niedziela, 4 lutego 2024

Ach! Te pączki!

 


Tłusty czwartek, czyli początek ostatniego tygodnia Karnawału! Potem Ostatki i Popielec! Ileż się działo w czasie tych kilku dni! Prawdziwie spełniało się wtedy powiedzenie: Hulaj dusza! Piekła nie ma! I utrzymywał się ten hulaszczy tryb młodzieńczego życia do północy przed Środą Popielcową. Już rodzice dopilnowywali wtedy, żeby magnetofony zostały wyłączone, a rozgrzane do białości towarzystwo w ciszy rozeszło się do swych domów. A gdy emocje karnawałowe opadły, z pokorą wszyscy skłaniali głowę, gdy palce księdza – zazwyczaj dobrze znajomego – rozcierały popiół w rytm sentencji: prochem jesteś i w proch się obrócisz… W czasach, kiedy msza była odprawiana w języku łacińskim, te słowa musiały brzmieć: pulvis es et in pulverem reverteris… Właśnie sobie przypomniałem, że w czasach mego dzieciństwa, chcąc być ministrantem, trzeba było nauczyć się ministrantury po łacinie… Ten język tak mnie fascynował, że przez jakiś czas – będąc już w liceum – męczyłem o. Edmunda Haracza, gwardiana rozwadowskiego konwentu kapucynów, by udzielał mi lekcji łaciny. Jak długo wytrzymałem? A może to jego lekcje smętnego języka zmęczyły? Nie pamiętam! Jakkolwiek przydała się ta edukacja po paru latach, gdy na studiach przez dwa lata nauka języka łacińskiego, i pani Ludmiła Łuszczek, spędzała nam sen z powiek!

Wróćmy do pączków, na myśl o których zawsze przysłowiowa ślinka cieknie…  Pączki smażyć – bo nie piec – można zawsze, ale smakują – tak jak smażony karp tylko w czasie Wigilijnej kolacji – tylko w Zapusty! Swoją drogą – z pięknego zwyczaju zrobiono niezły interes. W sam Tłusty Czwartek statystyczny Polak zjada 2,5 pączka, a ogółem pożeramy w kraju 100 mln pączków! To są te ewidencjonowane pączki – wyprodukowane i sprzedane… A ile pączków usmażonych w domu zjadamy? Tego nikt nie policzy! Osobiście – mieszkając jeszcze w Rozwadowie – pochłaniałem tego dnia kilkanaście pączków! Obecnie staram się ograniczać, bo zdrowie nie to, ale kilka – ach to łakomstwo! – muszę zjeść!

Mama ugniata ciasto na pączki
Moja mama zazwyczaj smażyła pączki, nie tylko na Tłusty Czwartek, w wieczorne soboty. Pracę kończyli o 13.00 (kiedyś pracowało się w soboty, a i do szkoły w soboty się chodziło) i właściwie po zjedzeniu obiadu, zaczynała się procedura przygotowania do smażenia pączków. Przy okazji piekła też ciasto drożdżowe. Czasem makownik, ale z tym też było sporo ambarasu…  

Wstępem do całej pączkowej przygody było palenie w piecu! Kiedy mieszkaliśmy w Rozwadowie, w mieszkaniu były normalne piece kaflowe. Węgiel trzeba było przydźwigać z piwnicy… Piec kuchenny, stojący w kuchni, składał się z dwóch części:  palenisko pokryte żeliwnymi blachami, na których się gotowało; piec chlebowy – nieczęsto używany, zazwyczaj przy świętach, gdy mama piekła duże ilości ciasta. Tato rozpalał w piecu, by nagrzać maksymalnie pomieszczenie, w którym mama przygotowywała ciasto na pączki. Wszystkie drzwi do sąsiednich pokojów i przedpokoju były skrupulatnie zamykane i wszyscy starali się je otwierać tylko wtedy, kiedy rzeczywiście była taka konieczność. W kuchni musiało być jak w piekle! Wszystko po to, by ciasto rosło! Trzeba wspomnieć, że piszę o latach, kiedy zima była zimą. W styczniu zazwyczaj mróz bywał taki, że zaparowane szyby ozdobione były bajecznymi wzorami liści z tajemniczych ogrodów Królowej Lodu! Często temperatura spadała poniżej dwudziestu stopni i ku uciesze dzieciaków szkoła była zamykana na kilka dni. Hasaliśmy wtedy bez opamiętania po pobliskich „górkach” na sankach, nartach i łyżwach po zamarzniętych bajorach. Tak

Tato uciera żółtka
więc w kuchennym upale mama zaczynała procedurę zaczyniania ciasta pączkowego. Najpierw jednak tato ucierał żółtka z cukrem w naczyniu stojącym w gorącej wodzie… Musieli zawsze nieco więcej żółtek użyć, niż w przepisie, bo proceder podjadania „kogla mogla” pod pretekstem kosztowania – czy jak kto woli smakowania, czy już się dobrze cukier w żółtkach roztarł, był u nas dość powszechny. Kiedy jajka do białości były utarte i trafiły do ciasta, niezwykłą atrakcją i uprzywilejowaniem było wyskrobywanie z naczynia łyżeczką resztek „kogla mogla”!

Gdy ciasto było już wygniecione – mieszanina mąki, drożdży rozpuszczonych w mleku, masła, doprawione rumem i oczywiście utartych żółtek – zazwyczaj w ceramicznej makutrze, przykrywało się ją lnianą ściereczką i odstawiało na bok. Ciasto rosło! Mama od czasu do czasu odkrywała makutrę i patrzyła co się tam dzieje. Jak się pojawiały w cieście bąbelki, można było przechodzić do kolejnych czynności. Długo nie mogłem zrozumieć tego, że ciasto rośnie… Przy takiej okazji dowiedziałem się o magicznych właściwościach drożdży! Dlatego też starałem się cierpliwie znosić katusze pojenia mnie roztworem z drożdży, bym szybciej rósł… Kiedy czekaliśmy, by ciasto rosło, następował najgorszy dla mnie moment przy smażeniu pączków. Topienie smalcu! Jak strasznie nie znosiłem mdławego zapachu topionego smalcu! 

Wokół gorąco, mnie się słabo robiło, za oknem mróz, w sąsiednich pokojach zbawienny chłód – było dokąd, choćby na chwilę się schronić. Po latach, gdy mama używała już oleju, ten moment był łatwiejszy do zniesienia… Na stół kładziona była stolnica, po której mama rozprowadzała mąkę. Gdy ciasto było gotowe do dalszego przygotowywania, trafiało na stolnicę, na której było najpierw ręką rozpłaszczane, a potem wałkowane do grubości ok. 2 cm. Z takiego placka, za pomocą szklanki, mama formowała okrągłe placuszki. Ich ilość musiała być parzysta! Na połowę przygotowanych placków mama nakładała łyżeczką konfiturę z róży.

W tamtych czasach taką różaną konfiturę trzeba było samemu przygotować. Nie było supermarketów, Lidlów czy Biedronek, a tylko przepisy przekazywane przez mamy, babcie… Dlatego też, gdy zakwitała róża, nazywana dziką różą, ale też cukrową różą, zaopatrzeni w wiklinowe koszyczki (worków z tworzyw sztucznych nie było, najwyżej papierowe), wczesnym rankiem wędrowaliśmy zbierać płatki róży. Ważne bowiem było, by zrywać je jak najwcześniej, bo wtedy zachowywały prawdziwy smak i aromat różany, który osłabiany był przez słońce i wzrastającą temperaturę. Nasza ciocia Marcia – Marta Moskal – prowadziła nas do ogrodu pani Zosi Podczaszyńskiej. Była to starsza pani, siwe włosy czesała w koczek. Pochodziła z Kresów. W domu, gdzie mieszkała, zajmowała niewielkie mieszkanko na parterze. Atmosfera pokoju, w którym siedzieliśmy jak trusie, gdy pani Zosia i ciocia Marcia rozmawiały, była niesamowita. Panie znały się z klasztornej ławy, pewnie obie należały do żeńskiego III Zakonu franciszkańskiego, dość popularnego w Rozwadowie przy klasztorze kapucynów. Mieszkała za klasztorem, vis a vis bramy wjazdowej do kapucyńskiego konwentu. Nie wiem, do kogo należał ten dom, ale miał charakter nietypowej dla Rozwadowa willi. Mieszkali tam także Sudołowie. Z Jankiem Sudołem, w późniejszym okresie, spędzałem mnóstwo czasu na wędrówkach po Rozwadowie! W tym domu mieszkali też państwo Geisslerowie. Pan prof. Edward Geissler, nauczyciel matematyki, był dyrektorem rozwadowskiej szkoły handlowej do 1972 roku.

