Od lat chodzi mi po głowie myśl, by opisać „swój rok”. Tak jak zrobiła to Zofia Kossak Szczucka w pięknej książce Rok Polski, tak pięknie opisując nasze narodowe najważniejsze dni, w których czasem nieświadomie, przez całe życie emocjonując się uczestniczymy… Ta myśl opanowuje mnie zawsze na przełomie roku, gdy na horyzoncie pojawiają się święta Bożego Narodzenia i ta godzina będąca cezurą nowego i starego roku, kiedy wznosimy lampkę z szampanem, życząc sobie wzajem co najlepsze na nowy rok…
Zanim jednak dojrzeliśmy do lampki szampana…
Czekaliśmy z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza, spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano!… Szczęściem w domu nie było fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach, przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie wystarczyło na cały okres adwentowy.
Umileniem okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu, uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręcza podarunki, to nie dostanę paczki… Łzy się lały, serce do gardła podchodziło, kurczowo się trzymałem mamy czy taty i szedłem… A cały czarny Diabeł z czerwonym ozorem, rogami i długim ogonem skakał po scenie dokuczając wszystkim! Dzieci bronił jasnowłosy Anioł ze złożonymi dłońmi, złotą aureolą, białymi skrzydłami. I choć emanowała od niego dobroć, to niewiele mógł wskórać – nie miał wideł, a Diabeł wcale się go nie bał! Tymczasem Święty Mikołaj spoglądał spod gęstych siwych brwi i pytał:
– Jak masz na imię chłopczyku? Ile masz lat chłopczyku? A byłeś grzeczny? Na religię chodziłeś?
Kiedy się w końcu rozkręcałem i już, już sięgałem po paczkę, padały słowa najgorsze…
– To powiedz nam jakiś wierszyk…
A tu trema, nic nie pamiętam, mimo próśb i podpowiedzi mamy… W końcu coś tam pod nosem wybąkałem, a wydarzenie stało się stałą opowieścią rodzinną, ku mojej wściekłości, bo przecież nie ten wierszyk miałem powiedzieć…
Idzie jeż, idzie
jeż,
Może ciebie pokłuć też!
Pyta wróbel:
„Panie jeżu,
Co to pan ma na kołnierzu?”
„Mam ja igły,
ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”
(Jan Brzechwa, Jeż – fragment)
A śmiali się ze mnie, bo w moim wieku bałem się wizyt u fryzjera! W Rozwadowie było wtedy dwóch fryzjerów. Pan Magda, lekko jąkający się, miał swój męski zakład fryzjerski przy ul. Jagiellońskiej, a w Rynku strzygł i paniom układał koafiury pan Szklener. Ponieważ do fryzjera byłem prowadzony przez tatę, to wędrowaliśmy do zakopconego papierochami „salonu” fryzjerskiego Magdy. Tam na krzesłach siedziało męskie towarzystwo i politykowało! W małym Rozwadowie znali się wszyscy jak łyse konie! A o polityce w czasach komuny rozmawiać, i to krytycznie, to była nie lada odwaga! Dlatego też dla kurażu wszyscy od czasu do czasu zachodzili za parawan, a jak wracali, temperatura dyskusji stawała się coraz bardziej gorętsza… Po latach dowiedziałem się, że odwiedziny u fryzjera Magdy były nie lada atrakcją dzięki parawanowi, za którym wszyscy, fryzjerzy i ich klienci, popijali gorzałkę. Z jaką fryzurą musiał wychodzić od Magdy ostatni klient?... A ze mnie mieli nie lada zabawę, bo w domu i u fryzjera, jak siadałem na krzesło przed lustrem, recytowali…
„Mam ja igły, ostre
igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”
A z Mikołajem też było dziwnie, bo ledwie święta się skończyły, a tu nagle w styczniową niedzielę pojawiał się dla odmiany Dziadek Mróz. Długo nie mogłem zrozumieć na czym polega różnica między tym grudniowym, a tym styczniowym uszczęśliwiaczem dzieci… Na pewno ten grudniowy oprócz słodyczy przynosił zabawki, a później praktyczne – choćby ubraniowe – rzeczy, to ten styczniowy same słodycze i – jak miał dobry humor – pomarańcze! No i jeszcze jedna atrakcja z jego wizytą się wiązała. Zabawa! W końcu to był sylwester! A zabawę organizował zakład pracy rodziców. Panie, moja mama – Stanisława, panie Marysia Smoła, Teresa Struwe, Marysia Burdyna, Irena Baranowa, Stasia Krakowiak – pracownice Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, spotykały się po godzinach i z kolorowych papierków robiły czapki dla dzieci. Zapraszali muzykanta, bo nie było wtedy tak powszechnych później adapterów! Tym muzykantem był zazwyczaj świetnie grający na harmonii nasz starszy kolega Andrzej Karakuła. Zabawy styczniowe odbywały najpierw w sali świetlicy na stolarni – przy ul. Strażackiej, a później, jak Rozbudowa otrzymała do użytkowania budynek Sokoła – w jego pięknej sali. Ale to było później, kiedy zamiast harmonisty przygrywał nam zespół beatowy, w którym prym wiódł Jerzyk Krawczyk, grający jako pierwszy w Rozwadowie na prawdziwej czerwonej elektrycznej gitarze! A nam – szalonym wtedy dzieciakom – było wszystko jedno, czy Święty Mikołaj czy Dziadek Mróz. Ważna była zabawa z coraz ładniejszymi dziewczynami…
