasią i Edkiem. Była jeszcze Janina, która zmarła tragicznie porażona prądem. Spoczęła na cmentarzu w Kołomyi. Od ich wyjazdu nikt z rodziny już nie zapalił znicza na jej grobie. W latach 90-tych XX wieku namawiałem ciocię, by wybrała się na Kresy. By odwiedziła swe rodzinne miasto, miasto dzieciństwa.

Kołomyja
– Tam nikogo już nie ma… Poza tym boję się… Tam rządzą teraz Ukraińcy, oni nas mordowali, wygnali nas. Boję się – odpowiadała zawsze emocjonalnie.

Kiedy w końcu sam dotarłem do Kołomyi i pokazywałem jej zdjęcia ulic, rynku, kościoła, dawnego sokoła, także z cmentarza, który nie był w całości zniszczony, a kompletnie zaniedbany, zarośnięty – była wzruszona. Chłonęła każdy pokazywany obraz, każde słowo z mojej opowieści. Nie chciała wierzyć, że spaliśmy na plebanii u polskiego księdza, że wciąż mieszka tam sporo Polaków, a w odnowionym kościele odprawiane są msze święte w języku polskim. Powątpiewała, gdy opowiadałem o odnowionym budynku „Sokoła”, w którym spotykali się prezydenci Polski i Ukrainy. Myślałem, że uda się ją namówić do odwiedzin Kołomyi, nawet oferowałem, że z nią pojadę… Ale gdzie tam!... Nie i już! Jeździła na Litwę, odwiedzała Białoruś. Granicy z Ukrainą nigdy nie przekroczyła.

Irena Stelmachówna i Adam Hanuszkiewicz 

Jako daleka kuzynka mojej mamy, choć nieco młodsza, w Charzewicach przylgnęła do sióstr Kosierbianek – Ziuty, Stasi – mojej mamy i Guści – najmłodszej, z którą chodziła po wojnie do szkoły średniej w Rozwadowie, a po maturze razem studiowały w wyższej szkole ekonomicznej w Częstochowie. Augustyna specjalizowała się w bankowości, Stasia w technologii i ekonomii żywienia. Po studiach dostała skierowanie do pracy w Częstochowie, ale szybko znalazła się w Krakowie, gdzie mieszkało wujostwo Jan Stelmach –  przedwojenny wojskowy i jego żona Zofia – siostra Bernatki. Ich córką była, urodzona 26 października 1922 roku w Charzewicach (zmarła w Warszawie 15 stycznia 2014 roku), dobrze zapowiadająca się aktorka – Irena Stelmachówna. Pierwsze aktorskie kroki stawiała w podziemnym teatrze w okupowanym przez Niemców Krakowie. Jak niesie rodzinna fama, ciocia Irena wpatrzona w Adama Hanuszkiewicza, do 1949 roku aktora występującego w zespole Juliusza Osterwy w teatrze krakowskim, porzuciła Kraków dla Warszawy. W domu mieliśmy zdjęcie Stelmachówny z Hanuszkiewiczem z dedykacją od niej ze spektaklu „Arszenik i stare koronki” z warszawskiego Teatru Powszechnego z maja 1957 roku. Podobno, u progu swej dobrze zapowiadającej się kariery artystycznej chciała występować pod nazwiskiem panieńskim matki, jako Irena Wermińska. Miała ostro zaprotestować przeciw temu światowej sławy diva operowa Wanda Wermińska, która wróciła po II wojnie światowej do Polski z Ameryki Południowej...
Pamiątkowy wpis
Mieczysławy Ćwiklińskiej
Ach te skandaliki, ploteczki!... Poznałem ją 24 listopada 1969 roku w Stalowej Woli, podczas tournée spektaklu „Drzewa umierają stojąc” z Mieczysławą Ćwiklińską w roli głównej. W sali teatralnej stalowowolskiego domu kultury zaprezentowano dwa spektakle – 24 i 25 listopada. Musiała grać jakieś zastępstwo, bo nie znalazłem jej w obsadzie repertuarowej warszawskiego Teatru Klasycznego dla tego spektaklu. Dzięki panu Markowi Gruchocie – obecnemu dyrektorowi Miejskiego Domu Kultury w Stalowej Woli, w przepastnym archiwum tamtejszego domu kultury, znalazł się pamiątkowy wpis Mieczysławy Ćwiklińskiej, który mogę zaprezentować. Stelmachowie przygarnęli ciocię Stasię do siebie, gdzie zamieszkiwała przy ul. Friedlaina do czasu otrzymania niewielkiej kawalerki na Azorach. Tam, w wieżowcu, pod chmurami na 9. piętrze mieszkała do końca życia. Była singielką. Dlaczego? Już się nie dowiem. Mama opowiadała mi o jakiejś niespełnionej miłości… Ale wszystko zasypał już czas zapomnienia… Choć ta, do połowy anonimowa,  fotografia z czule ujętą dłonią przystojnego mężczyzny jest wiele mówiąca… Spełniała się w pracy. Najpierw w restauracji hotelu Bristol, potem przeszła do
Irena Stelmachówna
biurokracji w PSS Społem, gdzie zajmowała się zarządzaniem stołówkami studenckimi. W tamtych czasach nie wszystkim studentom przysługiwało skierowanie na stołówkę. Ja miałem ciocię, dzięki której jadałem tam, gdzie miałem blisko i wygodnie… Przez lata kupowałem abonament obiadowy w Muzeum Narodowym w stołówce u Czapskich, przy wówczas ul. Manifestu Lipcowego PKWN. Jadałem też w DS. Piast, w Pigoniówce, DS. Blokada i wielu innych studenckich i niestudenckich stołówkach Krakowa. Bywając w Krakowie czasem pomieszkiwałem u cioci na Azorach, śpiąc na rozkładanym łóżku polowym. Bardzo rzadko jednak, bo nie miała możliwości przyjmowania gości. Dla mnie jednak drzwi jej mieszkania zawsze były otwarte. Po maturze, przed jej wyjazdem na urlop, dostałem klucze do mieszkania, by móc w Krakowie spędzić kilka dni. Pojechaliśmy wtedy z kolegą z klasy, przyjacielem do dzisiaj – Leszkiem Ryczko. Podczas tej wędrówki podbiliśmy Kraków i Częstochowę! Tam swoje mieszkanie udostępniła nam moja kuzynka – Joasia Kosierb… To były czasy!