Zatem zerwane płatki róży, która strasznie kłuła broniąc swe kwiaty przed nami, były płukane w zimnej wodzie i raz jeszcze przeglądane. Potem wrzucane do glinianej makutry, warstwami przesypywane były cukrem i ucierane drewnianym wałkiem. Tak przygotowaną miksturę, oczywiście z myślą o zapustnych pączkach, gotowano nieustannie mieszając, by powidła czasem się nie przypaliły i wkładano do słoiczków, które wędrowały na półki do chłodnej i ciemnej piwnicy. Później, powidła różane przywoziła nam babcia Leokadia Paluch z Żabna. Babcia była trochę zielarką, przed świtem wychodziła z domu, by zbierać zioła, bo jak twierdziła, tylko wtedy zebrane miały swą moc. Okna domu dziadków, a także piec

W tajemniczym ogrodzie babci Leokadii.
kuchenny obwieszone były wiązankami suszących się ziół. Te w okienkach nabierały jeszcze mocy od słońca, a na piecu swe lecznicze wartości tylko utrwalały. Ogród przy domu dziadków był domeną babci. Od wiosny kwitł i pachniał, aż do późnej jesieni. Kolorowe kwiaty, smaczne warzywa – ach te świeżutkie marcheweczki prosto z ziemi płukane w wiaderku z zimną wodą zaczerpniętą wprost ze studni czy zielony groszek z krzaka taki nagrzany ciepłem słońca, a potem ogórki delikatnie obierane dziadkowym scyzorykiem ostrym jak skalpel i solone, w końcu pomidory – tak smaczne malinowe pomidory tylko babcia potrafiła wyhodować! A owoce!? Truskawki owocujące w różnych porach wiosny i lata, poziomki owocujące od wiosny do jesieni, porzeczki, agrest, wiśnie czy śliwki… A w tajemniczym zakątku sporego ogrodu, dokąd wędrowaliśmy w towarzystwie taty, na krzakach rosły laskowe orzechy! I znowu niezbędny był scyzoryk, niechętnie użyczany przez dziadka… A róża, bo o niej mówiliśmy, rosła sobie za chatą przy płocie, trochę ocieniając zewnętrzną piwniczkę, w której przechowywali przez zimę różne wiktuały…

Po nałożeniu konfitury z dzikiej róży, do delikatnie ukształtowanego łyżeczką dołeczka w placku, nakładano nań podobny placek. Zespalano je, układano na stolnicy obok siebie i przykrywano jeszcze lnianymi ściereczkami. Tak ukształtowane pączki czekały na smażenie. Gdy tłuszcz osiągnął właściwą temperaturę, mama wkładała najpierw malutkie pączki, by zobaczyć jak szybko się rumienią oraz jaką ciasto ma konsystencję. Dopiero po kilku takich próbach, w rondlu z gorącym tłuszczem lądowały pączki. W pierwszej turze mama sprawdzała wnętrze pączków, nakłuwając je drutem – takim do robienia swetrów… Jeśli powierzchnia próbnika była sucha i gorąca – domniemywała, że proces pieczenia jest właściwy! I teraz partia za partiami wędrowały pączki do tłuszczu – trzy minuty jedna strona, przewrotka – i trzy minuty druga strona. Potem układała je na płaskich talerzach, na lnianych szmatach do odsączenia tłuszczu, do wystudzenia. A kiedy już były chłodnawe, obsypywała je cukrem pudrem (kto nie lubił w takich sytuacjach popudrować sobie języka?!) i układała na większych półmiskach w piramidalne stosiki… Jak to pięknie wyglądało! Aż żal było potem je dekonstruować, ale łakomstwo brało górę! Oczywiście – jeden taki półmisek zabierany był przez rodziców do pracy, gdzie znikał – można rzec – w jednej chwili… Pracowali w Spółdzielni Pracy Remontowo-Budowlanej „Rozbudowa” w Rozwadowie i byli właściwie jedną wielką rodziną! Z wzruszeniem wspominam pracujące tam panie – Stasia Ujda de domo Krakowiak, Maria Hanausek z Tarnobrzega, Irena Baranowa, Marysia Smoła (główna księgowa, która zastąpiła w tym miejscu pana Fela Stobnickiego), Teresa Struwe de domo Kukiołka, Marysia Domańska de domo Burdyna czy pani Kochowska oraz panowie Tadeusz Krawczyk – prezes spółdzielni, Marian Głowacki, Stanisław Parada, Stanisław Hes, Jan Dul czy Tadeusz Grzeszczuk z Tarnobrzega, byli też pan Zdzisław Ulanowski – elektryk, Józef Ciołkosz – szklarz rozwadowski. Do miłośników pączków mojej mamy należał przede wszystkim pan Marian Głowacki, którzy wraz z żoną Basią, a później córeczką Alinką często nas odwiedzali. Nie wiem jak wyczuwał „pączkowe weekendy” u nas Bolek Borys odwiedzający nas z żoną Stasią? Później rodzice zapraszali ich zawsze na pączki, choć i tak wiedzieli, że Bolek i tak wyczuje, kiedy mama będzie je smażyła! Zamieszczam przepisy pochodzące z zeszytów kulinarnych mojej mamy. Pączki smażyła też babcia Leokadia. W rodzinie Kosierbów, z której wywodziła się moja mama, tradycje cukiernicze musiały być głębiej osadzone, bowiem nie tylko moja mama, ale i jej siostra – ciocia Ziuta – miała świetną rękę do ciast! Czasem podobno piekła na zamówienia ciasta na wesela. Te jej ciasta szczególnie biszkoptowe – śnią mi się do dziś po nocach! Robiła też doskonały chrust!

Niestety, skończył się czas rozwadowskich, a później stalowowolskich pączków u moich rodziców. Wielu wspomnianych osób już nie ma… Pozostały smaki, pozostały wspomnienia…

 

 

Pączki – przepis:

1 kg mąki pszennej

1 szklanka cukru

1 szklanka żółtek (z 10-12 jajek)

1 szklanka tłuszczu (masło/margaryna)

2 szklanki mleka

8-10 dkg drożdży

1 kg smalcu (ewentualnie oleju)

 

Żółtka ubijamy z cukrem – na ciepło. Mąkę przesiać. Drożdże rozpuścić w mleku. Do mąki dodać żółtka, masło, mleko z drożdżami, trochę soli. Ciasto ugniatamy dobrze, aż będzie odchodzić od ręki. Na końcu dodać dwie łyżki spirytusu lub rumu. Nadal wyrabiamy ciasto. Tak przygotowane ciasto pozostawiamy do wyrośnięcia. Po wyrośnięciu rozwałkowujemy do grubości ok. 2 cm. Szklanką wycinamy kółka, na które – na samym środku łyżeczką kładziemy różę (może być też marmolada o innym smaku). Nakładamy na nie drugie kółko z ciasta i zlepiamy je. W takiej formie, najlepij przykryte suchą serwetą płócienną, czekają na smażenie.

Tłuszcz – najlepiej ze smalcu – rozgrzewamy do takiej temperatury, by nie spalił ciasta po wierzchu, pozostawiając je surowym w środku. Zanim zdecydujemy się na smażenie, wkładamy do tłuszczu niewielkie kawałki ciasta.
Fotografię przepisu na pączki wykonała moja siostra Anna Krogulec, za co jej serdecznie dziękuję. 

 



środa, 24 stycznia 2024

Magiczne miejsca. Cukiernia pana Dominika.


 

Piotr Warchoł, Rozwadów - cukiernia pana Dominika

Rozwadowianie – nie chciałbym użyć określenia starzy, bo sam się do nich zaliczam – doskonale pamiętają cukiernię pana Dominika. W tym niewielkim pomieszczeniu, na rogu ulic Jagiellońskiej, Tadeusza Kościuszki i Rynku, kryła się wielka tajemnica… A właściwie odpowiedź, dlaczego czekaliśmy z utęsknieniem na dzień 1 maja… Bynajmniej nie z powodu Święta Pracy, pochodu ulicami naszego miasteczka, w którym uczestniczyli chyba wszyscy mieszkańcy Rozwadowa. Oczywiście ich udział, w znamienitej większości nie miał też podtekstu ideologicznego. Może z wyjątkiem kilku panów, których nie ma sensu w tym miejscu wspominać, bo po chmurnych i durnych ideolo-party, rozwadowski proboszcz i tak odprowadził ich na cmentarz na Młodyniu… Po co były im potrzebne te marksistowskie pohukiwania? Choć i ta manifestacja posiadała przecież swe interesujące atrakcje, bo przemarsz kolejowej orkiestry dętej z radosną marszową muzyką (zazwyczaj słuchaliśmy w ich wykonaniu muzyki pogrzebowej…), albo defilujących w pochodzie Oddział Turków z Zaleszan. W końcu, po zimowym okresie, nasze mamy miały znowu okazję zaprezentować swe wiosenne kreacje – z roku na rok krótsze spódniczki, eleganckie buciki, lekkie płaszczyki… A jak padał deszcz, to i tak wszyscy ubierali ówczesny krzyk mody – ortalionowe płaszcze „non iron”, kupowane pokątnie i – jeśli dobrze pamiętam – przemycane w paczkach z Italii. Ale to wszystko furda!

Matylda i Ludwik Dominikowie
1 maja pan Dominik zaczynał sprzedawać lody, na które wszyscy od jesieni czekali! Ot i cała rozwadowska tajemnica pierwszomajowa! Lody śmietankowe, waniliowe, bakaliowe, a jak się pokazały truskawki i jagody, to w smaku tych owoców. Podawane były w wafelku. Cena z tamtych czasów, jaką zapamiętałem, to 1,20 zł za gałkę. I choć w Rozwadowie lody można było kupić u pani Kosieniakowej przy ul. Jagiellońskiej, pana Mospana – obecnie róg ulic Witosa i Zielonej (informacja od Zbigniewa Kustry),  u Szklenera (kiedyś strułem się lodami cytrynowymi z tamtej cukierni…) przy ul. Broniewskiego, potem u Kurdziela w Rynku – vis a vis cukierni Dominika, to żadne nie równały się z tymi od Dominika. Nawet te w Stalowej Woli u Małysowej, czy w Nisku u Suchojada (podobno przepis na przyrządzanie lodów trzymali w rodzinie w wielkiej tajemnicy), nie były tak smaczne jak „Dominikowe”. Do Niska na lody jeździliśmy z rzadka, kiedy w domu pojawił się samochód – wspaniała Syrenka (RT-1930 – na zawsze zapamiętałem numer rejestracyjny naszego pierwszego samochodu). Ostatnio Zbigniew Kustra – wspomniał na rozwadowskiej stronie prowadzonej przez Pawła Tokarza – wnuk pana Dominika, że rozwadowscy lodziarze dobywali bryły lodu z Bełku (tak nazywał się akwen wodny będący starorzeczem Sanu), za co musiał płacić rozwadowskiemu urzędowi określoną kwotę. By ominąć dodatkowe koszty, przez jakiś czas pan Dominik dobywał bezpłatnie lód z Sanu. Brzmi to obecnie bardzo archaicznie, bowiem rzeki prawie nie zamarzają ostatnio.  Gdy piszę ten tekst, jeszcze dzisiaj słyszę ciche brzęczenie lodówek dochodzące z zaplecza i czuję słodki zapach ciast i lodów roznoszący się po cukierni… Oprócz lodów w cukierni Dominika były też pyszne ciasta. Tam zaczęła się moja smakowa przygoda z kremówkami, które uwielbiam do dziś! Wiele dałbym, by znów móc zjeść kremówkę rozwadowską kupioną u Dominika… Były też napoleony z kremem, rurki z bitą śmietaną, rolady i pączki… Choć takich pączków, jak smażyła moja mama, to nawet pan Dominik nie potrafiłby zrobić.

Do cukierni wchodziło się od ul. Jagiellońskiej. Na niewielkiej wystawie zachęcały do wejścia tace z ciastkami. Letnią porą pojawiał się też napis – LODY. Nad wystawą wisiał szyld – CUKIERNIA. Gdy wchodziło się do środka, słychać było dźwięk dzwonka. Pan Dominik ukazywał się po chwili w białym kitlu z zaplecza, czasem miał białą furażerkę na głowie, i stawał za ladą. Lody podawał z dużych termosów, nabierając je specjalną gałkownicą. Zazwyczaj lody serwowane były w płaskich wafelkach, krojonych z dużych piekarniczych wafli. Typowe, stożkowate wafelki pojawiły się znacznie później, kto wie, czy nie wraz maszynami do produkcji tzw. włoskich lodów.  Nie pamiętam, by pan Dominik uśmiechał się do klientów. Zawsze miły i niezwykle spokojny. W cukierni stały dwa małe stoliczki o okrągłych blatach i kilka drewnianych niewielkich taborecików też z okrągłymi siedziskami. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek w cukierni przy stoliku jadł ciasto czy lody. Raczej kupowało się na wynos do domu, a z lodami wędrowało się po Rynku. Taki jedzony, a właściwie lizany, w drodze, chyba lepiej smakował…

Zofia, Ryszard i Krystyna - dzieci państwa Dominików
na Rynku rozwadowskim w latach 50-tych XX w.

Jako dziecko długo nie wiedziałem, czy Dominik, to imię czy nazwisko. Dopiero kiedy usłyszałem, że księdzem z Rozwadowa został Ryszard Dominik – syn cukiernika, skonstatowałem, że to musi być nazwisko… To był rok 1963. W tamtych czasach święcenia kapłańskie w takich miejscowościach jak Rozwadów były nie lada wydarzeniem. Niemal całe miasteczko brało udział w uroczystych prymicyjnych mszach świętych. Każdy też znał wywodzących się z rozwadowskiej parafii młodych księży, a ich rodzice darzeni byli wielkim szacunkiem, bo wychowali kapłana… Wśród nich byli wówczas księża Kazimierz Nawrocki (naprawdę nazywał się Moskal, ale za namową ks. Gaja-Piotrowskiego zmienić je miał na Nawrocki), Stanisław Jackowski, Bogusław Wermiński, pochodzący z pobliskich Jastkowic Stanisław Jastkowski (prawdziwe nazwisko Stanisław Bolesław Kuziora, ale czy nie lepiej brzmi Stanisław Jastkowski? – pytał z uśmiechem ks. Gaj, nota bene ja powinienem wg księdza profesora nazywać się Nadsański...), Wilhelm Gaj-Piotrowski i Ryszrad Dominik, ale i zakonnicy – o. Leszek Tabor czy dużo młodszy o. Bogusław Piechuta…

Ks. Ryszard Dominik, po zdaniu matury w Liceum Ogólnokształcącym w Stalowej Woli, postanowił zostać księdzem. Złożył dokumenty do Seminarium Duchownego w Przemyślu. Jeszcze przed egzaminami, do szkoły kapłanów dotarł anonim, że kandydat na księdza jest chory na padaczkę… Ta choroba eliminowała młodego człowieka z tej niełatwej przecież uczelni. Było to wierutne kłamstwo! Ale trzeba było jednak udowodnić, że Ryszard Dominik jest okazem zdrowia. Komu zależało, by młodemu człowiekowi uniemożliwić realizację swego powołania? Zawiedziona miłość? Złośliwość jakichś komunistycznych władz w Rozwadowie? W poważnej rozmowie z kandydatem na księdza, przemyski biskup zasugerował, Ryszardowi Dominikowi, by usunął się – tak na wszelki wypadek – z diecezji przemyskiej i podjął studia w innym seminarium. Tak się też stało. Młody Dominik podjął studia w Wyższym Seminarium Duchownym we Wrocławiu. 23 czerwca 1963 roku otrzymał święcenia kapłańskie w Zgorzelcu. Pracę duszpasterską prowadził Jeleniej Górze, Wrocławiu, Radkowie, Bystrzycy Kłodzkiej, Długopolu Dolnym, w końcu w 1981 roku rozpoczął tworzenie nowej parafii w Kłodzku, której został pierwszym proboszczem i dziekanem dekanatu kłodzkiego. Papież Benedykt XVI w 2009 roku uhonorował go tytułem prałata. Ks. Ryszard Dominik zmarł 31 stycznia 2010 roku i pochowany został przy swym kościele Podwyższenie Krzyża św. w Kłodzku. „Ta decyzja budzi do dzisiaj kontrowersje między radnymi Kłodzka. – mówi z niesmakiem Paweł Tokarz. –  Jedni chcą by przenieść grób wuja na cmentarz, a inni uważają, że tam gdzie pochowany jest należne mu miejsce wiecznego spoczynku.”

Pewnego dnia wspominaliśmy z moją już nieżyjącą mamą Rozwadów, którego już nie ma… Opowiedziała mi wtedy, że doskonale znała państwa Dominików, którzy po przyjeździe do Rozwadowa mieszkali w Charzewicach u „ciotki-stryjny Górskiej”. Tato zawsze się śmiał z tego określenia. Bo  wydawało się, że albo ktoś jest ciotką, albo stryjną… A tu takie niezdecydowanie! Józefa Górska – jako siostra mojego dziadka – była stryjną, a jako żona Józefa Górskiego – ciotką… Górscy mieszkali przy charzewskich błoniach, a ich stodoła stykała się ogrodem Kosierbów mieszkających przy ul. Głównej. Często Dominikowie szli do Rozwadowa „na skróty” przez ogród i podwórko Kosierbów.

Dlaczego Dominikowie zamieszkali w Charzewicach, a nie w Rozwadowie? Tego się już chyba nie dowiemy.

Matylda Dominikowa, jej siostra Zofia wygląda zza drzwi, na dole od lewej stoją Ryszard, Krystyna i Zosia. Rozwadów 1945.
Ze wspomnień córki Dominików – Zofii, dowiadujemy się, że Matylda i Ludwik Dominikowie pierwszy raz w Rozwadowie zjawili się w lutym 1938 roku. Przyjechali wówczas z Rawy Ruskiej. Obecnie to Ukraina. „Wyjazd do Rozwadowa, w poszukiwaniu pracy i miejsca do zamieszkania, był spowodowany niechęcią do mojego dziadka – twierdzi Paweł Tokarz – ze strony rodziny mojej babci, Druszlakowskiej.” Ludwik i Matylda z domu Durszlakowska ślub wzięli 19 kwietnia 1938 roku w Rawie Ruskiej. Ich pierwsze dziecko – syn Ryszard przyszedł na świat 22 października 1938 roku w Charzewicach. Czym się zajmował w tamtym czasie Ludwik Dominik w Rozwadowie? A może pracował w powstającej Stalowej Woli? To budujące się w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego miasto przyciągało wtedy młodych ludzi z całej Polski! Kolejne dwie córki – Krystyna i Zofia urodziły się już w czasie wojny. We wrześniu 1939 roku, uciekając przed napierającymi Niemcami, Dominikowie wyjechali z Rozwadowa. Pani Matylda była w zaawansowanej ciąży. W trakcie tej stresującej podróży, w Bełżcu przyszła na świat Krystyna. Zofia – najmłodsza, urodziła się w Rawie Ruskiej. Dominikowie mieli dużo szczęścia, że nie podzielili losu rodziców – Piotra i Rozalii Dominików. W lutym 1941 roku zostali zesłani przez Rosjan na daleką Syberię, w okolice Irkucka,

wraz córką Marią – po mężu Syczak i jej czwórką nieletnich dzieci – Jadwigą, Mieczysławą, Zdzisławem i  Edwardem. Jej mąż, Emil Syczak, wprawdzie uniknął wywózki na nieludzką ziemię, bo nie było go tego dnia w domu, ale w 1942 roku został w Lubyczy Królewskiej, przypadkowo zgarnięty na Rynku przez Niemców, którzy rozstrzelali grupę Polaków w odwecie za to, że pomagali jeńcom rosyjskim. Z zesłania wrócili wszyscy w 1946 roku i osiedli w Brzegach Dolnych koło Ustrzyk Dolnych. Ciotka Pawła Tokarza opowiadała, że na zesłaniu ich nadzorczynią była wyjątkowo wredna kobieta, Ukrainka, która nie pozwalała im zagospodarować nawet resztek jedzenia, jakie wyrzucała na kompostownik. Nie wszyscy jednak tacy byli.

Ludwik i Matylda jakiś czas mieszkali z dziećmi w Bełżcu, by w końcu w 1942 roku zamieszkać w Rawie Ruskiej. Tam dotrwali do 1944 roku. „Pewnego ranka w 1944 roku, przyszła do dziadków znajoma Ukrainka – opowiada Paweł Tokarz. – Ostrzegła ich przed rzezią, jaką planowali dokonać Ukraińcy na Polakach. Podsłuchała rozmowę swojego syna z innymi Ukraińcami. Mieli już gotową listę polskich domów i gospodarstw, które mieli zaatakować nocą i wymordować wszystkich. Dziadek nie czekał ani chwili. Mając znajomości na kolei, natychmiast wykupił cały wagon, do którego władował cały dobytek. Czy już wtedy wiedzieli, że pojadą szukać schronienia w Rozwadowie? Gdy siedzieli już w pociągu, czekając aż ich transport ruszy w drogę, do ich wagonu dołączyły jeszcze dwie polskie rodziny, które ubłagały dziadka, by ich zabrał. Byli to państwo Ślepokurowie i Klimkiewiczowie. Dziadek był dobrym człowiekiem, więc się zgodził. Dzięki temu wyjechali wszyscy szczęśliwie.”

W cukierni: Zofia, Krystyna, kuzyn z Kanady - John i Ludwik Dominik.
Gdy dotarli do Rozwadowa, chyba już po wyzwoleniu spod niemieckiej okupacji, zamieszkali w przydzielonym domu przy ul. Jagiellońskiej. Współlokatorami byli państwo Słowikowie. Dominik na krótko podjął pracę w PKP. Jednak już w 1945 roku założył sklep „ze wszystkim”, w którym przeważały jednak słodycze. Sklep znajdował się w zamieszkałym przez nich domu, w miejscu gdzie później był sklep z odzieżą, którą handlowała pani Słowikowa. W końcu pan Ludwik Dominik otrzymał od miasta przydział na sąsiednią posesję, którą wyprowadził z ruiny. Założył tam swoją cukiernię. „Dziadek będąc kawalerem – mówi Paweł Tokarz – terminował u cukiernika w Rawie Ruskiej. Tam nabył wszystkie umiejętności jakimi nas darzył przez wiele lat. Otworzył więc cukiernię w Rozwadowie i prowadził ją prawie do śmierci.”

Czasem śni mi się ta magiczna cukiernia, czuję zapach lodów, słyszę rytmiczne tykanie zegara, widzę dyskretny uśmiech pana Dominika, który był chyba małomówny, widzę wyciągniętą rękę z lodem – oczywiście podwójna gałka – w wafelku. I gdy tylko sięgam po lód, budzę się… Niknie cukiernia, rozpływa się pan Dominik, tylko w nozdrzach czuję smak wanilii wypełniającej jeszcze przed chwilą cukiernię…


Film z archiwalnymi fotografiami rodziny Dominików przygotował Paweł Tokarz - wnuk Matyldy i Ludwika Dominików. Dziękuję za pomoc. 