Po latach dowiedziałem się, że tradycja związana z wizytami Świętego Mikołaja w klasztorze OO. Kapucynów ma swoją historię w naszej rodzinie. Otóż w świcie Świętego Mikołaja przynajmniej kilka razy wędrował, oczywiście jako Diabeł, wujek Zdzisław Kosierb – brat mojej mamy… Był uczniem gimnazjum w rozwadowskim konwencie kapucynów. Że przypadała mu rola Diabła – nic dziwnego, bowiem psoty trzymały się go przez całe życie! Jego wybryki wspominał też ks. Prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski, który był wówczas jego szkolnym kolegą.
Euforia mikołajowa musiała nam wystarczyć do samych świąt!
Święta w naszym domu miały dodatkowy wymiar – imieniny taty Adama. Dla mamy było to nie lada wyzwanie, bowiem dzień przed wigilią zwalali się do nas goście. Ledwie wrócili z pracy, a czasem już podochoceni imieninowymi życzeniami w pracy, wprost z biura, trwali przy stole, w oparach tytoniu i wódeczności wszelakiej czasem do bladego świtu, który tak łatwo w najdłuższą noc roku nie przychodził… Tak więc przebudzenia wigilijne nie zawsze były radosne, życie solenizantowi uprzykrzał czasami „tupot białych mew”… Mimo wszystko uśmiech wspomnień radosnej imieninowej libacji umilał cierpienia, bowiem podczas imienin działo się oj działo!
Jedno z takich wydarzeń na stałe wpisało się w rodzinne opowieści, bowiem „Nynuś” – czyli ja, byłem jeszcze zwierzęciem towarzyskim i lubiłem błyszczeć wśród znajomych rodziców. W końcu byli to mili i wspaniali ludzie, przyjacioły, mogli na siebie liczyć w różnych sytuacjach i na każdej płaszczyźnie. To, co chcę opowiedzieć stało się zapewne już po wizycie sąsiadki, pani Marii Grodeckiej, która pojawiała się zawsze z życzeniami i półmiskiem pysznego kremu cytrynowego na podłożu galaretki orzechowej, zasiadała przy pianinie, na którym grała i śpiewała ulubioną przez wszystkich solenizantów pieśń „Sto lat!...”, potem wypływała spod jej palców wiązanka kolęd, w końcu wypijała kieliszek koniaku i uciekała do swojego mieszkania. Od tego momentu można było robić wszystko! Przede wszystkim opowiadać nieprzyzwoite dowcipy. Śpiewano też różne pieśni biesiadne, albo ułańskie. W śpiewach dominowały panie Janina i Marta Krupa – pełne dowcipu i radości kobiety! Rodzice stawiali też na pociechy! Podchmieleni i podochoceni postawili mnie kiedyś na stole, kazali powiedzieć znany już wierszyk o jeżu, a na koniec krzyknąć: Hura goście! Co też chętnie czyniłem. Tyle, że zamiast „r”, wymawiałem „j”. Do dzisiaj mi to przy każdym spotkaniu przypominają…
Dokąd się udawało, choinkę u nas ubierały Aniołki… Gdzieś nad ranem, z pokoju nazywanego „stołowym” dobiegał dźwięk porcelanowego dzwoneczka wiszącego od zawsze na choince… I znowu nie udało się zdążyć, by przyłapać Aniołka przy choince… Gdy byliśmy więksi, pomagaliśmy rodzicom w strojeniu drzewka. Jodełka przyjeżdżała do nas prosto z lasów janowskich. Pamiętam, że towarzyszył temu zawsze stres… Nigdy tato nie przynosił choinki za dnia, by jakiś milicjant nie zaczepił go i nie zażądał „kwitu” na drzewko. Milicja była wtedy nastawiona na wyłapywanie nielegalnych wycinaczy choinek. Tato dopiero wieczorem, przemykał się z „trefnym towarem”… Ale dzięki temu w naszym domu choinka była zawsze piękna, gęsta, sięgająca „szpicem” sufitu. I była to jodła, a nie jakiś szybko tracący igły świerk… Wisiały na niej zawsze piękne bańki, kolorowe, migocące się w mrugającym światełkach. Pamiętam pierwsze elektryczne światełka. Były to małe latarkowe żaróweczki owinięte kolorową folią. Dopiero dużo później na rynku pojawiły