Mieszkanie u cioci Stasi kilka razy uratowało mnie przed światem, którego nie pojmowałem i unikałem… Pierwszy raz, kiedy jako licealista pojechałem do Krakowa wraz ze starszym kuzynem – wówczas studentem AGH. Miałem zatrzymać się u niego. Mieszkał w wynajmowanej stancji na Kazimierzu, przy placu Wolnica. Dzisiaj już nie pamiętamy, jak wyglądał Kazimierz w roku 1974… Gdy po zwiedzaniu Krakowa wróciłem koło wieczorem do mieszkania kuzyna, zastałem tam trwającą w najlepsze imprezę… Przeżyłem szok, widząc mocno nietrzeźwych kolegów, kilka lat starszych ode mnie. Chwyciłem torbę i wyszedłem na ciemny plac Wolnica, nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństw Kazimierza… Na szczęście na postoju była wolna taksówka, którą zajechałem na Azory… Zaskoczona i przerażona ciocia Stasia powiedziała, że powinienem od razu do niej przyjechać!

Ciocia Stasia z tajemniczym nieznajomym
Drugi raz ratunku u niej szukałem po nocy spędzonej w DS. Nawojka, kiedy przyjechałem na tzw. kursy przygotowawcze do egzaminów wstępnych. To był 1976 rok… Po nocy, podczas której nie zmrużyłem oka, bo nieokiełzana libacja świeżo upieczonych maturzystów, którzy ledwo się wyrwali spod opiekuńczych rodzicielskich skrzydeł, trwała do bladego świtu. Z samego rana zabrałem swe rzeczy i wyniosłem się z akademika… Moja koleżanka, uczestniczka tego kursu, po dziewięciu miesiącach powiła dzieciątko… Nie zdołała też zdać egzaminów wstępnych…

Było, minęło… Dzisiaj z uśmiechem pobłażliwości wspominam tamte, wówczas tak dla mnie traumatyczne chwile…

Ciocia do końca życia mieszkała sama. Gdy zachorowała, trafiła do Domu Opieki u Helclów. Tam zmarła 4 września 2015 roku, ale zgodnie z jej wolą, pochowana została w rodzinnym grobie na cmentarzu w Rozwadowie…

***

Wiele razy usiłowałem namówić ciocię Stasię do opowiedzenia swych wojennych przeżyć. Udało się to mojej koleżance – dr Marii Głowackiej, która pracowała na Uniwersytecie w USA, a w Polsce realizowała projekt o przebaczaniu, w ramach którego przeprowadzała rozmowy z ludźmi dotkniętymi eksterminacją ze strony Ukraińców w czasie II wojny światowej. Niestety rozmowa przeprowadzona była już bardzo późno. Ciocia wielu szczegółów nie pamiętała, pomału zapadała się w chorobie Alzheimera. To, co udało się wydobyć z jej pamięci opublikowałem, już po śmierci cioci, na łamach kwartalnika Cracovia Leopolis.

 

Kołomyja

***

Spotkaliśmy się 7 września 2010 roku. Ciocia Stasia Kolbuszewska była bardzo zestresowana. Obiecała jednak porozmawiać z Marią. Zostawiłem panie same… Później słuchałem opowieści z taśmy oraz poproszony przez Marię musiałem opracować tekst.  Niektóre zdania były urywane, nie miały sensu… Choroba dawała o sobie znać… Musiałem dopytywać ciocię, która już niechętnie wracała do tematu. Wręcz denerwowała się…

– Mój ojciec był kolejarzem i pracował w rejonie Kołomyi i Śniatynia. ­– zaczęła opowieść. –  Gdy rozpoczęła się wojna, ludzie byli bardzo zdziwieni i zaskoczeni. Tak to szybko się stało. Wszyscy spodziewali się Niemców, a tu wkroczyli Rosjanie! Było ich bardzo dużo. Szli i szli! Zajęli cały teren Polski wschodniej! Potem się dowiedzieliśmy, że Stanisławów był przez nich zajęty i Lwów też zajęli… Jak na Rosjan byli dobrze uzbrojeni, pamiętam jadące czołgi. Dzieciom nic nie robili, starsi ludzie się bali, pamiętali I wojnę światową i wojnę polsko-bolszewicką z 1920 roku. Ta sowiecka okupacja trwała do 1941 roku, później Niemcy przyszli. Rosjanie byli jednak przez dwa lata, zajęli miasto, przyjechały Rosjanki, bo niektórzy wzięli ze sobą żony. Wojsko zajęło koszary polskie. Była okupacja, było ciężko. Bieda, nie było jedzenia, bo ludzie nie zdołali zrobić zapasów. Już nie pamiętam, czy za polskie pieniądze można było kupować, czy za ruble? Ciągle chodziłam do kolejki. Było nas troje: siostra, brat i ja…  Tamci się bali iść, a ja wstawałam rano i szłam do kolejki, i nieważne, że zima była, mróz, wystawałam w kolejce, żeby kupić chleb. Była godzina policyjna, jak ktoś nie miał przepustki, to nie mógł po zmroku, ani o świcie, kiedy było jeszcze ciemno, wychodzić z domu. Jak mój ojciec wracał z pracy o różnych porach, to musiał mieć specjalną przepustkę. Inaczej musiałby czekać na kolei aż zacznie się dzień. Rosjanie byli różni. „Starszyna”, żołnierze z pagonami, oficerowie, z nimi bardziej można się było dogadać. Natomiast z takim biednym wojskiem, żołnierzami którzy jedli zupę ziemniaczaną z kotłów, taką byle jaką, i zazwyczaj nie mieli dobrego obuwia, zresztą tak samo jak my, to z nimi trudno było się dogadać, oni mogli zastrzelić człowieka z byle powodu! Na przykład nie okazał przepustki, że może iść w nocy, podczas godziny policyjnej. Oni się nie zastanawiali!

W czasie wędrówki turystycznej

– Często się takie nieszczęścia zdarzały? – zapytałem.

– W tamtych latach raczej mordowali w więzieniach. W nocy słychać było strzały. Nie wiem kto wtedy kogo zabijał… Dla nas groźniejsze były natomiast wywózki. To groziło także naszej rodzinie, nie zdążyli jednak... Zimą do pociągów pakowali ludzi, do towarowych wagonów bydlęcych. Musieli jechać, wyboru nie dawali. Szczęściem nie zdążyli wszystkich wywieźć… Tak samo było w Stanisławowie i na Wołyniu.  Później, to znów oni uciekali, bo Niemcy przyszli. Rosjanie się cofali. Ale jak przyszli Niemcy, to Ukraińcy zaczęli działać. I nie wiadomo, co było gorsze… Ukraińcy zaczęli wydawać Polaków Niemcom. W mieście, w Kołomyi, można było przetrwać, było bezpieczniej. Nie było tych bandytów, tych banderowców, oni ukrywali się w górach, w pobliskich Karpatach. Byli tam także za czasów okupacji rosyjskiej. Zabijali też Rosjan. W Kołomyi powinien być grób żołnierzy rosyjskich, którzy zostali zabici przez Ukraińców.

– Jak było pod okupacją niemiecką?

– Kiedy wkraczali Niemcy, a szli z nimi też Węgrzy, zginęła tragicznie moja siostra. Została porażona prądem. W czasie działań wojennych ze zniszczonej trakcji elektrycznej nie odłączono prądu. Ona gdzieś w te druty się wplątała i nie było dla niej ratunku. Stało się to niedaleko domu. Dla nas taka tragedia,  smutek długo od nas nie odchodził... Ona urodziła się w 1928 roku, a ja w 1930. Pamiętam, jak ksiądz jezuita przyszedł i pochował moją siostrę. Ale tam już nie ma grobu, to były ziemne mogiły. Zostały zniszczone… Trumna była ze zwykłych desek. Lepiej o tym nie mówić, to są okropne rzeczy. Później wszystkich jezuitów Rosjanie wywieźli na Sybir.

– Jak było z Ukraińcami?

– Za okupacji rosyjskiej chodziliśmy do szkoły polskiej, razem z Ukraińcami i Rosjanami. Można się było uczyć języka polskiego, ukraińskiego, potem uczono nas też rosyjskiego. Rosjanie w stosunku do polskich dzieci zachowywali się bardzo dobrze. Natomiast Ukraińcy, jak tylko przyszli Niemcy, drugi raz dali znać o sobie. Pamiętam takie dramatyczne wydarzenie, podczas którego osoby z mojej rodziny zginęły. Wyjechali w jakiejś sprawie poza Kołomyję samochodem i Ukraińcy wrzucili im do samochodu granaty. Wybuch i po wszystkim! Zginęli ludzie, spalił się samochód. Wszystkich pozabijali!

– Kiedy był najtrudniejszy czas?

– Najgorzej było, kiedy przez miasto i okolice przechodził front. To był czas, kiedy Rosjanie wypierali Niemców na zachód. Wtedy się nie chodziło do szkoły. W domu się siedziało. To był też okres najgorszego głodu. Nie było nawet ziemniaków. Pamiętam, że jedliśmy placki z łup ziemniaczanych. Miałam wtedy 11-12 lat. Ciężko było, ale jakoś się przetrwało. Czasem od wojska z kotła dostało się jakąś zupę ziemniaczaną, ale i im też ciężko było. To wojsko było  biedne.

– O czym wtedy marzyliście?

– Wszyscy marzyli żeby przetrwać wojnę. Starsi mówili coraz częściej, że się skończy i w końcu to się stało. Mój wujek był w Wojsku Polskim, w 1939 roku poszedł na wojnę, był internowany na Węgrzech. Jak to wszystko się zaczęło kończyć, przyjechał, ale chory na nerki. Nie było dla niego ratunku, nawet polscy lekarze nie uratowali go, bo nie mieli żadnych lekarstw.

– I przetrwaliście…

Ciocia Stasia
- pracownik PSS Społem
– W tym czasie wszystko co było w domu, to się wysprzedało. Nie było pieniędzy. Jak była ziemia, to chłopi sadzili ziemniaki i inne płody. Były kartki żywnościowe, z którymi szło się do kolejki. W tym tylko ja się sprawdzałam, bo byłam sprytna. Szłam i wszystko kupowałam, co się tylko dało. Była kolejka za chlebem, stałam po chleb, jakoś się tam wsunęłam i wszystko kupiłam. A braciszek, on był młodszy, to siedział w domu, ale też dlatego, że nie było obuwia. Dlatego jeden musiał siedzieć w domu, a drugi mógł iść. To były straszne czasy, ale musiało się to jakoś przeżyć. Czy dzisiaj ktokolwiek jest w stanie to zrozumieć? Pozostały tylko smutne wspomnienia, bo jeżeli moja siostra zginęła, a mojego kuzyna zamordowali Ukraińcy, jeżeli mój stryj – kolejarz – ginie w katastrofie kolejowej spowodowanej wybuchem… Prowadził pociąg ze zbożem. Tory były zaminowane przez partyzantów. Wszystko poleciało w powietrze! On nie przeżył katastrofy... Tylko żal serce ściska... Mój dziadek – jego ojciec – przyjechał do Lwowa z Warszawy. Trudno się tam żyło, pod rosyjskim zaborem. Potem zamieszkał w Kołomyi. Miał trzech synów. Wszyscy zginęli!

– Ludzie się wspierali?

– W czasie wojny ludzie sobie pomagali, bo inaczej nie przetrwaliby wojny. Nawet tam, w więzieniu, gdzie siedziała pani Karolina Lanckorońska – ona przeszła przez więzienia we Lwowie, Stanisławowie i Kołomyi. Każdy, kto widział Rusków, czy Niemców, dorosły czy dziecko, schodził im z drogi, uciekał byle dalej od nich. Kiedyś byłam w sklepie na zakupach, usłyszałam strzelaninę. To  Niemcy strzelali do kogoś. Schowałam się za jakimś domem i przeczekałam. Okazało się, że to była łapanka. Mnie udało się jej uniknąć. Nie złapali mnie! W Kołomyi byliśmy do końca wojny. Później przyjechaliśmy do nowej Polski, bo już był podział. Rosjanie dostali teren do Przemyśla…

W tej rozmowie miało paść pytanie o wybaczenie. I padło…

Ostatnie dni Cioci Stasi

– Wybaczenie…? Można komuś wybaczyć,  bo to ludzie byli, ale ci ludzie też byli związani – Niemcy z Hitlerem, Rosjanie ze Stalinem. Tak na to trzeba patrzeć. Rosjanie mieli cukierki dla dzieci i nam dawali, nasi rodzice przestrzegali, żebyśmy nie brali… Ja może i wybaczam, wszystkim, ale Ukraińcom nie potrafię. Niech sobie tam żyją. Ja nie byłam tam nigdy po wojnie, i nigdy nie pojadę. W Kołomyi cmentarz był, taki piękny polski cmentarz. Pojechała tam nasza znajoma i jeszcze mojej mamusi mówiła, że ten cmentarz został zniszczony. Zniszczyli wszystko! Jakieś domy w tym miejscu wybudowali. Mam do nich o to wielki żal! Mam wielki żal, że wojna wybuchła, że zniszczyli nasze dzieciństwo, że zniszczyli nasze życie, nasze domy, zabrali nam naszą polską ziemię, tyle cierpień, tyle śmierci! Wszyscy nas niszczyli. Niemcy, Rosjanie i Ukraińcy. Ukraińcy najgorzej, bo mordował sąsiad sąsiada. To było nie do pomyślenia! Niech te wojny ustaną! Ciężko było przeżyć wojnę, kto doświadczył, ten wie. Niech tam żyją wszyscy w zdrowiu, ale ja nie chcę tam jeździć, nie chcę z nimi się spotykać i rozmawiać. Za dużo goryczy, za dużo żalu. W Horyńcu ksiądz ze Lwowa wmurował tablicę, i wymienił kto zginął z Polaków, kto z Ukraińców, po to żeby była zgoda, żeby to, co zrobili Ukraińcy Polakom nigdy się nie powtórzyło. Ale to jest niemożliwe, przecież gdyby Ukraińcy mogli, to i dzisiaj wydrapaliby nam oczy! Ja to przeżyłam, uczyłam się historii i wiem, że to co się stało w czasie ostatniej wojny, to nie pierwszyzna. Dzisiaj dzieci nie uczą się historii, jutro politycy wszystko im wmówią. Namawiali mnie, nawet rodzina, żebym jednak pojechała do swej Kołomyi. A ja nawet nie chciałam za bardzo opowiadać o swych przeżyciach wojennych. Kiedy już postanowiłam się wybrać na wycieczkę na Kresy, znajoma lwowianka powiedziała: „niech  Pani nie jedzie, my byliśmy tylko jeden dzień i szybko uciekaliśmy, bo tam strasznie było”. Wspomnienia wracają, przychodzą piękne myśli o dzieciństwie, ale zaraz potem te straszne obrazy, które tyle razy nie pozwalały przespać spokojnie nocy. A przecież nie może być tak, żeby człowiek, który przeżył to co stało się na Kresach, nic nie myślał i zachowywał się jak turysta, któremu wmawia się, że Lwów, Kołomyja, Stanisławów i cała reszta Kresów, to prastare ziemie ukraińskie. Ja bym tam tylko płakała.

 

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...