 

 

wtorek, 19 grudnia 2023

Gdy na niebie pierwsza gwiazdka…

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Moje święta z dzieciństwa przepojone były radością z wigilijnych i świątecznych obrzędów, ubieraniem choinki, odwiedzaniem rodziny i znajomych. W naszym domu długo nie było prezentów pod choinką… Jak byliśmy zupełnie mali, to dzwoneczek oznajmiał, że Aniołek właśnie ubrał choinkę. Natomiast pojawienie się pierwszej gwiazdki w dzień wigilijny było sygnałem do rozpoczęcia uroczystej kolacji. Tato – Adam – w wigilię obchodził imieniny, więc świętowanie, i to huczne, zaczynało się już kilka dni przed świętami. W samą wigilię goście już właściwie nie przychodzili, ale tradycją stały się odwiedziny państwa Stanisławy i Czesława Puków. Czesław Puka (1930-2008) był młodszym kolegą mojego taty z Żabna. Na kilka godzin przed pasterką przenosili się wspomnieniami do czasów swego dzieciństwa, młodości… Ileż to niezapisanych opowieści o mieszkańcach Żabna i Radomyśla n/Sanem przepłynęło w te powigilijne wieczory! Pan Czesław zawsze, chciał tego czy nie, wkręcał się w różne aferki, bywało ciemne sprawki, a tych w czasach okupacji a i po wojnie przecież nie brakowało. W końcu, jako uczeń szkoły średniej, wylądował w więzieniu, a potem zawsze już był na cenzurowanym, jako „element politycznie niepewny”. Wzmocnieni, nie tylko jadłem, szli do kościoła przy klasztorze kapucynów na pasterkę. Pamiętam anegdotę, jaka o panu Czesławie przetrwała w naszej rodzinie do dzisiaj… Przed jedną z pasterek odbyła się gorąca dyskusja na temat prawidłowego śpiewania kolęd. Pan Czesław mówił, że ludzie już tyle lat w mieście mieszkają, a wciąż nie potrafią pozbyć się gwarowej mowy, bo śpiewają w kolędzie „Z narodzenia Pana”:

Każdy pyta: Co się dzieje?
Czy nie świta? czy nie dnieje?
Skąd ta łuna bije, tak miła oku!

A przecież powinni śpiewać:

Skąd ta ona bije, tak miła oku!

I rzeczywiście pan Czesław wbrew wszystkim i wszystkiemu, nawet logice, śpiewał w klasztorze tę kolędę, wyraźnie podkreślając słowo „ona”…

Sama Wigilia, a właściwie przygotowania do niej, zaczynały się dużo wcześniej. Opłatki! Te trzeba było chronić przed nami, przed przedwczesnym zjedzeniem, bo tajemniczy smak opłatka przyciągał i kusił niesforne dzieciaki… Opłatki, w czasie adwentu, roznosił organista Marian Ziemiański. Pod nosem wąsik, w ustach papieros i ostry, spracowany śpiewem głos. Jak to organista – nie stronił od mocniejszych trunków. Gdy pojawiał się popołudniową porą, bywało, był już pod „dobrą gwiazdą”. Rodzice zastanawiali się, jak on zagra i zaśpiewa podczas wieczornych nieszporów… Zimą chodził w długim płaszczu z futrzanym kołnierzem i skórzanej pilotce podszytej futrem. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego, wieloletniego proboszcza rozwadowskiej fary, a jego żona – Waleria – latem sprzedawała piękne kwiaty ze swego ogrodu. Rodzice wysyłali mnie często do pani Ziemiańskiej po tulipany, róże… Odrywała się zazwyczaj od kuchni, brała sekator i szliśmy do ogrodu. Zawsze była miła, uśmiechnięta, prosiła bym pozdrowił rodziców. Wizyta organisty była hałaśliwa. Opowiadał jakieś ploteczki z miasta, śmiał się głośno. Zostawiał opłatki, które wyjmował z ogromnego wiklinowego kosza i wypiwszy dla zdrowotności kieliszeczek przedniej wódeczki alibo też koniaczku, złożywszy świąteczne życzenia, szedł dalej.



Na święta, najważniejsze było drzewko. Choinka! Choinka, w czasach mego dzieciństwa, pochodziła często z nielegalnego wyrębu, z czego bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy. Musiała to być jodła. Przywozili ją w wielkiej tajemnicy pracownicy taty, którzy mieszkali w okolicznych wioskach otoczonych lasami pięknymi lasami. Nasza choinka zawsze była piękna! Wtedy sprzedaż drzewek świątecznych nie była tak powszechna, jak dzisiaj… Choinki – jak wszystko się zdobywało! Kolejnym atrybutem świąt były ryby. Ryby, czyli karpie, łowione w okolicznych stawach, zawsze pachniały mułem, co mamie – Stanisławie, albo Stasi, jak nazywał ją tato – strasznie przeszkadzało. Odbywały więc kwarantannę w wannie – ku naszej uciesze. Można było bowiem dotknąć rybę, pogłaskać ją, spojrzeć na ruszający się pyszczek. Tragedia zaczynała się wtedy, gdy uświadamialiśmy sobie, że rybki, które jemy podczas Wigilii, do niedawna były naszymi wodnymi przyjaciółmi… Wtedy skończyły się wannowe kwarantanny. W rodzinie opowiadają o mamie anegdotę rybną… Zdarzyło się kiedyś, że ryby trzymane w wannie usnęły. Mama wpadła w panikę, że ryby zdechły i trzeba je wyrzucić. Na nic tłumaczenia taty się zdały. Mama kazała, tato zrobił... Z niemałym trudem zdobył następne karpie… A przy okazji imienin, mama została pouczona przez przyjaciela rodziny,  pana Józefa Ciołkosza, że ryby
usypiają i nic nie stało na przeszkodzie, by można je było przygotować je do jedzenia... Przez długie lata tato przypominał w czasie świąt to zdarzenie, podśmiewając się z mamy! Zatem ryby od połowy grudnia blokowały łazienkę… Ale grzyby, oczywiście prawdziwki, już od lata zbierane były i suszone, z myślą o przede wszystkim uszkach do wigilijnego barszczu. Drugim celem zbierania grzybów, oprócz oczywiście samej przyjemności, były grzybki marynowane w occie. Pychota! Tak przyrządzonych jak w domu, nie spotkałem nigdzie! Oczywiście najsmaczniejsze są prawdziwki, ale w niczym nie odbiegają smakowo, te mniej szlachetne, podgrzybki. Kiedyś, gdy wiosną zbierano maślaki, to jesienią – nawet w czasie przymrozków – wybierano się do lasu na gąski. Były to grzyby o zielonkawych kapeluszach, które rosły zazwyczaj w piaszczystych glebach. Dlatego też bardzo trudno było je wypłukać. Piasek często zaskrzypiał w zębach, kiedy przegryzało się a to wędlinkę czy wódeczkę smakowitą marynowaną gąską… Tato opowiadał czasami anegdotę związaną właśnie z gąskami. Były to lata 70-te, oczywiście XX wieku. Na grzyby urywali się z pracy często ze swoim szefem, prezesem Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, Tadeuszem Krawczykiem i Marianem Głowackim. Pewnego dnia przywieźli całe torby gąsek!
– Jak to cholera wypłukać!? – martwił się prezes.
– A co to za problem! – powiedział wtedy Marian Głowacki. – Ja wkładam do pralki, zalewam wodą, włączam na chwilę i problem z głowy! Ziarnka piasku nie znajdziesz!
Następnego dnia prezes od rana nie miał humoru… Burczał na wszystkich. Awanturował się o byle co. Dopiero pod koniec dnia przyznał się, że zastosował dobrą radę pana Mariana i z całego obfitego zbioru grzybów zostało tylko wspomnienie… Do dzisiaj wspomnienie tej anegdoty wzbudza śmiech!