się cudeńka rosyjskie i chińskie… Choinka opasana była z mozołem wycinanym i klejonym łańcuchem z kolorowego papieru. Pachnące lasem gałęzie jodły pokrywała gruba warstwa watowego śniegu, a jedno co po Aniołach pozostawało na choince, to srebrne „anielskie włosy” spływające ze szczytu aż po najniższe gałęzie. Oprócz baniek na gałęziach wisiały jabłka, orzechy owinięte sreberkami i karmelki – cukierki owinięte kolorowymi bibułkami z pociętymi końcówkami… Sopelki, „mieszanka wedlowska” z najsmaczniejszymi cukierkami „bajecznymi” i „pierrotami”, czekoladki „kasztanki” i „malaga”… Ileż w tamtych czasach zachodu musiało kosztować znalezienie takich smakołyków na choinkę. A ze strony dzieci jakież to poświęcenie, by większość łakoci dotrwała do święta Matki Boskiej Gromnicznej, kiedy to choinkę rozbierano… Prawdę mówiąc niewiele słodyczy miało szansę dotrwać do tego dnia, ale w gęstwinie gałęzi, ozdób choinkowych zawsze jakieś łakocie uchowały się przed łakomczuchami… Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam jakże śmieszne wydarzenie związane z choinką. Musiałem mieć wtedy 2-3 lata, bowiem mieszkaliśmy jeszcze przy ul Słowackiego (dzisiaj Rozwadowska) w wynajmowanym od pana Turka domu. Była ostra zima, a ja ciężko przeziębiony leżałem w łóżku. Mama pewnie miała opiekę, bo odwiedziła ją koleżanka z pracy – pani Maria Hanausek z Tarnobrzega. Podczas tego spotkania na choince nagle coś się zakotłowało! Panie wpadły w panikę! A to była tylko mała myszka, która wspięła się niezauważalnie na drzewko i dobrała się do jakiegoś cukierka. Pewnie dlatego noszę w pamięci to wydarzenie…
Przygotowania do wieczerzy wigilijnej trwały od połowy grudnia. Sklepy, to jedno… Trzeba było mieć „dojścia” lub wiedzieć kiedy „rzucą” pomarańcze kubańskie czy cytryny z jakiegoś innego egzotycznego kraju, słodycze w czekoladzie czy kawę… To były wyzwania! Kilka dni wcześniej wanna była anektowana przez karpie. Kuchnia pracowała na wysokich obrotach! W naszym rozwadowskim mieszkaniu nie było gazu ani centralnego ogrzewania. W piecu kuchennym ogień buzował od rana do nocy! Na rozgrzanych do czerwoności fajerkach gotował się barszcz wigilijny, w ręcznej maszynce tata mielił mak na makowce i tort makowy, na stolnicy mama wałowała ciasto na uszka i pierogi… A gdy te były przygotowane, w obroty szła makutra i wiercioch, w której ucierana była masa, najczęściej orzechowa, do świątecznego tortu. Na święta, ponieważ to były też imieniny taty, przygotowywane były zazwyczaj dwa torty. Największą liczbę smakoszów miały torty makowy i orzechowy… Ciasto tortowe było bardzo delikatne, pieczone w okrągłej tortownicy. Nasączane rumem, koniaczkiem, olejkami smakowymi i zapachowymi. Jak się już tortowe ciasto upiekło następował najtrudniejszy moment – przekładanie tortu masą. Potrzebny był długi nóż moczony w gorącej wodzie, potem mama nauczyła się przecinać tort nitką… Gdy się to udało, następował najciekawszy moment pracy przy torcie – zdobienie! Kafle kuchennego pieca trzymały ciepło, w piekarniku piekły się różnego rodzaju mięsiwa. Babcia Leokadia Paluch z Żabna na święta zawsze ofiarowywała nam indyka. Kiedy już babci nie było, ciotka Teodozja Pyrkosz mieszkająca w Witkowicach, dostarczała nam w prezencie gęś. Prezent wspaniały i smakowity. Zanim jednak trafił do piekarnika, trzeba było oskubać z piór… Kiedy się z tym mama uporała, robiła nadzienie i piekła ptaszysko, a w kuchni panował nieziemski zapach, nie wspominając niepowtarzalnego smaku. Jednak najciekawszą czynnością była operacja nadziewania i zaszywania ptaszydła nitką i zwykłą igłą. Jakże się temu nie mogłem nadziwić! A w chlebowym piecu, poniżej piekarnika, piekły się ciasta! Przede wszystkim drożdżowe. Makowniki, nadziewane powidłami, słodkim serem, bułeczki jagodowe… Placki przed włożeniem do piekarnika „malowane” były białkiem kurzego jajka, by wypieczona skórka miała „połysk”.. Służył do tego specjalny pędzel, który zrobiła babcia Leokadia z gęsich piór. Ciasta były wsuwane do pieca drewnianą łopatą – jak w piekarni… Era pieców skończyła się szybko, wyparły je elektryczne prodiże i piekarniki, a w końcu wygodne piecyki gazowe.
