Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba
wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji
związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu
najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od
pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku
dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy
Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je
dzisiaj pamięta?

Moje święta z dzieciństwa przepojone były radością z
wigilijnych i świątecznych obrzędów, ubieraniem choinki, odwiedzaniem rodziny i
znajomych. W naszym domu długo nie było prezentów pod choinką… Jak byliśmy
zupełnie mali, to dzwoneczek oznajmiał, że Aniołek właśnie ubrał choinkę.
Natomiast pojawienie się pierwszej gwiazdki w dzień wigilijny było sygnałem do
rozpoczęcia uroczystej kolacji. Tato – Adam – w wigilię obchodził imieniny,
więc świętowanie, i to huczne, zaczynało się już kilka dni przed świętami. W
samą wigilię goście już właściwie nie przychodzili, ale tradycją stały się
odwiedziny państwa Stanisławy i Czesława Puków. Czesław Puka (1930-2008) był
młodszym kolegą mojego taty z Żabna. Na kilka godzin przed pasterką przenosili
się wspomnieniami do czasów swego dzieciństwa, młodości… Ileż to niezapisanych
opowieści o mieszkańcach Żabna i Radomyśla n/Sanem przepłynęło w te powigilijne
wieczory! Pan Czesław zawsze, chciał tego czy nie, wkręcał się w różne aferki,
bywało ciemne sprawki, a tych w czasach okupacji a i po wojnie przecież nie
brakowało. W końcu, jako uczeń szkoły średniej, wylądował w więzieniu, a potem
zawsze już był na cenzurowanym, jako „element politycznie niepewny”. Wzmocnieni,
nie tylko jadłem, szli do kościoła przy klasztorze kapucynów na pasterkę.
Pamiętam anegdotę, jaka o panu Czesławie przetrwała w naszej rodzinie do
dzisiaj… Przed jedną z pasterek odbyła się gorąca dyskusja na temat
prawidłowego śpiewania kolęd. Pan Czesław mówił, że ludzie już tyle lat w
mieście mieszkają, a wciąż nie potrafią pozbyć się gwarowej mowy, bo śpiewają w
kolędzie „Z narodzenia Pana”:
Każdy
pyta: Co się dzieje?
Czy
nie świta? czy nie dnieje?
Skąd
ta łuna bije, tak miła oku!
A przecież powinni śpiewać:
Skąd ta ona bije, tak
miła oku!
I rzeczywiście pan Czesław wbrew wszystkim i wszystkiemu,
nawet logice, śpiewał w klasztorze tę kolędę, wyraźnie podkreślając słowo
„ona”…

Sama Wigilia, a właściwie przygotowania do niej, zaczynały
się dużo wcześniej. Opłatki! Te trzeba było chronić przed nami, przed
przedwczesnym zjedzeniem, bo tajemniczy smak opłatka przyciągał i kusił
niesforne dzieciaki… Opłatki, w czasie adwentu, roznosił organista Marian Ziemiański.
Pod nosem wąsik, w ustach papieros i ostry, spracowany śpiewem głos. Jak to
organista – nie stronił od mocniejszych trunków. Gdy pojawiał się popołudniową
porą, bywało, był już pod „dobrą gwiazdą”. Rodzice zastanawiali się, jak on
zagra i zaśpiewa podczas wieczornych nieszporów… Zimą chodził w długim płaszczu
z futrzanym kołnierzem i skórzanej pilotce podszytej futrem. Był bratem ks.
Aleksandra Ziemiańskiego, wieloletniego proboszcza rozwadowskiej fary, a jego
żona – Waleria – latem sprzedawała piękne kwiaty ze swego ogrodu. Rodzice
wysyłali mnie często do pani Ziemiańskiej po tulipany, róże… Odrywała się
zazwyczaj od kuchni, brała sekator i szliśmy do ogrodu. Zawsze była miła,
uśmiechnięta, prosiła bym pozdrowił rodziców. Wizyta organisty była hałaśliwa. Opowiadał
jakieś ploteczki z miasta, śmiał się głośno. Zostawiał opłatki, które wyjmował z
ogromnego wiklinowego kosza i wypiwszy dla zdrowotności kieliszeczek przedniej
wódeczki alibo też koniaczku, złożywszy świąteczne życzenia, szedł dalej.

Na święta, najważniejsze było drzewko. Choinka! Choinka, w
czasach mego dzieciństwa, pochodziła często z nielegalnego wyrębu, z czego
bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy. Musiała to być jodła. Przywozili ją w
wielkiej tajemnicy pracownicy taty, którzy mieszkali w okolicznych wioskach
otoczonych lasami pięknymi lasami. Nasza choinka zawsze była piękna! Wtedy
sprzedaż drzewek świątecznych nie była tak powszechna, jak dzisiaj… Choinki –
jak wszystko się zdobywało! Kolejnym atrybutem świąt były ryby. Ryby, czyli karpie,
łowione w okolicznych stawach, zawsze pachniały mułem, co mamie – Stanisławie,
albo Stasi, jak nazywał ją tato – strasznie przeszkadzało. Odbywały więc
kwarantannę w wannie – ku naszej uciesze. Można było bowiem dotknąć rybę,
pogłaskać ją, spojrzeć na ruszający się pyszczek. Tragedia zaczynała się wtedy,
gdy uświadamialiśmy sobie, że rybki, które jemy podczas Wigilii, do niedawna
były naszymi wodnymi przyjaciółmi… Wtedy skończyły się wannowe kwarantanny. W
rodzinie opowiadają o mamie anegdotę rybną… Zdarzyło się kiedyś, że ryby
trzymane w wannie usnęły. Mama wpadła w panikę, że ryby zdechły i trzeba je
wyrzucić. Na nic tłumaczenia taty się zdały. Mama kazała, tato zrobił... Z
niemałym trudem zdobył następne karpie… A przy okazji imienin, mama została
pouczona przez przyjaciela rodziny, pana
Józefa Ciołkosza, że ryby

usypiają i nic nie stało na przeszkodzie, by można je
było przygotować je do jedzenia... Przez długie lata tato przypominał w czasie
świąt to zdarzenie, podśmiewając się z mamy! Zatem ryby od połowy grudnia
blokowały łazienkę… Ale grzyby, oczywiście prawdziwki, już od lata zbierane
były i suszone, z myślą o przede wszystkim uszkach do wigilijnego barszczu.
Drugim celem zbierania grzybów, oprócz oczywiście samej przyjemności, były
grzybki marynowane w occie. Pychota! Tak przyrządzonych jak w domu, nie
spotkałem nigdzie! Oczywiście najsmaczniejsze są prawdziwki, ale w niczym nie
odbiegają smakowo, te mniej szlachetne, podgrzybki. Kiedyś, gdy wiosną zbierano
maślaki, to jesienią – nawet w czasie przymrozków – wybierano się do lasu na
gąski. Były to grzyby o zielonkawych kapeluszach, które rosły zazwyczaj w
piaszczystych glebach. Dlatego też bardzo trudno było je wypłukać. Piasek
często zaskrzypiał w zębach, kiedy przegryzało się a to wędlinkę czy wódeczkę
smakowitą marynowaną gąską… Tato opowiadał czasami anegdotę związaną właśnie z
gąskami. Były to lata 70-te, oczywiście XX wieku. Na grzyby urywali się z pracy
często ze swoim szefem, prezesem Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, Tadeuszem
Krawczykiem i Marianem Głowackim. Pewnego dnia przywieźli całe torby gąsek!
– Jak to cholera wypłukać!? – martwił się prezes.
– A co to za problem! – powiedział wtedy Marian Głowacki. – Ja
wkładam do pralki, zalewam wodą, włączam na chwilę i problem z głowy! Ziarnka
piasku nie znajdziesz!
Następnego dnia prezes od rana nie miał humoru… Burczał na
wszystkich. Awanturował się o byle co. Dopiero pod koniec dnia przyznał się, że
zastosował dobrą radę pana Mariana i z całego obfitego zbioru grzybów zostało
tylko wspomnienie… Do dzisiaj wspomnienie tej anegdoty wzbudza śmiech!
Tak więc barszcz z uszkami z grzybowym farszem stanowił
podstawowe danie wigilijnej kolacji. Potem była kapusta z grochem, pierogi z
kapustą i grzybami, i na koniec smażony karp w panierce. Mistrzostwo świata w
wykonaniu mojej mamy! A popijało się wspaniałym kompotem z suszu. Taki kompot,
podobnie jak i karp, smakuje tylko w ten jeden jedyny dzień. Podawany w inne
dni dla mnie nie ma w ogóle smaku. Karp, smażony z cebulką, podawany był z
gotowanymi ziemniaczkami lub chlebem, a do ryby chrzan, w późniejszym okresie
także cytryna. Tego dnia, nikt już właściwie nie miał ochoty na jedzenie.
Dopiero kolejne dni świąteczne otwierały gamę smakołyków! Sałatki jarzynowe,
śledziki w śmietanie, karpik w galarecie, galaretki ze świńskich nóżek,
kiełbasy i szynki swojskie pochodzące z okolicznych wiosek od najlepszych
masaży! Takich smaków wędlin dzisiaj, choćby nie wiem jak się wysilali, nie
osiągną! Na drugi dzień świąt serwowała mama gęś nadziewaną, albo indyka. Te
najwcześniejsze, jakie pamiętam, przywoziła babcia Leokadia z Żabna, potem gęsi
dostarczała zawsze ciocia Todzia Adamska z Witkowic. Dzisiaj nikt, ani w Żabnie
ani w Witkowicach, nie hoduje gęsi czy indyków… A w tamtych czasach strach było
przejść przez Błonia w Żabnie, bo grasowały tam stada gęsi pilnowane przez
gąsiorów harcowników atakujących przechodzących ludzi, jakże często łapiących
pomarańczowymi dziobami za łydki… W zagrodzie, jeśli były indyki, też nie można
się było czuć bezpiecznym, bo taki rozzuchwalony indor atakował bezpardonowo! A
jak nie on, to bezczelny kogut siejący w zagrodzie postrach nie tylko wśród
kur… Dzisiaj powiedzenie wzięte z Jana Kochanowskiego – „wsi spokojna, wsi
wesoła” nabrało znamiennego znaczenia, bo rzeczywiście już nie słychać ani
domowego ptactwa, ani krów, koni czy świnek…

Bardzo ważnym elementem świąt były szopki bożonarodzeniowe w
naszych kościołach. W farnym – parafialnym rozwadowskim kościele pw. Matki
Bożej Szkaplerznej, nigdy mi się nie podobała. Statyczna, jakby budowana bez
emocji, ze zwykłego obowiązku, mało kameralna szopka. Zawsze „kasowała” ją
szopka kapucyńska! Zazwyczaj była to ruchoma szopka, z przesuwającymi się po
okręgu figurkami, oddającymi cześć małemu Jezuskowi śpiącemu na sianie w
żłobku, przy którym stali w zadumie Maria i Józef, a w tle wół i osiołek. Przed
balustradą stał aniołek – skarbonka – kiwający główką po wrzuceniu monety.
Oczywiście kiwnięcie było głębsze, jeśli moneta była cięższa… Już jako
licealista kilkakrotnie uczestniczyłem w budowaniu bożonarodzeniowej szopki w
klasztorze. Zarządzali wtedy konwentem wspaniali i niezapomniani kapucyni – o.
Edmund Haracz i o. Stanisław Padewski (po latach, kiedy wyjechał na Ukrainę,
został biskupem), a rezydentem w tamtym klasztorze był przez jakiś czas ks.
prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski – historyk, etnograf i pedagog, nade wszystko
znawca regionu rozwadowskiego, autor wielu wspaniałych książek dokumentujących
dzieje i kulturę społeczną i materialną Rozwadowa i okolic. Klasztorną szopkę
budowali niemal wszyscy współbracia zakonni oraz chętni wolontariusze. Z jaką
przyjemnością patrzyło się później na zachwycający efekt pracy!Zwieńczeniem świąt były „Jasełka” – spektakl słowno-muzyczny prezentowany
przez dzieci. Och, jakie to emocje czasem uczestniczyły obsadzaniu ról!
Najgorzej było z rolą Matki Boskiej… Każda dziewczynka chciała odgrywać tę
rolę… Nie pamiętam, kto zajmował się reżyserią „Jasełek”. Odbywały się a to w
klasztorze, a to w kościele parafialnym, ale także w rozwadowskiej szkole
podstawowej (była także szkoła podstawowa w Charzewicach – dzisiaj znajduje się
w tym budynku, dawnym pałacu Lubomirskich, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli).
Pamiętam, że te szkolne „Jasełka” reżyserowała pani Maria Grodecka –
nauczycielka biologii i geografii w rozwadowskiej szkole.

Ten bożonarodzeniowy czas, dla mnie to także czas obawy, wręcz
lęku, bo po domach chodzili kolędnicy poprzebierani w tak straszne stroje! Jak
byłem mały uciekałem, chowając się przed nimi po pokojach, potem – uspakajany
przez rodziców – z niepokojem spoglądałem na przedstawienie. Na żołnierzy, Monarchów,
Heroda – któremu obcinano głowę, Śmierć z kosą, którą obcinała królowi głowę, Diabła
– który widłami zabierał Heroda do piekła, bo był brzydki…
Do dzisiaj słyszę słowa Śmierci:
Przyjdzie tu ktoś po ciebie z diabelskiego
kraju
Pójdź no tutaj amorku, wnuczku
Lucypera,
Piekło oczekuje tego bohatera!
I pełnym zamachem kosy ucina głowę Herodowi… Po podłodze
toczy się główka kapusty… Ja przerażony słyszę spokojny, zimny głos śmierci:
Przez rozkaz niebieski ścięłam łeb królewski…
Nagle zza drzwi wyskakuje czarny diabeł z czerwonymi rogami i
długim ogonem, wymachuje widłami krzycząc:
Królu Herodzie! Za twe zbytki marsz do piekła, boś ty
brzydki!
I wypycha Heroda bez głowy do piekła, czyli do korytarza…
Przez kilka dni bałem się tam wieczorową porą sam wychodzić do ciemnego
korytarza… Przecież tam piekło, król bez głowy i Lucyper…
Inną przerażającą postacią był Żyd – garbaty, obdarty, miał laskę, jakiś tobołek i
przez wszystkich był pomiatany, choć to jemu zadawano trudne pytania. Pamiętam jakiś absurdalny dialog Króla Heroda z Żydem... W tych
strasznych postaciach i scenach gubili się Anioł i Matka Boska – postaci pełne
łagodności i spokoju… W tamtych czasach kolędników wszyscy przyjmowali, bo
zamknięcie drzwi przed nimi było dyshonorem… Młodzi ludzie przez kilka miesięcy
uczyli się ról, przygotowywali stroje, śpiewali kolędy, czasem dopisywali swe
teksty. To było małe teatralne przedstawienie, za które oczywiście otrzymywali
od ludzi jakieś drobne pieniądze. Nikt nie odmawiał, ludzie płacili chętnie! To
był czas, kiedy powszechne było tylko radio, a telewizor w życiu ludzi był
jeszcze prawie nieobecny! Dzisiejsi kolędnicy chodzą tylko po to, by wyciągnąć
od ludzi pieniądze (jeśli są grupy, które inaczej do tego obyczaju podchodzą –
to przepraszam). W mojej rodzinie do dzisiaj powtarzana jest anegdota dotycząca
święta Trzech Króli. Wtedy był to zwykły dzień pracy i szkoły… Z klasztoru
przynosiło się świecone kredę i kadzidło. Na drzwiach wypisywało się tradycyjne
„K + M + B” zwieńczone bieżącym rokiem. Napis trwał na drzwiach przez cały rok!
Bardzo denerwowało mnie, że mamy w domu drzwi pomalowane na biało. Nic nie było
widać, a w tamtych czasach dostęp do kolorowej kredy był w zasadzie niemożliwy,
bo i w szkole raczej kreda kolorowa była rarytasem. Przez całe lata byłem
pewien, że ów skrót „KMB” oznacza pierwsze litery imion wędrujących do nowo
narodzonego Jezusa królów, czy jak inni twierdzą magów – Kacpra, Melchiora i
Baltazara. A z błędu nie wyprowadzali ludzi – bo przecież nie tyko ja tak
uważałem – księża. Tymczasem prawidłowy zapis powinien wyglądać następująco: „C
+ M + B + 2024”, co oznacza „Christus Mansionem Benedicat 2024” czyli „Niech
Chrystus Błogosławi ten dom na rok 2024”. Ponieważ z kredą nie mogłem poszaleć,
to kadzidło, przynoszone z klasztoru w papierowych tutkach, od razu wędrowało
na rozgrzaną blachę pieca kuchennego (w domu mieliśmy piec, na którym gotowało
się jedzenie; o gazie wtedy w Rozwadowie nie mogło być mowy, a prąd – nie dość
że drogi, to wystarczył mocniejszy wiatr zrywający kable i przez dwa, trzy dni mogło
nie być prądu). Zatem kadzidło wędrowało na rozgrzaną blachę kuchni i spalało
się wydając ujmujący zapach panujący tylko w kościele. Drobiny bursztynu topiły
się, a inne zioła żarzyły, pozostawiając na blasze czarne, trudne do usunięcia
naloty. Kiedy wracali do domu rodzice, oczywiście nie mogło się obyć bez małej
awantury. Bo chyba tylko ja mogłem wytrzymać w takim zadymieniu. Otwierali
okna, mroźne powietrze wpadało do mieszkania, chcieli mi zabrać kadzidło, ale
ja miałem swoją wersję, że wszystko spaliłem święcąc, zgodnie z tradycją,
mieszkanie. Na to „święcenie” szła połowa kadzidła, druga zostawała
zakamuflowana w kącie szafy i czekała na odkrycie… No cóż, zabawy z kadzidłem
skończyły się, gdy nadszedł kres pieca kuchennego… Po latach pojawiły się
przywożone z Dalekiego Wschodu trociczki, przypominające czasem zapach
rodzimego kadzidła, ale to nie było i nie jest już to samo. Tak nawiasem
mówiąc, kadzidła kościelne też już nie mają tego zapachu, choć pewnie receptura
od wieków się nie zmieniła…
Było pięknie i radośnie! W takim nastroju wkraczaliśmy w
okres karnawału!