Od lat
chodzi mi po głowie myśl, by opisać „swój rok”. Tak jak zrobiła to Zofia Kossak
Szczucka w pięknej książce Rok Polski,
tak pięknie opisując nasze narodowe najważniejsze dni, w których czasem
nieświadomie, przez całe życie emocjonując się uczestniczymy… Ta myśl opanowuje
mnie zawsze na przełomie roku, gdy na horyzoncie pojawiają się święta Bożego
Narodzenia i ta godzina będąca cezurą nowego i starego roku, kiedy wznosimy
lampkę z szampanem, życząc sobie wzajem co najlepsze na nowy rok…
Zanim
jednak dojrzeliśmy do lampki szampana…

Czekaliśmy
z utęsknieniem na święta Bożego Narodzenia. Adwent… Więc poandrzejkowa cisza,
spokój… Pamiętam, że na religii kazali robić jakieś lampiony, z którymi
mieliśmy chodzić na roraty na szóstą rano!… Szczęściem w domu nie było
fundamentalizmu religijnego, choć z drugiej strony przecież wczesne wstawanie
nie jest złe, nikomu nie zaszkodziło a z czasem nawet procentuje… W końcu
zimne, mroczne, niekiedy rozśnieżone poranki roratowe, tchnęły swoistym
romantyzmem… Zaspane, milczące dzieci z opiekunami – zazwyczaj babciami, w moim
przypadku była to ciocia Marta Moskal, z kolorowymi lampionami w rękach,
przedzierały się przez ciemność grudniowego poranka… W Rozwadowie nad ranem
latarnie uliczne już nie świeciły – miasto oszczędzało. Przedzieraliśmy się
więc przez autentyczną mroczność chodnikiem wzdłuż klasztornego muru. Dopiero
przy świątyni jarzyła się jakaś żarówczyna. Ale i w kościele panowała przecież
ciemność. Tak nakazywał obyczaj kościelny, wszak lampiony roratowe związane
były z przypowieścią o „pannach roztropnych i głupich” oczekujących na
oblubieńca z oliwnymi lampkami… Lampion był wykonywany z kartonu. Wycięte
otwory zaklejaliśmy kolorowymi bibułkami, na których co sprawniejsi
plastycznie, malowali jakieś religijne sceny. W lampionie umieszczało się
świecę, ale mający pomysłowych rodziców, w lampionie mieli płaską baterię
centry i świecącą małą żaróweczkę od latarki… Zapału religijnego nigdy mi nie
wystarczyło na cały okres adwentowy.
Umileniem
okresu oczekiwania na święta – czy może na łączące się z nimi ferie zimowe, bo
za moich szkolnych czasów ferie zaczynały się dzień przed wigilią i kończyły po
święcie Trzech Króli – była wizyta Świętego Mikołaja! Jakaż to radość z
odkrywanych pod łóżkiem prezentów! Ale oprócz tych pozostawianych w nocy
podarunków, święty zapraszał dzieci a to do rozwadowskiego Sokoła, albo do
refektarza u OO. Kapucynów… A tam, strach, płacz i pokonywanie odwagi… Bo
przecież jak nie pójdę na scenę, gdzie z siwą brodą biskup woła cię po imieniu,
uśmiechając się dobrotliwie i głaszcząc po głowie wręcza podarunki, to nie
dostanę paczki… Łzy się lały, serce do gardła podchodziło, kurczowo się
trzymałem mamy czy taty i szedłem… A cały czarny Diabeł z czerwonym ozorem,
rogami i długim ogonem skakał po scenie dokuczając wszystkim! Dzieci bronił
jasnowłosy Anioł ze złożonymi dłońmi, złotą aureolą, białymi skrzydłami. I choć
emanowała od niego dobroć, to niewiele mógł wskórać – nie miał wideł, a Diabeł
wcale się go nie bał! Tymczasem Święty Mikołaj spoglądał spod gęstych siwych
brwi i pytał:
– Jak
masz na imię chłopczyku? Ile masz lat chłopczyku? A byłeś grzeczny? Na religię
chodziłeś?
Kiedy się
w końcu rozkręcałem i już, już sięgałem po paczkę, padały słowa najgorsze…
– To
powiedz nam jakiś wierszyk…
A tu
trema, nic nie pamiętam, mimo próśb i podpowiedzi mamy… W końcu coś tam pod
nosem wybąkałem, a wydarzenie stało się stałą opowieścią rodzinną, ku mojej
wściekłości, bo przecież nie ten wierszyk miałem powiedzieć…
Idzie jeż, idzie
jeż,
Może ciebie pokłuć też!
Pyta wróbel:
„Panie jeżu,
Co to pan ma na kołnierzu?”
„Mam ja igły,
ostre igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”
(Jan
Brzechwa, Jeż – fragment)
A
śmiali się ze mnie, bo w moim wieku bałem się wizyt u fryzjera! W Rozwadowie
było wtedy dwóch fryzjerów. Pan Magda, lekko jąkający się, miał swój męski
zakład fryzjerski przy ul. Jagiellońskiej, a w Rynku strzygł i paniom układał
koafiury pan Szklener. Ponieważ do fryzjera byłem prowadzony przez tatę, to
wędrowaliśmy do zakopconego papierochami „salonu” fryzjerskiego Magdy. Tam na
krzesłach siedziało męskie towarzystwo i politykowało! W małym Rozwadowie znali
się wszyscy jak łyse konie! A o polityce w czasach komuny rozmawiać, i to
krytycznie, to była nie lada odwaga! Dlatego też dla kurażu wszyscy od czasu do
czasu zachodzili za parawan, a jak wracali, temperatura dyskusji stawała się
coraz bardziej gorętsza… Po latach dowiedziałem się, że odwiedziny u fryzjera
Magdy były nie lada atrakcją dzięki parawanowi, za którym wszyscy, fryzjerzy i
ich klienci, popijali gorzałkę. Z jaką fryzurą musiał wychodzić od Magdy
ostatni klient?... A ze mnie mieli nie lada zabawę, bo w domu i u fryzjera, jak
siadałem na krzesło przed lustrem, recytowali…
„Mam ja igły, ostre
igły,
Bo mnie wróble nie ostrzygły!”
A
z Mikołajem też było dziwnie, bo ledwie święta się skończyły, a tu nagle w
styczniową niedzielę pojawiał się dla odmiany Dziadek Mróz. Długo nie mogłem
zrozumieć na czym polega różnica między tym grudniowym, a tym styczniowym
uszczęśliwiaczem dzieci… Na pewno ten grudniowy oprócz słodyczy przynosił
zabawki, a później praktyczne – choćby ubraniowe – rzeczy, to ten styczniowy
same słodycze i – jak miał dobry humor – pomarańcze! No i jeszcze jedna
atrakcja z jego wizytą się wiązała. Zabawa! W końcu to był sylwester! A zabawę
organizował zakład pracy rodziców. Panie, moja mama – Stanisława, panie Marysia
Smoła, Teresa Struwe, Marysia Burdyna, Irena Baranowa,
Stasia Krakowiak – pracownice Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, spotykały
się po godzinach i z kolorowych papierków robiły czapki dla dzieci. Zapraszali
muzykanta, bo nie było wtedy tak powszechnych później adapterów! Tym muzykantem
był zazwyczaj świetnie grający na harmonii nasz starszy kolega Andrzej
Karakuła. Zabawy styczniowe odbywały najpierw w sali świetlicy na stolarni –
przy ul. Strażackiej, a później, jak Rozbudowa otrzymała do użytkowania budynek
Sokoła – w jego pięknej sali. Ale to było później, kiedy zamiast harmonisty
przygrywał nam zespół beatowy, w którym prym wiódł Jerzyk Krawczyk, grający
jako pierwszy w Rozwadowie na prawdziwej czerwonej elektrycznej gitarze! A nam
– szalonym wtedy dzieciakom – było wszystko jedno, czy Święty Mikołaj czy
Dziadek Mróz. Ważna była zabawa z coraz ładniejszymi dziewczynami…
Po
latach dowiedziałem się, że tradycja związana z wizytami Świętego Mikołaja w
klasztorze OO. Kapucynów ma swoją historię w naszej rodzinie. Otóż w świcie
Świętego Mikołaja przynajmniej kilka razy wędrował, oczywiście jako Diabeł,
wujek Zdzisław Kosierb – brat mojej mamy… Był uczniem gimnazjum w rozwadowskim
konwencie kapucynów. Że przypadała mu rola Diabła – nic dziwnego, bowiem psoty
trzymały się go przez całe życie! Jego wybryki wspominał też ks. Prof. Wilhelm
Gaj-Piotrowski, który był wówczas jego szkolnym kolegą.
Euforia
mikołajowa musiała nam wystarczyć do samych świąt!
Święta
w naszym domu miały dodatkowy wymiar – imieniny taty Adama. Dla mamy było to
nie lada wyzwanie, bowiem dzień przed wigilią zwalali się do nas goście. Ledwie
wrócili z pracy, a czasem już podochoceni imieninowymi życzeniami w pracy,
wprost z biura, trwali przy stole, w oparach tytoniu i wódeczności wszelakiej
czasem do bladego świtu, który tak łatwo w najdłuższą noc roku nie przychodził…
Tak więc przebudzenia wigilijne nie zawsze były radosne, życie solenizantowi uprzykrzał
czasami „tupot białych mew”… Mimo wszystko uśmiech wspomnień radosnej
imieninowej libacji umilał cierpienia, bowiem podczas imienin działo się oj
działo!
Jedno
z takich wydarzeń na stałe wpisało się w rodzinne opowieści, bowiem „Nynuś” –
czyli ja, byłem jeszcze zwierzęciem towarzyskim i lubiłem błyszczeć wśród
znajomych rodziców. W końcu byli to mili i wspaniali ludzie, przyjacioły, mogli
na siebie liczyć w różnych sytuacjach i na każdej płaszczyźnie. To, co chcę
opowiedzieć stało się zapewne już po wizycie sąsiadki, pani Marii Grodeckiej,
która pojawiała się zawsze z życzeniami i półmiskiem pysznego kremu cytrynowego
na podłożu galaretki orzechowej, zasiadała przy pianinie, na którym grała i
śpiewała ulubioną przez wszystkich solenizantów pieśń „Sto lat!...”, potem wypływała
spod jej palców wiązanka kolęd, w końcu wypijała kieliszek koniaku i uciekała
do swojego mieszkania. Od tego momentu można było robić wszystko! Przede
wszystkim opowiadać nieprzyzwoite dowcipy. Śpiewano też różne pieśni biesiadne,
albo ułańskie. W śpiewach dominowały panie Janina i Marta Krupa – pełne dowcipu
i radości kobiety! Rodzice stawiali też na pociechy! Podchmieleni i podochoceni
postawili mnie kiedyś na stole, kazali powiedzieć znany już wierszyk o jeżu, a
na koniec krzyknąć: Hura goście! Co
też chętnie czyniłem. Tyle, że zamiast „r”, wymawiałem „j”. Do dzisiaj mi to przy
każdym spotkaniu przypominają…
Dokąd
się udawało, choinkę u nas ubierały Aniołki… Gdzieś nad ranem, z pokoju
nazywanego „stołowym” dobiegał dźwięk porcelanowego dzwoneczka wiszącego od
zawsze na choince… I znowu nie udało się zdążyć, by przyłapać Aniołka przy
choince… Gdy byliśmy więksi, pomagaliśmy rodzicom w strojeniu drzewka. Jodełka
przyjeżdżała do nas prosto z lasów janowskich. Pamiętam, że towarzyszył temu
zawsze stres… Nigdy tato nie przynosił choinki za dnia, by jakiś milicjant nie
zaczepił go i nie zażądał „kwitu” na drzewko. Milicja była wtedy nastawiona na
wyłapywanie nielegalnych wycinaczy choinek. Tato dopiero wieczorem, przemykał
się z „trefnym towarem”… Ale dzięki temu w naszym domu choinka była zawsze
piękna, gęsta, sięgająca „szpicem” sufitu. I była to jodła, a nie jakiś szybko
tracący igły świerk… Wisiały na niej zawsze piękne bańki, kolorowe, migocące
się w mrugającym światełkach. Pamiętam pierwsze elektryczne światełka. Były to
małe latarkowe żaróweczki owinięte kolorową folią. Dopiero dużo później na
rynku pojawiły się cudeńka rosyjskie i chińskie… Choinka opasana była z mozołem
wycinanym i klejonym łańcuchem z kolorowego papieru. Pachnące lasem gałęzie
jodły pokrywała gruba warstwa watowego śniegu, a jedno co po Aniołach
pozostawało na choince, to srebrne „anielskie włosy” spływające ze szczytu aż po
najniższe gałęzie. Oprócz baniek na gałęziach wisiały jabłka, orzechy owinięte
sreberkami i karmelki – cukierki owinięte kolorowymi bibułkami z pociętymi
końcówkami… Sopelki, „mieszanka wedlowska” z najsmaczniejszymi cukierkami
„bajecznymi” i „pierrotami”, czekoladki „kasztanki” i „malaga”… Ileż w tamtych
czasach zachodu musiało kosztować znalezienie takich smakołyków na choinkę. A
ze strony dzieci jakież to poświęcenie, by większość łakoci dotrwała do święta
Matki Boskiej Gromnicznej, kiedy to choinkę rozbierano… Prawdę mówiąc niewiele
słodyczy miało szansę dotrwać do tego dnia, ale w gęstwinie gałęzi, ozdób
choinkowych zawsze jakieś łakocie
uchowały się przed łakomczuchami… Z bardzo wczesnego dzieciństwa pamiętam jakże
śmieszne wydarzenie związane z choinką. Musiałem mieć wtedy 2-3 lata, bowiem
mieszkaliśmy jeszcze przy ul Słowackiego (dzisiaj Rozwadowska) w wynajmowanym
od pana Turka domu. Była ostra zima, a ja ciężko przeziębiony leżałem w łóżku.
Mama pewnie miała opiekę, bo odwiedziła ją koleżanka z pracy – pani Maria
Hanausek z Tarnobrzega. Podczas tego spotkania na choince nagle coś się
zakotłowało! Panie wpadły w panikę! A to była tylko mała myszka, która wspięła
się niezauważalnie na drzewko i dobrała się do jakiegoś cukierka. Pewnie
dlatego noszę w pamięci to wydarzenie…
Przygotowania
do wieczerzy wigilijnej trwały od połowy grudnia. Sklepy, to jedno… Trzeba było
mieć „dojścia” lub wiedzieć kiedy „rzucą” pomarańcze kubańskie czy cytryny z
jakiegoś innego egzotycznego kraju, słodycze w czekoladzie czy kawę… To były
wyzwania! Kilka dni wcześniej wanna była anektowana przez karpie. Kuchnia
pracowała na wysokich obrotach! W naszym rozwadowskim mieszkaniu nie było gazu
ani centralnego ogrzewania. W piecu kuchennym ogień buzował od rana do nocy! Na
rozgrzanych do czerwoności fajerkach gotował się barszcz wigilijny, w ręcznej
maszynce tata mielił mak na makowce i tort makowy, na stolnicy mama wałowała
ciasto na uszka i pierogi… A gdy te były przygotowane, w obroty szła makutra i wiercioch,
w której ucierana była masa, najczęściej orzechowa, do świątecznego tortu. Na
święta, ponieważ to były też imieniny taty, przygotowywane były zazwyczaj dwa
torty. Największą liczbę smakoszów miały torty makowy i orzechowy… Ciasto
tortowe było bardzo delikatne, pieczone w okrągłej tortownicy. Nasączane rumem,
koniaczkiem, olejkami smakowymi i zapachowymi. Jak się już tortowe ciasto
upiekło następował najtrudniejszy moment – przekładanie tortu masą. Potrzebny
był długi nóż moczony w gorącej wodzie, potem mama nauczyła się przecinać tort nitką…
Gdy się to udało, następował najciekawszy moment pracy przy torcie – zdobienie!
Kafle kuchennego pieca trzymały ciepło, w piekarniku piekły się różnego rodzaju
mięsiwa. Babcia Leokadia Paluch z Żabna na święta zawsze ofiarowywała nam
indyka. Kiedy już babci nie było, ciotka Teodozja Pyrkosz mieszkająca w
Witkowicach, dostarczała nam w prezencie gęś. Prezent wspaniały i smakowity.
Zanim jednak trafił do piekarnika, trzeba było oskubać z piór… Kiedy się z tym
mama uporała, robiła nadzienie i piekła ptaszysko, a w kuchni panował
nieziemski zapach, nie wspominając niepowtarzalnego smaku. Jednak najciekawszą czynnością
była operacja nadziewania i zaszywania ptaszydła nitką i zwykłą igłą. Jakże się
temu nie mogłem nadziwić! A w chlebowym piecu, poniżej piekarnika, piekły się ciasta!
Przede wszystkim drożdżowe. Makowniki, nadziewane powidłami, słodkim serem,
bułeczki jagodowe… Placki przed włożeniem do piekarnika „malowane” były białkiem
kurzego jajka, by wypieczona skórka miała „połysk”.. Służył do tego specjalny
pędzel, który zrobiła babcia Leokadia z gęsich piór. Ciasta były wsuwane do
pieca drewnianą łopatą – jak w piekarni… Era pieców skończyła się szybko,
wyparły je elektryczne prodiże i piekarniki, a w końcu wygodne piecyki gazowe.
Wigilia
zaczynała się wraz z rozbłyśnięciem na nieboskłonie pierwszej gwiazdki… Gdy
niebo było bezchmurne – nie było problemu… Spory o to, czy wigilię zaczynać,
czy jeszcze nie, zaczynały się, gdy padał śnieg, a niebo było zachmurzone. W końcu
zasiadaliśmy przy stole okrytym białym obrusem, pod którym były źdźbła siana,
stał stroik z zapaloną świecą i opłatkami… Opłatki w Rozwadowie roznosił
organista z fary, pan Marian Ziemiański. Był bratem ks. Aleksandra
Ziemiańskiego – rozwadowskiego proboszcza w latach 1933-1967. Organista, z
czarnym wąsikiem pod nosem, ubrany w ciemny płaszcz z kołnierzem z nutrii,
kapeluszem na głowie, chodził w grudniu z przewieszonym przez ramię wiklinowym
koszykiem wypełnionym opłatkami. Znał w Rozwadowie wszystkich! Z każdym
zamienił kilka zdań, opowiedział jakiś
dowcip, przekazał miejscową plotkę. Poczęstowany, nigdy nie odmawiał, wypijał
kieliszek wódki i szedł dalej! I tak do popołudnia! Jak on grał i śpiewał
podczas wieczornych nieszporów?! Nie przepadałem za naszym organistą. Bardziej
lubiłem jego żonę – panią Walerię. Zajmowała się ogrodnictwem i hodowlą
kwiatów. Mieszkali w dawnej wikarówce, naprzeciw klasztoru. Potem przenieśli
się pod Charzewice… Pamiętam ją jako dużą kobietę, była chyba wyższa i dużo
tęższa od męża, z krótkimi siwymi włosami, miła i życzliwa. Miał Ziemiański
jednak opłatkowego konkurenta w Rozwadowie, którego byłem zwolennikiem… Był nim
brat Filip z klasztoru kapucynów, wysoki, gruby, z długą siwą brodą. W
klasztorze odgrywał rolę św. Mikołaja, także z tego powodu, że nie musiał się charakteryzować.
Pewnie dlatego dzieci uwielbiały go! Po niedzielnych mszach częstował
cukierkami i rozdawał obrazki ze świętymi postaciami. Zawsze zastanawiałem się,
skąd oni brali opłatki. Przecież w sklepach ich nie było. Pewnego dnia, na
zapleczu zakrystii, znaleźliśmy z Jankiem Sudołem metalowe szczypce do wypieku
prostokątnych opłatków. Teraz można je obejrzeć w stalowowolskim Muzeum
Regionalnym. Tak więc rozwadowscy kapucyni sami produkowali opłatki! A jak to
robili opowiadał nam brat Józef, który był wtedy zakrystianem w rozwadowskim
klasztorze w połowie lat siedemdziesiątych XX wieku.
Moja
najwcześniej zapamiętana Wigilia wiąże się z Charzewicami… A właściwie scena
utrwalona na fotografii… To był 1956 rok. Miałem niecałe dwa lata… Byliśmy w
domu rodzinnym mojej mamy, w którym mieszkali już Grązowie. Najstarsza siostra
mojej mamy – ciocia Ziutka, czyli Józefa. Wyszła za mąż za Stanisława Grąza,
który pracował na kolei, a oprócz tego
udzielał się społecznie, także jako sołtys Charzewic. Mieli dwóch synów – Mariusza
i Andrzeja. Nie wiem, jak wyglądały moje pierwsze święta Bożego Narodzenia. Dzisiaj
nawet już nie mam kogo zapytać… Została tylko ta fotografia z 1956 roku. Kiedy
mój tata wykonywał tę fotografię, na świecie nie było jeszcze mojej siostry
Anny, nie było też dziadka Piotra – maszynisty parowozowego, zmarł w maju 1956
roku. Nie wiem, jakiego aparatu używał. Czy miał już Veltę, która była potem
moim pierwszym aparatem fotograficznym? Zastanawiam się też, skąd miał lampę
błyskową, bo zdjęcie wykonane jest w ciemnym pokoju… Widać świecące lampki na
choince. W powietrzu unosił się zapewne zapach powszechnej wtedy jodły i ciast.
Ciocia Ziutka była mistrzynią wypieków! Przy okrągłym stole, przykrytym białym
obrusem, chyba po wieczerzy już, siedzą wuj Stanisław z Mariuszem, zasłonięta
fiołkiem alpejskim babcia Monika Kosierb, jej syn Stanisław z Andrzejem Grązem,
obok ciocia Marta Moskal i Marysia Kosierbianka… Nad wszystkimi oczywiście ja
sprawuję kontrolę, trzymany na rękach cioci Ziutki, która była moją chrzestną
mamą.
Wigilia
zaczynała się od życzeń, łamania się opłatkiem…
–
Zdrowych i wesołych świąt…
–
Spełnienia marzeń…
–
Niech ci Boża Dziecina błogosławi…
Słyszało
się ciepło płynące życzenia, przytulenia, delikatny trzask łamanego opłatka… W
tle płynęły dźwięki kolęd… Choinka błyskała kolorowymi światełkami… Było miło,
ciepło, radośnie, uroczyście.
W
końcu wigilijne menu – dwanaście obowiązkowych potraw, które trzeba było
spożyć! Po całodziennym ścisłym poście niby nic trudnego… Po spożyciu barszczu
z uszkami (uszka obowiązkowo z farszem z suszonych grzybów!), nie miałem już
pewności, czy kolejnych jedenaście dań będę w stanie zjeść… A były to pierogi z
kapustą i grzybami, pierogi ruskie, kapusta z grochem, ryby – śledź w
śmietanie, karp w galarecie (po żydowsku), karp po grecku i w końcu karp
smażony, do tego ziemniaki, chleb i na słodko makownik… A do picia – kompot z
suszu! Taki zestaw mógł smakować tylko w czasie Wigilii! Mieliśmy zawsze
problem ze stwierdzeniem, czy w czasie Wigilijnej Nocy zwierzęta poczęstowane
opłatkiem (w zestawie opłatkowym zawsze był zielonkawy lub czerwony płatek
przeznaczony dla zwierząt) przemówią...
Wigilia,
a właściwie czas po kolacji wigilijnej, była też przedłużeniem imienin taty.
Wtedy zawsze przychodzili państwo Pukowie. Czesław był kolegą taty z
dzieciństwa. Czas przed pasterką zamieniał się w godziny wspomnień! Wznosząc
toasty, coraz bardziej oddalali się w czas przeszły… A mieli co wspominać, bo
dzieciństwo przypadło im na czas wojny.
I
w końcu pasterka! To było fascynujące, środek nocy, a nasze miasteczko,
zasypane śniegiem, wypełnione ludźmi zmierzającymi w milczeniu do kościoła!
Wokół ciemność rozświetlana latarniami i cisza zakłócana jedynie skrzypieniem
kroków przez zmrożony śnieg… A gdy wybiła północ, z kościoła popłynęła chyba
najpopularniejsza kolęda – Wśród nocnej
ciszy głos się rozchodzi… A potem Bóg
się rodzi, Lulajże Jezuniu i
następne rozgrzewające pieśni! O panu Czesławie tato opowiada często jest
anegdotę, jakoby śpiewając kolędę Z
narodzenia Pana, z uporem śpiewał frazę refrenu: skąd ta łuna bije, w sposób: skąd
ta ona bije… Wyraziście podkreślając słowo: ona. Gdy zwrócono mu uwagę, powiedział, że może na wsi śpiewają łuna, ale przecież jesteśmy w mieście i
używamy języka literackiego… I nie dał sobie wytłumaczyć, że w pieśni chodzi o
łunę, a nie oną…
Powroty
z pasterki już takie spokojne nie były! Opowiadała mama, jak to rozochoceni
młodzieńcy w Charzewicach wynieśli na dach ich domu wóz, zamalowali okna, a
innym razem zatkali słomą komin… W domu były trzy panny do wzięcia… W
niebezpieczeństwie były też bramy do gospodarstw. Ojcowie córek na wydaniu
musieli się w tę noc mieć na baczności!
Poranek
pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia zazwyczaj był spokojny i cichy. Nawet w
kościele nie odprawiano – po pasterce – porannych mszy świętych.