Wigilia zaczynała się wraz z rozbłyśnięciem na nieboskłonie pierwszej gwiazdki… Gdy niebo było bezchmurne – nie było problemu… Spory o to, czy wigilię zaczynać, czy jeszcze nie, zaczynały się, gdy padał śnieg, a niebo było zachmurzone. W końcu zasiadaliśmy przy stole okrytym białym obrusem, pod którym były źdźbła siana, stał stroik z zapaloną świecą i opłatkami… Opłatki w Rozwadowie roznosił organista z fary, pan Marian Ziemiański. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego – rozwadowskiego proboszcza w latach 1933-1967. Organista, z czarnym wąsikiem pod nosem, ubrany w ciemny płaszcz z kołnierzem z nutrii, kapeluszem na głowie, chodził w grudniu z przewieszonym przez ramię wiklinowym koszykiem wypełnionym opłatkami. Znał w Rozwadowie wszystkich! Z każdym zamienił kilka zdań, opowiedział jakiś dowcip, przekazał miejscową plotkę. Poczęstowany, nigdy nie odmawiał, wypijał kieliszek wódki i szedł dalej! I tak do popołudnia! Jak on grał i śpiewał podczas wieczornych nieszporów?! Nie przepadałem za naszym organistą. Bardziej lubiłem jego żonę – panią Walerię. Zajmowała się ogrodnictwem i hodowlą kwiatów. Mieszkali w dawnej wikarówce, naprzeciw klasztoru. Potem przenieśli się pod Charzewice… Pamiętam ją jako dużą kobietę, była chyba wyższa i dużo tęższa od męża, z krótkimi siwymi włosami, miła i życzliwa. Miał Ziemiański jednak opłatkowego konkurenta w Rozwadowie, którego byłem zwolennikiem… Był nim brat Filip z klasztoru kapucynów, wysoki, gruby, z długą siwą brodą. W klasztorze odgrywał rolę św. Mikołaja, także z tego powodu, że nie musiał się charakteryzować. Pewnie dlatego dzieci uwielbiały go! Po niedzielnych mszach częstował cukierkami i rozdawał obrazki ze świętymi postaciami. Zawsze zastanawiałem się, skąd oni brali opłatki. Przecież w sklepach ich nie było. Pewnego dnia, na zapleczu zakrystii, znaleźliśmy z Jankiem Sudołem metalowe szczypce do wypieku prostokątnych opłatków. Teraz można je obejrzeć w stalowowolskim Muzeum Regionalnym. Tak więc rozwadowscy kapucyni sami produkowali opłatki! A jak to robili opowiadał nam brat Józef, który był wtedy zakrystianem w rozwadowskim klasztorze w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku.