Tak więc barszcz z uszkami z grzybowym farszem stanowił podstawowe danie wigilijnej kolacji. Potem była kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami, i na koniec smażony karp w panierce. Mistrzostwo świata w wykonaniu mojej mamy! A popijało się wspaniałym kompotem z suszu. Taki kompot, podobnie jak i karp, smakuje tylko w ten jeden jedyny dzień. Podawany w inne dni dla mnie nie ma w ogóle smaku. Karp, smażony z cebulką, podawany był z gotowanymi ziemniaczkami lub chlebem, a do ryby chrzan, w późniejszym okresie także cytryna. Tego dnia, nikt już właściwie nie miał ochoty na jedzenie. Dopiero kolejne dni świąteczne otwierały gamę smakołyków! Sałatki jarzynowe, śledziki w śmietanie, karpik w galarecie, galaretki ze świńskich nóżek, kiełbasy i szynki swojskie pochodzące z okolicznych wiosek od najlepszych masaży! Takich smaków wędlin dzisiaj, choćby nie wiem jak się wysilali, nie osiągną! Na drugi dzień świąt serwowała mama gęś nadziewaną, albo indyka. Te najwcześniejsze, jakie pamiętam, przywoziła babcia Leokadia z Żabna, potem gęsi dostarczała zawsze ciocia Todzia Adamska z Witkowic. Dzisiaj nikt, ani w Żabnie ani w Witkowicach, nie hoduje gęsi czy indyków… A w tamtych czasach strach było przejść przez Błonia w Żabnie, bo grasowały tam stada gęsi pilnowane przez gąsiorów harcowników atakujących przechodzących ludzi, jakże często łapiących pomarańczowymi dziobami za łydki… W zagrodzie, jeśli były indyki, też nie można się było czuć bezpiecznym, bo taki rozzuchwalony indor atakował bezpardonowo! A jak nie on, to bezczelny kogut siejący w zagrodzie postrach nie tylko wśród kur… Dzisiaj powiedzenie wzięte z Jana Kochanowskiego – „wsi spokojna, wsi wesoła” nabrało znamiennego znaczenia, bo rzeczywiście już nie słychać ani domowego ptactwa, ani krów, koni czy świnek…

Bardzo ważnym elementem świąt były szopki bożonarodzeniowe w naszych kościołach. W farnym – parafialnym rozwadowskim kościele pw. Matki Bożej Szkaplerznej, nigdy mi się nie podobała. Statyczna, jakby budowana bez emocji, ze zwykłego obowiązku, mało kameralna szopka. Zawsze „kasowała” ją szopka kapucyńska! Zazwyczaj była to ruchoma szopka, z przesuwającymi się po okręgu figurkami, oddającymi cześć małemu Jezuskowi śpiącemu na sianie w żłobku, przy którym stali w zadumie Maria i Józef, a w tle wół i osiołek. Przed balustradą stał aniołek – skarbonka – kiwający główką po wrzuceniu monety. Oczywiście kiwnięcie było głębsze, jeśli moneta była cięższa… Już jako licealista kilkakrotnie uczestniczyłem w budowaniu bożonarodzeniowej szopki w klasztorze. Zarządzali wtedy konwentem wspaniali i niezapomniani kapucyni – o. Edmund Haracz i o. Stanisław Padewski (po latach, kiedy wyjechał na Ukrainę, został biskupem), a rezydentem w tamtym klasztorze był przez jakiś czas ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski – historyk, etnograf i pedagog, nade wszystko znawca regionu rozwadowskiego, autor wielu wspaniałych książek dokumentujących dzieje i kulturę społeczną i materialną Rozwadowa i okolic. Klasztorną szopkę budowali niemal wszyscy współbracia zakonni oraz chętni wolontariusze. Z jaką przyjemnością patrzyło się później na zachwycający efekt pracy!

Zwieńczeniem świąt były „Jasełka” – spektakl słowno-muzyczny prezentowany przez dzieci. Och, jakie to emocje czasem uczestniczyły obsadzaniu ról! Najgorzej było z rolą Matki Boskiej… Każda dziewczynka chciała odgrywać tę rolę… Nie pamiętam, kto zajmował się reżyserią „Jasełek”. Odbywały się a to w klasztorze, a to w kościele parafialnym, ale także w rozwadowskiej szkole podstawowej (była także szkoła podstawowa w Charzewicach – dzisiaj znajduje się w tym budynku, dawnym pałacu Lubomirskich, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli). Pamiętam, że te szkolne „Jasełka” reżyserowała pani Maria Grodecka – nauczycielka biologii i geografii w rozwadowskiej szkole.

Ten bożonarodzeniowy czas, dla mnie to także czas obawy, wręcz lęku, bo po domach chodzili kolędnicy poprzebierani w tak straszne stroje! Jak byłem mały uciekałem, chowając się przed nimi po pokojach, potem – uspakajany przez rodziców – z niepokojem spoglądałem na przedstawienie. Na żołnierzy, Monarchów, Heroda – któremu obcinano głowę, Śmierć z kosą, którą obcinała królowi głowę, Diabła – który widłami zabierał Heroda do piekła, bo był brzydki…

Do dzisiaj słyszę słowa Śmierci:

Przyjdzie tu ktoś po ciebie z diabelskiego kraju
Pójdź no tutaj amorku, wnuczku Lucypera,
Piekło oczekuje tego bohatera!

I pełnym zamachem kosy ucina głowę Herodowi… Po podłodze toczy się główka kapusty… Ja przerażony słyszę spokojny, zimny głos śmierci:  

Przez rozkaz niebieski ścięłam łeb królewski…

Nagle zza drzwi wyskakuje czarny diabeł z czerwonymi rogami i długim ogonem, wymachuje widłami krzycząc:

Królu Herodzie! Za twe zbytki marsz do piekła, boś ty brzydki!

I wypycha Heroda bez głowy do piekła, czyli do korytarza… Przez kilka dni bałem się tam wieczorową porą sam wychodzić do ciemnego korytarza… Przecież tam piekło, król bez głowy i Lucyper…
Inną przerażającą postacią był Żyd – garbaty, obdarty, miał laskę, jakiś tobołek i przez wszystkich był pomiatany, choć to jemu zadawano trudne pytania. Pamiętam jakiś absurdalny dialog Króla Heroda z Żydem... W tych strasznych postaciach i scenach gubili się Anioł i Matka Boska – postaci pełne łagodności i spokoju… W tamtych czasach kolędników wszyscy przyjmowali, bo zamknięcie drzwi przed nimi było dyshonorem… Młodzi ludzie przez kilka miesięcy uczyli się ról, przygotowywali stroje, śpiewali kolędy, czasem dopisywali swe teksty. To było małe teatralne przedstawienie, za które oczywiście otrzymywali od ludzi jakieś drobne pieniądze. Nikt nie odmawiał, ludzie płacili chętnie! To był czas, kiedy powszechne było tylko radio, a telewizor w życiu ludzi był jeszcze prawie nieobecny! Dzisiejsi kolędnicy chodzą tylko po to, by wyciągnąć od ludzi pieniądze (jeśli są grupy, które inaczej do tego obyczaju podchodzą – to przepraszam). W mojej rodzinie do dzisiaj powtarzana jest anegdota dotycząca święta Trzech Króli. Wtedy był to zwykły dzień pracy i szkoły… Z klasztoru przynosiło się świecone kredę i kadzidło. Na drzwiach wypisywało się tradycyjne „K + M + B” zwieńczone bieżącym rokiem. Napis trwał na drzwiach przez cały rok! Bardzo denerwowało mnie, że mamy w domu drzwi pomalowane na biało. Nic nie było widać, a w tamtych czasach dostęp do kolorowej kredy był w zasadzie niemożliwy, bo i w szkole raczej kreda kolorowa była rarytasem. Przez całe lata byłem pewien, że ów skrót „KMB” oznacza pierwsze litery imion wędrujących do nowo narodzonego Jezusa królów, czy jak inni twierdzą magów – Kacpra, Melchiora i Baltazara. A z błędu nie wyprowadzali ludzi – bo przecież nie tyko ja tak uważałem – księża. Tymczasem prawidłowy zapis powinien wyglądać następująco: „C + M + B + 2024”, co oznacza „Christus Mansionem Benedicat 2024” czyli „Niech Chrystus Błogosławi ten dom na rok 2024”. Ponieważ z kredą nie mogłem poszaleć, to kadzidło, przynoszone z klasztoru w papierowych tutkach, od razu wędrowało na rozgrzaną blachę pieca kuchennego (w domu mieliśmy piec, na którym gotowało się jedzenie; o gazie wtedy w Rozwadowie nie mogło być mowy, a prąd – nie dość że drogi, to wystarczył mocniejszy wiatr zrywający kable i przez dwa, trzy dni mogło nie być prądu). Zatem kadzidło wędrowało na rozgrzaną blachę kuchni i spalało się wydając ujmujący zapach panujący tylko w kościele. Drobiny bursztynu topiły się, a inne zioła żarzyły, pozostawiając na blasze czarne, trudne do usunięcia naloty. Kiedy wracali do domu rodzice, oczywiście nie mogło się obyć bez małej awantury. Bo chyba tylko ja mogłem wytrzymać w takim zadymieniu. Otwierali okna, mroźne powietrze wpadało do mieszkania, chcieli mi zabrać kadzidło, ale ja miałem swoją wersję, że wszystko spaliłem święcąc, zgodnie z tradycją, mieszkanie. Na to „święcenie” szła połowa kadzidła, druga zostawała zakamuflowana w kącie szafy i czekała na odkrycie… No cóż, zabawy z kadzidłem skończyły się, gdy nadszedł kres pieca kuchennego… Po latach pojawiły się przywożone z Dalekiego Wschodu trociczki, przypominające czasem zapach rodzimego kadzidła, ale to nie było i nie jest już to samo. Tak nawiasem mówiąc, kadzidła kościelne też już nie mają tego zapachu, choć pewnie receptura od wieków się nie zmieniła…

Było pięknie i radośnie! W takim nastroju wkraczaliśmy w okres karnawału!



wtorek, 24 października 2023

Maja Wojtal: Pęknięte zwierciadło

 

I jak się nie chwalić?!

Muszę się znowu pochwalić Majką z Częstochowy. Nie dość, że zaczęła naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego, podobno jednym z lepszych w Częstochowie, to w Ogólnopolskim Konkursie Literackim na Humorystyczne Opowiadanie „Moje spotkanie z Aleksandrem Fredrą lub bohaterami jego dzieł, które odmieniło moje życie i pozwoliło doznać wielkiej przygody” otrzymała pierwszą nagrodę w kategorii szkół ponadpodstawowych. Poniżej zamieszczam to opowiadanie.

 




Maja Wojtal

Pęknięte zwierciadło

 

Był chłodny wrześniowy wieczór. Siedziałam przy biurku w swoim nowym pokoju.
W powietrzu wciąż unosił się zapach świeżej farby. Odrabiałam obszerną i skomplikowaną pracę domową z matematyki. Nagle ciszę przerwał głośny huk. Lustro oprawione w złotą ramę runęło na podłogę! Zamknęłam oczy ze strachu i bałam się je otworzyć. Po chwili usłyszałam dziwne głosy.
 

– Do czorta! Coś ty nawyczyniał?! Gdzieśmy trafili przez ciebie? Zbiłeś moje lustro, teraz nieszczęście będzie mnie nękało przez następne siedem lat! – dało się słyszeć piskliwy głos. 

Nieśmiało otworzyłam oczy i zobaczyłam dwie, dziwnie prezentujące się postacie. Piękną i wyraźnie młodą dziewczynę oraz szczupłego mężczyznę, w średnim wieku, ze szpadą u boku. Kiedy mnie zobaczyli, zmieszali się nieco, ale po chwili zaczęli wypytywać, chociaż to ja powinnam w tej sytuacji zadawać pytania. To przecież oni niespodziewanie wtargnęli do mojego domu. 

– Twoja godność dziewczyno? Gdzie my w ogóle jesteśmy, hę? I po co? Odpowiadaj, bo pożałujesz! – naskoczył na mnie mężczyzna, niezdarnie wymachując przy tym szpadą. 

– Jestem Lena i to ja powinnam zadawać pytania. Wtargnęliście do mojego pokoju
i zakłóciliście mój spokój! – starałam się być groźna.
 

– My? Wtargnęliśmy? Jakieś opętane zwierciadło wciągnęło nas i wylądowaliśmy tutaj przypadkiem! Przed chwilą jeszcze znajdowaliśmy się w posiadłości pana Raptusiewicza! 

Sytuacja była niecodzienna. Jak często dziwne lustra wciągają ludzi i przenoszą w czasoprzestrzeni? Nie wiedziałam co robić, nie miałam się do kogo zwrócić o pomoc. Moi rodzice wyjechali, a ja miałam być sama w domu jeszcze przez cały tydzień.  

Po chwili dyskusji ustaliliśmy, że dam im schronienie i pozwolę przenocować u mnie. Musiałam wykazać się empatią, bo z jednej strony byli to zupełnie obcy ludzie, a z drugiej zagubieni w czasie wędrowcy. Ten osobliwy duet w starodawnych ubraniach bardzo mi kogoś przypominał, lecz nie pamiętałam kogo... Obserwowałam moich gości, którzy totalnie nie rozumieli współczesnych wynalazków. Dziewczyna bawiła się włącznikami świateł, a później zalała łazienkę… Mężczyzna wyzwał telewizor na pojedynek, a później przełączał w nieskończoność kanały. 

Następnego dnia zarządziłam pobudkę o szóstej rano. Klara (skąd ja znam to imię?), najwidoczniej nie była przyzwyczajona do takich pobudek. Na początku protestowała, ale na szczęście udało się nam ją dobudzić. Postanowiłam zabrać moich dziwnych gości do szkoły. Musieli wyglądać jak ludzie z tego stulecia. Klarze dałam moje ubrania i wystylizowałam na nastolatkę z 2023 roku. Papkin, bo takie dziwne, a jednocześnie jakieś znajome imię, nosił jej towarzysz, nie wyglądał niestety na ucznia liceum. Przebrałyśmy go więc za nauczyciela. Wręczyłam mu teczkę i okulary mojego taty, aby dodać jego wyglądowi powagi. Kiedy oboje wyglądali już w miarę normalnie, wyruszyliśmy do szkoły. Całą drogę w mojej głowie panował zamęt. Jak wytłumaczyć nauczycielom obecność tych dziwnych ludzi? Sytuacja komplikowała się na każdym kroku. Klara i Papkin swoim dziwnym zachowaniem zwracali uwagę dosłownie każdego. Autobus powoli zapełniał się ludźmi. Papkin był wyraźnie zadowolony z braku dystansu fizycznego pomiędzy nim a Klarą, lecz dziewczyna jechała całą drogę naburmuszona, mamrotając coś do siebie pod nosem. 

W szkole powiedziałam, że moi nowi przyjaciele to wytworni arystokraci z Anglii, którzy przyjechali do Polski, aby poznać kulturę swoich przodków. Na początku wszyscy byli zachwyceni, lecz z czasem rozpoczęła się seria niefortunnych zdarzeń. Papkin, mimo tego, że miał udawać nauczyciela, cały czas chciał się wdawać w pojedynki z innymi. Przeszkadzało mu każde krzywe spojrzenie i komentarz rzucany w jego stronę. Najadłyśmy się za niego dużo wstydu. Kiedy zadzwonił dzwonek na lekcje, razem z Klarą poszłyśmy do sali. Dziewczyna, zamiast wsłuchiwać się w wykład prowadzony przez nauczyciela, komentowała i krytykowała sposób ubioru czy fryzur moich koleżanek. Nie minęła godzina, a dowiedziała się wszystkiego o współczesnych dramatach w świecie popkultury, a nawet o tych, które wydarzyły się u nas
w szkole. Okazała się być prawdziwą plotkarą. Czuła się w takim środowisku, jak ryba w wodzie.
 

Nagle z drugiej części szkoły zaczęły dobiegać krzyki. Wszyscy śmiali się, komentowali i dopingowali kogoś. Nie wiedziałam, o co może chodzić. Ciekawość wzięła górę i poszłam
z moją nową koleżanką sprawdzić, co się dzieje. Oczywiście to Papkin wdał się w bójkę ze szkolnym osiłkiem. Mężczyzna cały czas obrywał od nastolatka, ale wciąż wykrzykiwał:
 

– Jam jest lew północy, niczego się nie boję! 

No jasne! To przecież bohaterowie „Zemsty”! Oj coś czuję, że nie byłam zbyt uważną czytelniczką, będę musiała nadrobić te zaległości. Ale teraz najważniejsze było rozdzielenie walczących. Udało nam się odciągnąć Papkina, zanim na miejscu pojawiła się dyrekcja i cała kadra szkoły. Korzystając z zamieszania, przemknęliśmy korytarzem pełnym zaciekawionych uczniów i uciekliśmy do domu. Zastanawiałam się, czy będę mieć kłopoty? Może grono pedagogiczne nie uwierzy, żeby taki zacny człowiek, gość o szlachetnym pochodzeniu mógł wdać się w bójkę z uczniem? Co się stanie, jeśli ktoś nagrał całe zajście? Wiedziałam, że stąpam po kruchym lodzie i mogę ponieść surowe konsekwencje. Kto mi uwierzy w tę historię? Jedno było pewne – muszę pozbyć się moich gości. Jak tego dokonać? Jedynym sensownym pomysłem było ponowne złożenie lustra. Zabraliśmy się do pracy. Była to bardzo trudne i monotonne zajęcie. Po kilku godzinach nasze dzieło było prawie gotowe. Z ulgą, ale i nieco zasmucona spojrzałam na moich przyjaciół. Mimo że nasza wspólna przygoda była tak krótka, to naprawdę wyjątkowa. Świetnie się bawiliśmy. Kiedy włożyliśmy ostatni odłamek lustra do ramy, oboje rozpłynęli się w powietrzu. Przetarłam oczy, ale to nie był sen. Na dywanie nadal zostały ślady butów obojga, a na mojej ręce widniało delikatne zacięcie spowodowane szpadą Papkina. Na biurku dostrzegłam otwartą książkę: Aleksander Fredro „Zemsta”. 

 

 

środa, 12 lipca 2023

Rozwadowski proboszcz ks. Bernard Birkenmajer


 

 

Odwiedzając jakiś czas temu rozwadowski cmentarz, zauważyłem odnowiony nagrobek ks. Bernarda Birkenmajera (6.01.1818-6.03.1894), najpierw wikarego, później proboszcza parafii w Rozwadowie w latach 1875-1894. Na cmentarzu spoczywa też jego matka – Anna Birkenmajerowa de domo Wyszowska. O tym, jak barwna była to postać pisze prof. Krzysztof Ludwik Birkenmajer (1929-2019), znany polarnik, geolog, speleolog i stratygraf w tekście „Ksiądz Bernard Birkenmajer – emisariusz Powstania Styczniowego”, opublikowanym na łamach tygodnika PAU „Pauza Akademicka” (nr 197, 2013).

Ojcem ks. Bernarda był Antoni Karol Birkenmayr (1778-1830) urodzony Nadrenii w Au pod miastem Freiburg im Breisgau. Matka, Anna de domo Wyszowska (ur. 1794), pochodziła z Tylicza. Niestety nie udało mi się znaleźć daty jej śmierci. Pewnie jest to do stwierdzenia w rozwadowskich księgach parafialnych. Historia życia Antoniego Karola, ale i ks. Bernarda są gotowymi scenariuszami filmowymi. Gdy spojrzymy szerzej na dzieje rodziny Binkejmajerów – nie zabrakłoby materiałów na piękną sagę… Dwaj bracia Bikenmayer – Antoni Karol i Józef, jako ochotnicy wstąpili w Kolmarze do polskiej Legii gen. Karola Kniaziewicza, która walczyła u boku Napoleona z Austriakami. 3 grudnia 1800 roku byli uczestnikami słynnej, zwycięskiej bitwy pod Hohenlinden. Francja pokonawszy koalicjantów, zmusiła Austrię do podpisania 9 lutego 1801 roku pokoju w Lunéville, który rozbił koalicję antyfrancuską. Podpisanie pokoju doprowadziło do rozwiązania Legii Kniaziewicza, a Antoni Karol Biknemayer trafił do jednego ze szwadronów gen. Jana Henryka Dąbrowskiego stacjonującego w Królestwie Sycylii i Neapolu, skąd przemaszerował pod jego dowództwem „z ziemi włoskiej do Polski”. Od 1807 roku służył w wojskach Księstwa Warszawskiego walcząc z Austriakami pod wodzą ks. Józefa Poniatowskiego. Czy w 1809 roku przemaszerował przez Rozwadów? Książę Józef Poniatowski miał się wtedy zatrzymać w pałacu Lubomirskich w Rozwadowie (obecna siedziba Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli)… W 1812 roku, bracia Bikenmayer uczestniczą w wielkiej wyprawie Napoleona na Moskwę. Podczas tragicznego odwrotu, w bitwie nad Berezyną, w dniach 26-29 listopada 1812 roku, Antoni Józef zostaje ciężko ranny w nogę. Uratował go towarzysz broni i przyjaciel Piotr Wyszowski, który dotarł z rannym do Zamościa, gdzie w szpitalu ranę mu zaleczono. Później zabrał go do rodzinnego majątku w Tuchowie, gdzie dochodził pomału do zdrowia, jednak pełnej sprawności nigdy nie odzyskał. Tam poznał siostrę przyjaciela, Annę, którą poślubił w 1813 roku – miała wtedy 19 lat, na zawsze związując się Polską. Z tego małżeństwa pochodzi rozwadowski ks. Bernard Birkenmajer, który miał siedmioro rodzeństwa, w tym dwóch braci: Ludwika (1821-1885) i Józefa Hermana (1825-1856). Trudno dziś powiedzieć, jaki był przyszły ksiądz Bernard. Na pewno nie był pokorny, ale już był patriotą polskim… Do gimnazjum uczęszczał w Szolnoku na Węgrzech, gdzie uczestniczył w różnych ruchach wolnościowych. Jednak, odczuwając powołanie do stanu kapłańskiego, w 1846 roku wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. Gdy dotarła do niego wiadomość o powstaniu węgierskim w 1848 roku, opuścił seminarium i wstąpił do kawalerii pod dowództwem gen. Józefa Bema, wtedy już bohatera Powstania Listopadowego 1830-31 roku. Po klęsce powstania na Węgrzech, Bernard wrócił do seminarium. Święcenia kapłańskie przyjął 22 września 1850 roku, oddając się pracy duszpasterskiej. Był wikariuszem w parafiach: Bieździedza, Strzyżów, Dobrzechów, Dębowiec, Rozwadów, Stany, Wrzawy i Brzóza Królewska (1864-65). Gdy w zaborze rosyjskim wybuchło Powstanie Styczniowe (1863-1864), ks. Bernard był wikarym we Wrzawach pod Sandomierzem, tuż przy granicy rosyjskiej. Jako emisariusz powstańczy organizował przerzut broni dla polskich oddziałów walczących z Rosjanami. Od 25 stycznia 1865 w parafii w Stany rozpoczął pracę jako proboszcz. W 1870 roku był założycielem szkoły parafialnej. W kwietniu 1872 roku, został przeniesiony na probostwo do Wrzaw, skąd w 1875 roku trafił na probostwo do Rozwadowa. Zmarł 6 marca 1894 roku. Na nagrobku znajduje się informacja, iż „Na tym cmentarzu spoczywa Matka Jego Anna Birkenmajer”. Kiedy zmarła? Czy spoczywa w tej samej mogile? Na te pytania pewnie nie uda się już odpowiedzieć bez kwerendy w rozwadowskich księgach parafialnych…


Historia lubi zataczać kręgi… W szkole podstawowej, u schyłku lat 60-tych XX wieku, nasza nauczycielka geografii – Maria Grodecka – zabrała nas na odczyt polarnika, który odbył się w sali klubowej Związku Zawodowego Kolejarzy. Tym polarnikiem był wspomniany wcześniej Krzysztof Ludwik Birkejmajer. Czy wiedział o grobie ks. Bernarda? Czy odwiedził wtedy cmentarz? W połowie lat siedemdziesiątych, gdy wybierałem się na studia archeologiczne w Krakowie, poznałem geologa inż. Jerzego Setmajera – rodem z Tarnobrzega. Pamiętam jego opracowanie geologii Krakowa i wzgórza wawelskiego. Przedstawił mnie doc. dr hab. Marii Borowiejskiej-Birkenmajerowej (1921-1996), która opowiadała mi o problemach architektonicznych i archeologicznych Krakowa. Była architektem i konserwatorem zabytków, na co dzień współpracującym z krakowskimi archeologami, autorką ważnych książek m.in. „Barbakan krakowski” w znanej serii wydawniczej Cracoviana, czy „Serce Polski: zabytki i świadomość narodowa”. Już w czasie studiów poznałem Iwo Birkenmajera, stawiającego pierwsze artystyczne kroki w kabarecie radia studenckiego, był też artystą malarzem… W 1981 roku współpracowałem z nim i jego przyjacielem Sylwestrem Trzepizurem, przy powstawaniu spektaklu teatralnego, który nie został chyba nigdy zrealizowany, wprowadzono bowiem w Polsce stan wojenny… Iwo studiował filologię klasyczną, konserwację zabytków, jest poetą i artystą malarzem, a jego  rodzicami byli Krzysztof Ludwik Birkenmajer i Maria Borowiejska-Birkenmajerowa.

I wszystko z Rozwadowem się wiąże…

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...