Moja najwcześniej zapamiętana Wigilia wiąże się z Charzewicami… A właściwie scena utrwalona na fotografii… To był 1956 rok. Miałem niecałe dwa lata… Byliśmy w domu rodzinnym mojej mamy, w którym mieszkali już Grązowie. Najstarsza siostra mojej mamy – ciocia Ziutka, czyli Józefa. Wyszła za mąż za Stanisława Grąza, który pracował na kolei, a oprócz tego udzielał się społecznie, także jako sołtys Charzewic. Mieli dwóch synów – Mariusza i Andrzeja. Nie wiem, jak wyglądały moje pierwsze święta Bożego Narodzenia. Dzisiaj nawet już nie mam kogo zapytać… Została tylko ta fotografia z 1956 roku. Kiedy mój tata wykonywał tę fotografię, na świecie nie było jeszcze mojej siostry Anny, nie było też dziadka Piotra – maszynisty parowozowego, zmarł w maju 1956 roku. Nie wiem, jakiego aparatu używał. Czy miał już Veltę, która była potem moim pierwszym aparatem fotograficznym? Zastanawiam się też, skąd miał lampę błyskową, bo zdjęcie wykonane jest w ciemnym pokoju… Widać świecące lampki na choince. W powietrzu unosił się zapewne zapach powszechnej wtedy jodły i ciast. Ciocia Ziutka była mistrzynią wypieków! Przy okrągłym stole, przykrytym białym obrusem, chyba po wieczerzy już, siedzą wuj Stanisław z Mariuszem, zasłonięta fiołkiem alpejskim babcia Monika Kosierb, jej syn Stanisław z Andrzejem Grązem, obok ciocia Marta Moskal i Marysia Kosierbianka… Nad wszystkimi oczywiście ja sprawuję kontrolę, trzymany na rękach cioci Ziutki, która była moją chrzestną mamą.
Wigilia zaczynała się od życzeń, łamania się opłatkiem…
– Zdrowych i wesołych świąt…
– Spełnienia marzeń…
– Niech ci Boża Dziecina błogosławi…
Słyszało się ciepło płynące życzenia, przytulenia, delikatny trzask łamanego opłatka… W tle płynęły dźwięki kolęd… Choinka błyskała kolorowymi światełkami… Było miło, ciepło, radośnie, uroczyście.
W końcu wigilijne menu – dwanaście obowiązkowych potraw, które trzeba było spożyć! Po całodziennym ścisłym poście niby nic trudnego… Po spożyciu barszczu z uszkami (uszka obowiązkowo z farszem z suszonych grzybów!), nie miałem już pewności, czy kolejnych jedenaście dań będę w stanie zjeść… A były to pierogi z kapustą i grzybami, pierogi ruskie, kapusta z grochem, ryby – śledź w śmietanie, karp w galarecie (po żydowsku), karp po grecku i w końcu karp smażony, do tego ziemniaki, chleb i na słodko makownik… A do picia – kompot z suszu! Taki zestaw mógł smakować tylko w czasie Wigilii! Mieliśmy zawsze problem ze stwierdzeniem, czy w czasie Wigilijnej Nocy zwierzęta poczęstowane opłatkiem (w zestawie opłatkowym zawsze był zielonkawy lub czerwony płatek przeznaczony dla zwierząt) przemówią...
Wigilia, a właściwie czas po kolacji wigilijnej, była też przedłużeniem imienin taty. Wtedy zawsze przychodzili państwo Pukowie. Czesław był kolegą taty z dzieciństwa. Czas przed pasterką zamieniał się w godziny wspomnień! Wznosząc toasty, coraz bardziej oddalali się w czas przeszły… A mieli co wspominać, bo dzieciństwo przypadło im na czas wojny.
I w końcu pasterka! To było fascynujące, środek nocy, a nasze miasteczko, zasypane śniegiem, wypełnione ludźmi zmierzającymi w milczeniu do kościoła! Wokół ciemność rozświetlana latarniami i cisza zakłócana jedynie skrzypieniem kroków przez zmrożony śnieg… A gdy wybiła północ, z kościoła popłynęła chyba najpopularniejsza kolęda – Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi… A potem Bóg się rodzi, Lulajże Jezuniu i następne rozgrzewające pieśni! O panu Czesławie tato opowiada często jest anegdotę, jakoby śpiewając kolędę Z narodzenia Pana, z uporem śpiewał frazę refrenu: skąd ta łuna bije, w sposób: skąd ta ona bije… Wyraziście podkreślając słowo: ona. Gdy zwrócono mu uwagę, powiedział, że może na wsi śpiewają łuna, ale przecież jesteśmy w mieście i używamy języka literackiego… I nie dał sobie wytłumaczyć, że w pieśni chodzi o łunę, a nie oną…
Powroty z pasterki już takie spokojne nie były! Opowiadała mama, jak to rozochoceni młodzieńcy w Charzewicach wynieśli na dach ich domu wóz, zamalowali okna, a innym razem zatkali słomą komin… W domu były trzy panny do wzięcia… W niebezpieczeństwie były też bramy do gospodarstw. Ojcowie córek na wydaniu musieli się w tę noc mieć na baczności!
Poranek pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia zazwyczaj był spokojny i cichy. Nawet w kościele nie odprawiano – po pasterce – porannych mszy świętych.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz