środa, 24 stycznia 2024

Magiczne miejsca. Cukiernia pana Dominika.


 

Piotr Warchoł, Rozwadów - cukiernia pana Dominika

Rozwadowianie – nie chciałbym użyć określenia starzy, bo sam się do nich zaliczam – doskonale pamiętają cukiernię pana Dominika. W tym niewielkim pomieszczeniu, na rogu ulic Jagiellońskiej, Tadeusza Kościuszki i Rynku, kryła się wielka tajemnica… A właściwie odpowiedź, dlaczego czekaliśmy z utęsknieniem na dzień 1 maja… Bynajmniej nie z powodu Święta Pracy, pochodu ulicami naszego miasteczka, w którym uczestniczyli chyba wszyscy mieszkańcy Rozwadowa. Oczywiście ich udział, w znamienitej większości nie miał też podtekstu ideologicznego. Może z wyjątkiem kilku panów, których nie ma sensu w tym miejscu wspominać, bo po chmurnych i durnych ideolo-party, rozwadowski proboszcz i tak odprowadził ich na cmentarz na Młodyniu… Po co były im potrzebne te marksistowskie pohukiwania? Choć i ta manifestacja posiadała przecież swe interesujące atrakcje, bo przemarsz kolejowej orkiestry dętej z radosną marszową muzyką (zazwyczaj słuchaliśmy w ich wykonaniu muzyki pogrzebowej…), albo defilujących w pochodzie Oddział Turków z Zaleszan. W końcu, po zimowym okresie, nasze mamy miały znowu okazję zaprezentować swe wiosenne kreacje – z roku na rok krótsze spódniczki, eleganckie buciki, lekkie płaszczyki… A jak padał deszcz, to i tak wszyscy ubierali ówczesny krzyk mody – ortalionowe płaszcze „non iron”, kupowane pokątnie i – jeśli dobrze pamiętam – przemycane w paczkach z Italii. Ale to wszystko furda!

Matylda i Ludwik Dominikowie
1 maja pan Dominik zaczynał sprzedawać lody, na które wszyscy od jesieni czekali! Ot i cała rozwadowska tajemnica pierwszomajowa! Lody śmietankowe, waniliowe, bakaliowe, a jak się pokazały truskawki i jagody, to w smaku tych owoców. Podawane były w wafelku. Cena z tamtych czasów, jaką zapamiętałem, to 1,20 zł za gałkę. I choć w Rozwadowie lody można było kupić u pani Kosieniakowej przy ul. Jagiellońskiej, pana Mospana – obecnie róg ulic Witosa i Zielonej (informacja od Zbigniewa Kustry),  u Szklenera (kiedyś strułem się lodami cytrynowymi z tamtej cukierni…) przy ul. Broniewskiego, potem u Kurdziela w Rynku – vis a vis cukierni Dominika, to żadne nie równały się z tymi od Dominika. Nawet te w Stalowej Woli u Małysowej, czy w Nisku u Suchojada (podobno przepis na przyrządzanie lodów trzymali w rodzinie w wielkiej tajemnicy), nie były tak smaczne jak „Dominikowe”. Do Niska na lody jeździliśmy z rzadka, kiedy w domu pojawił się samochód – wspaniała Syrenka (RT-1930 – na zawsze zapamiętałem numer rejestracyjny naszego pierwszego samochodu). Ostatnio Zbigniew Kustra – wspomniał na rozwadowskiej stronie prowadzonej przez Pawła Tokarza – wnuk pana Dominika, że rozwadowscy lodziarze dobywali bryły lodu z Bełku (tak nazywał się akwen wodny będący starorzeczem Sanu), za co musiał płacić rozwadowskiemu urzędowi określoną kwotę. By ominąć dodatkowe koszty, przez jakiś czas pan Dominik dobywał bezpłatnie lód z Sanu. Brzmi to obecnie bardzo archaicznie, bowiem rzeki prawie nie zamarzają ostatnio.  Gdy piszę ten tekst, jeszcze dzisiaj słyszę ciche brzęczenie lodówek dochodzące z zaplecza i czuję słodki zapach ciast i lodów roznoszący się po cukierni… Oprócz lodów w cukierni Dominika były też pyszne ciasta. Tam zaczęła się moja smakowa przygoda z kremówkami, które uwielbiam do dziś! Wiele dałbym, by znów móc zjeść kremówkę rozwadowską kupioną u Dominika… Były też napoleony z kremem, rurki z bitą śmietaną, rolady i pączki… Choć takich pączków, jak smażyła moja mama, to nawet pan Dominik nie potrafiłby zrobić.

Do cukierni wchodziło się od ul. Jagiellońskiej. Na niewielkiej wystawie zachęcały do wejścia tace z ciastkami. Letnią porą pojawiał się też napis – LODY. Nad wystawą wisiał szyld – CUKIERNIA. Gdy wchodziło się do środka, słychać było dźwięk dzwonka. Pan Dominik ukazywał się po chwili w białym kitlu z zaplecza, czasem miał białą furażerkę na głowie, i stawał za ladą. Lody podawał z dużych termosów, nabierając je specjalną gałkownicą. Zazwyczaj lody serwowane były w płaskich wafelkach, krojonych z dużych piekarniczych wafli. Typowe, stożkowate wafelki pojawiły się znacznie później, kto wie, czy nie wraz maszynami do produkcji tzw. włoskich lodów.  Nie pamiętam, by pan Dominik uśmiechał się do klientów. Zawsze miły i niezwykle spokojny. W cukierni stały dwa małe stoliczki o okrągłych blatach i kilka drewnianych niewielkich taborecików też z okrągłymi siedziskami. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek w cukierni przy stoliku jadł ciasto czy lody. Raczej kupowało się na wynos do domu, a z lodami wędrowało się po Rynku. Taki jedzony, a właściwie lizany, w drodze, chyba lepiej smakował…

Zofia, Ryszard i Krystyna - dzieci państwa Dominików
na Rynku rozwadowskim w latach 50-tych XX w.

Jako dziecko długo nie wiedziałem, czy Dominik, to imię czy nazwisko. Dopiero kiedy usłyszałem, że księdzem z Rozwadowa został Ryszard Dominik – syn cukiernika, skonstatowałem, że to musi być nazwisko… To był rok 1963. W tamtych czasach święcenia kapłańskie w takich miejscowościach jak Rozwadów były nie lada wydarzeniem. Niemal całe miasteczko brało udział w uroczystych prymicyjnych mszach świętych. Każdy też znał wywodzących się z rozwadowskiej parafii młodych księży, a ich rodzice darzeni byli wielkim szacunkiem, bo wychowali kapłana… Wśród nich byli wówczas księża Kazimierz Nawrocki (naprawdę nazywał się Moskal, ale za namową ks. Gaja-Piotrowskiego zmienić je miał na Nawrocki), Stanisław Jackowski, Bogusław Wermiński, pochodzący z pobliskich Jastkowic Stanisław Jastkowski (prawdziwe nazwisko Stanisław Bolesław Kuziora, ale czy nie lepiej brzmi Stanisław Jastkowski? – pytał z uśmiechem ks. Gaj, nota bene ja powinienem wg księdza profesora nazywać się Nadsański...), Wilhelm Gaj-Piotrowski i Ryszrad Dominik, ale i zakonnicy – o. Leszek Tabor czy dużo młodszy o. Bogusław Piechuta…

Ks. Ryszard Dominik, po zdaniu matury w Liceum Ogólnokształcącym w Stalowej Woli, postanowił zostać księdzem. Złożył dokumenty do Seminarium Duchownego w Przemyślu. Jeszcze przed egzaminami, do szkoły kapłanów dotarł anonim, że kandydat na księdza jest chory na padaczkę… Ta choroba eliminowała młodego człowieka z tej niełatwej przecież uczelni. Było to wierutne kłamstwo! Ale trzeba było jednak udowodnić, że Ryszard Dominik jest okazem zdrowia. Komu zależało, by młodemu człowiekowi uniemożliwić realizację swego powołania? Zawiedziona miłość? Złośliwość jakichś komunistycznych władz w Rozwadowie? W poważnej rozmowie z kandydatem na księdza, przemyski biskup zasugerował, Ryszardowi Dominikowi, by usunął się – tak na wszelki wypadek – z diecezji przemyskiej i podjął studia w innym seminarium. Tak się też stało. Młody Dominik podjął studia w Wyższym Seminarium Duchownym we Wrocławiu. 23 czerwca 1963 roku otrzymał święcenia kapłańskie w Zgorzelcu. Pracę duszpasterską prowadził Jeleniej Górze, Wrocławiu, Radkowie, Bystrzycy Kłodzkiej, Długopolu Dolnym, w końcu w 1981 roku rozpoczął tworzenie nowej parafii w Kłodzku, której został pierwszym proboszczem i dziekanem dekanatu kłodzkiego. Papież Benedykt XVI w 2009 roku uhonorował go tytułem prałata. Ks. Ryszard Dominik zmarł 31 stycznia 2010 roku i pochowany został przy swym kościele Podwyższenie Krzyża św. w Kłodzku. „Ta decyzja budzi do dzisiaj kontrowersje między radnymi Kłodzka. – mówi z niesmakiem Paweł Tokarz. –  Jedni chcą by przenieść grób wuja na cmentarz, a inni uważają, że tam gdzie pochowany jest należne mu miejsce wiecznego spoczynku.”

Pewnego dnia wspominaliśmy z moją już nieżyjącą mamą Rozwadów, którego już nie ma… Opowiedziała mi wtedy, że doskonale znała państwa Dominików, którzy po przyjeździe do Rozwadowa mieszkali w Charzewicach u „ciotki-stryjny Górskiej”. Tato zawsze się śmiał z tego określenia. Bo  wydawało się, że albo ktoś jest ciotką, albo stryjną… A tu takie niezdecydowanie! Józefa Górska – jako siostra mojego dziadka – była stryjną, a jako żona Józefa Górskiego – ciotką… Górscy mieszkali przy charzewskich błoniach, a ich stodoła stykała się ogrodem Kosierbów mieszkających przy ul. Głównej. Często Dominikowie szli do Rozwadowa „na skróty” przez ogród i podwórko Kosierbów.

Dlaczego Dominikowie zamieszkali w Charzewicach, a nie w Rozwadowie? Tego się już chyba nie dowiemy.

Matylda Dominikowa, jej siostra Zofia wygląda zza drzwi, na dole od lewej stoją Ryszard, Krystyna i Zosia. Rozwadów 1945.
Ze wspomnień córki Dominików – Zofii, dowiadujemy się, że Matylda i Ludwik Dominikowie pierwszy raz w Rozwadowie zjawili się w lutym 1938 roku. Przyjechali wówczas z Rawy Ruskiej. Obecnie to Ukraina. „Wyjazd do Rozwadowa, w poszukiwaniu pracy i miejsca do zamieszkania, był spowodowany niechęcią do mojego dziadka – twierdzi Paweł Tokarz – ze strony rodziny mojej babci, Druszlakowskiej.” Ludwik i Matylda z domu Durszlakowska ślub wzięli 19 kwietnia 1938 roku w Rawie Ruskiej. Ich pierwsze dziecko – syn Ryszard przyszedł na świat 22 października 1938 roku w Charzewicach. Czym się zajmował w tamtym czasie Ludwik Dominik w Rozwadowie? A może pracował w powstającej Stalowej Woli? To budujące się w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego miasto przyciągało wtedy młodych ludzi z całej Polski! Kolejne dwie córki – Krystyna i Zofia urodziły się już w czasie wojny. We wrześniu 1939 roku, uciekając przed napierającymi Niemcami, Dominikowie wyjechali z Rozwadowa. Pani Matylda była w zaawansowanej ciąży. W trakcie tej stresującej podróży, w Bełżcu przyszła na świat Krystyna. Zofia – najmłodsza, urodziła się w Rawie Ruskiej. Dominikowie mieli dużo szczęścia, że nie podzielili losu rodziców – Piotra i Rozalii Dominików. W lutym 1941 roku zostali zesłani przez Rosjan na daleką Syberię, w okolice Irkucka,

wraz córką Marią – po mężu Syczak i jej czwórką nieletnich dzieci – Jadwigą, Mieczysławą, Zdzisławem i  Edwardem. Jej mąż, Emil Syczak, wprawdzie uniknął wywózki na nieludzką ziemię, bo nie było go tego dnia w domu, ale w 1942 roku został w Lubyczy Królewskiej, przypadkowo zgarnięty na Rynku przez Niemców, którzy rozstrzelali grupę Polaków w odwecie za to, że pomagali jeńcom rosyjskim. Z zesłania wrócili wszyscy w 1946 roku i osiedli w Brzegach Dolnych koło Ustrzyk Dolnych. Ciotka Pawła Tokarza opowiadała, że na zesłaniu ich nadzorczynią była wyjątkowo wredna kobieta, Ukrainka, która nie pozwalała im zagospodarować nawet resztek jedzenia, jakie wyrzucała na kompostownik. Nie wszyscy jednak tacy byli.

Ludwik i Matylda jakiś czas mieszkali z dziećmi w Bełżcu, by w końcu w 1942 roku zamieszkać w Rawie Ruskiej. Tam dotrwali do 1944 roku. „Pewnego ranka w 1944 roku, przyszła do dziadków znajoma Ukrainka – opowiada Paweł Tokarz. – Ostrzegła ich przed rzezią, jaką planowali dokonać Ukraińcy na Polakach. Podsłuchała rozmowę swojego syna z innymi Ukraińcami. Mieli już gotową listę polskich domów i gospodarstw, które mieli zaatakować nocą i wymordować wszystkich. Dziadek nie czekał ani chwili. Mając znajomości na kolei, natychmiast wykupił cały wagon, do którego władował cały dobytek. Czy już wtedy wiedzieli, że pojadą szukać schronienia w Rozwadowie? Gdy siedzieli już w pociągu, czekając aż ich transport ruszy w drogę, do ich wagonu dołączyły jeszcze dwie polskie rodziny, które ubłagały dziadka, by ich zabrał. Byli to państwo Ślepokurowie i Klimkiewiczowie. Dziadek był dobrym człowiekiem, więc się zgodził. Dzięki temu wyjechali wszyscy szczęśliwie.”

W cukierni: Zofia, Krystyna, kuzyn z Kanady - John i Ludwik Dominik.
Gdy dotarli do Rozwadowa, chyba już po wyzwoleniu spod niemieckiej okupacji, zamieszkali w przydzielonym domu przy ul. Jagiellońskiej. Współlokatorami byli państwo Słowikowie. Dominik na krótko podjął pracę w PKP. Jednak już w 1945 roku założył sklep „ze wszystkim”, w którym przeważały jednak słodycze. Sklep znajdował się w zamieszkałym przez nich domu, w miejscu gdzie później był sklep z odzieżą, którą handlowała pani Słowikowa. W końcu pan Ludwik Dominik otrzymał od miasta przydział na sąsiednią posesję, którą wyprowadził z ruiny. Założył tam swoją cukiernię. „Dziadek będąc kawalerem – mówi Paweł Tokarz – terminował u cukiernika w Rawie Ruskiej. Tam nabył wszystkie umiejętności jakimi nas darzył przez wiele lat. Otworzył więc cukiernię w Rozwadowie i prowadził ją prawie do śmierci.”

Czasem śni mi się ta magiczna cukiernia, czuję zapach lodów, słyszę rytmiczne tykanie zegara, widzę dyskretny uśmiech pana Dominika, który był chyba małomówny, widzę wyciągniętą rękę z lodem – oczywiście podwójna gałka – w wafelku. I gdy tylko sięgam po lód, budzę się… Niknie cukiernia, rozpływa się pan Dominik, tylko w nozdrzach czuję smak wanilii wypełniającej jeszcze przed chwilą cukiernię…


Film z archiwalnymi fotografiami rodziny Dominików przygotował Paweł Tokarz - wnuk Matyldy i Ludwika Dominików. Dziękuję za pomoc. 


 

 

wtorek, 19 grudnia 2023

Gdy na niebie pierwsza gwiazdka…

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?

Moje święta z dzieciństwa przepojone były radością z wigilijnych i świątecznych obrzędów, ubieraniem choinki, odwiedzaniem rodziny i znajomych. W naszym domu długo nie było prezentów pod choinką… Jak byliśmy zupełnie mali, to dzwoneczek oznajmiał, że Aniołek właśnie ubrał choinkę. Natomiast pojawienie się pierwszej gwiazdki w dzień wigilijny było sygnałem do rozpoczęcia uroczystej kolacji. Tato – Adam – w wigilię obchodził imieniny, więc świętowanie, i to huczne, zaczynało się już kilka dni przed świętami. W samą wigilię goście już właściwie nie przychodzili, ale tradycją stały się odwiedziny państwa Stanisławy i Czesława Puków. Czesław Puka (1930-2008) był młodszym kolegą mojego taty z Żabna. Na kilka godzin przed pasterką przenosili się wspomnieniami do czasów swego dzieciństwa, młodości… Ileż to niezapisanych opowieści o mieszkańcach Żabna i Radomyśla n/Sanem przepłynęło w te powigilijne wieczory! Pan Czesław zawsze, chciał tego czy nie, wkręcał się w różne aferki, bywało ciemne sprawki, a tych w czasach okupacji a i po wojnie przecież nie brakowało. W końcu, jako uczeń szkoły średniej, wylądował w więzieniu, a potem zawsze już był na cenzurowanym, jako „element politycznie niepewny”. Wzmocnieni, nie tylko jadłem, szli do kościoła przy klasztorze kapucynów na pasterkę. Pamiętam anegdotę, jaka o panu Czesławie przetrwała w naszej rodzinie do dzisiaj… Przed jedną z pasterek odbyła się gorąca dyskusja na temat prawidłowego śpiewania kolęd. Pan Czesław mówił, że ludzie już tyle lat w mieście mieszkają, a wciąż nie potrafią pozbyć się gwarowej mowy, bo śpiewają w kolędzie „Z narodzenia Pana”:

Każdy pyta: Co się dzieje?
Czy nie świta? czy nie dnieje?
Skąd ta łuna bije, tak miła oku!

A przecież powinni śpiewać:

Skąd ta ona bije, tak miła oku!

I rzeczywiście pan Czesław wbrew wszystkim i wszystkiemu, nawet logice, śpiewał w klasztorze tę kolędę, wyraźnie podkreślając słowo „ona”…

Sama Wigilia, a właściwie przygotowania do niej, zaczynały się dużo wcześniej. Opłatki! Te trzeba było chronić przed nami, przed przedwczesnym zjedzeniem, bo tajemniczy smak opłatka przyciągał i kusił niesforne dzieciaki… Opłatki, w czasie adwentu, roznosił organista Marian Ziemiański. Pod nosem wąsik, w ustach papieros i ostry, spracowany śpiewem głos. Jak to organista – nie stronił od mocniejszych trunków. Gdy pojawiał się popołudniową porą, bywało, był już pod „dobrą gwiazdą”. Rodzice zastanawiali się, jak on zagra i zaśpiewa podczas wieczornych nieszporów… Zimą chodził w długim płaszczu z futrzanym kołnierzem i skórzanej pilotce podszytej futrem. Był bratem ks. Aleksandra Ziemiańskiego, wieloletniego proboszcza rozwadowskiej fary, a jego żona – Waleria – latem sprzedawała piękne kwiaty ze swego ogrodu. Rodzice wysyłali mnie często do pani Ziemiańskiej po tulipany, róże… Odrywała się zazwyczaj od kuchni, brała sekator i szliśmy do ogrodu. Zawsze była miła, uśmiechnięta, prosiła bym pozdrowił rodziców. Wizyta organisty była hałaśliwa. Opowiadał jakieś ploteczki z miasta, śmiał się głośno. Zostawiał opłatki, które wyjmował z ogromnego wiklinowego kosza i wypiwszy dla zdrowotności kieliszeczek przedniej wódeczki alibo też koniaczku, złożywszy świąteczne życzenia, szedł dalej.



Na święta, najważniejsze było drzewko. Choinka! Choinka, w czasach mego dzieciństwa, pochodziła często z nielegalnego wyrębu, z czego bardzo długo nie zdawałem sobie sprawy. Musiała to być jodła. Przywozili ją w wielkiej tajemnicy pracownicy taty, którzy mieszkali w okolicznych wioskach otoczonych lasami pięknymi lasami. Nasza choinka zawsze była piękna! Wtedy sprzedaż drzewek świątecznych nie była tak powszechna, jak dzisiaj… Choinki – jak wszystko się zdobywało! Kolejnym atrybutem świąt były ryby. Ryby, czyli karpie, łowione w okolicznych stawach, zawsze pachniały mułem, co mamie – Stanisławie, albo Stasi, jak nazywał ją tato – strasznie przeszkadzało. Odbywały więc kwarantannę w wannie – ku naszej uciesze. Można było bowiem dotknąć rybę, pogłaskać ją, spojrzeć na ruszający się pyszczek. Tragedia zaczynała się wtedy, gdy uświadamialiśmy sobie, że rybki, które jemy podczas Wigilii, do niedawna były naszymi wodnymi przyjaciółmi… Wtedy skończyły się wannowe kwarantanny. W rodzinie opowiadają o mamie anegdotę rybną… Zdarzyło się kiedyś, że ryby trzymane w wannie usnęły. Mama wpadła w panikę, że ryby zdechły i trzeba je wyrzucić. Na nic tłumaczenia taty się zdały. Mama kazała, tato zrobił... Z niemałym trudem zdobył następne karpie… A przy okazji imienin, mama została pouczona przez przyjaciela rodziny,  pana Józefa Ciołkosza, że ryby
usypiają i nic nie stało na przeszkodzie, by można je było przygotować je do jedzenia... Przez długie lata tato przypominał w czasie świąt to zdarzenie, podśmiewając się z mamy! Zatem ryby od połowy grudnia blokowały łazienkę… Ale grzyby, oczywiście prawdziwki, już od lata zbierane były i suszone, z myślą o przede wszystkim uszkach do wigilijnego barszczu. Drugim celem zbierania grzybów, oprócz oczywiście samej przyjemności, były grzybki marynowane w occie. Pychota! Tak przyrządzonych jak w domu, nie spotkałem nigdzie! Oczywiście najsmaczniejsze są prawdziwki, ale w niczym nie odbiegają smakowo, te mniej szlachetne, podgrzybki. Kiedyś, gdy wiosną zbierano maślaki, to jesienią – nawet w czasie przymrozków – wybierano się do lasu na gąski. Były to grzyby o zielonkawych kapeluszach, które rosły zazwyczaj w piaszczystych glebach. Dlatego też bardzo trudno było je wypłukać. Piasek często zaskrzypiał w zębach, kiedy przegryzało się a to wędlinkę czy wódeczkę smakowitą marynowaną gąską… Tato opowiadał czasami anegdotę związaną właśnie z gąskami. Były to lata 70-te, oczywiście XX wieku. Na grzyby urywali się z pracy często ze swoim szefem, prezesem Spółdzielni Pracy „Rozbudowa” w Rozwadowie, Tadeuszem Krawczykiem i Marianem Głowackim. Pewnego dnia przywieźli całe torby gąsek!
– Jak to cholera wypłukać!? – martwił się prezes.
– A co to za problem! – powiedział wtedy Marian Głowacki. – Ja wkładam do pralki, zalewam wodą, włączam na chwilę i problem z głowy! Ziarnka piasku nie znajdziesz!
Następnego dnia prezes od rana nie miał humoru… Burczał na wszystkich. Awanturował się o byle co. Dopiero pod koniec dnia przyznał się, że zastosował dobrą radę pana Mariana i z całego obfitego zbioru grzybów zostało tylko wspomnienie… Do dzisiaj wspomnienie tej anegdoty wzbudza śmiech!

Tak więc barszcz z uszkami z grzybowym farszem stanowił podstawowe danie wigilijnej kolacji. Potem była kapusta z grochem, pierogi z kapustą i grzybami, i na koniec smażony karp w panierce. Mistrzostwo świata w wykonaniu mojej mamy! A popijało się wspaniałym kompotem z suszu. Taki kompot, podobnie jak i karp, smakuje tylko w ten jeden jedyny dzień. Podawany w inne dni dla mnie nie ma w ogóle smaku. Karp, smażony z cebulką, podawany był z gotowanymi ziemniaczkami lub chlebem, a do ryby chrzan, w późniejszym okresie także cytryna. Tego dnia, nikt już właściwie nie miał ochoty na jedzenie. Dopiero kolejne dni świąteczne otwierały gamę smakołyków! Sałatki jarzynowe, śledziki w śmietanie, karpik w galarecie, galaretki ze świńskich nóżek, kiełbasy i szynki swojskie pochodzące z okolicznych wiosek od najlepszych masaży! Takich smaków wędlin dzisiaj, choćby nie wiem jak się wysilali, nie osiągną! Na drugi dzień świąt serwowała mama gęś nadziewaną, albo indyka. Te najwcześniejsze, jakie pamiętam, przywoziła babcia Leokadia z Żabna, potem gęsi dostarczała zawsze ciocia Todzia Adamska z Witkowic. Dzisiaj nikt, ani w Żabnie ani w Witkowicach, nie hoduje gęsi czy indyków… A w tamtych czasach strach było przejść przez Błonia w Żabnie, bo grasowały tam stada gęsi pilnowane przez gąsiorów harcowników atakujących przechodzących ludzi, jakże często łapiących pomarańczowymi dziobami za łydki… W zagrodzie, jeśli były indyki, też nie można się było czuć bezpiecznym, bo taki rozzuchwalony indor atakował bezpardonowo! A jak nie on, to bezczelny kogut siejący w zagrodzie postrach nie tylko wśród kur… Dzisiaj powiedzenie wzięte z Jana Kochanowskiego – „wsi spokojna, wsi wesoła” nabrało znamiennego znaczenia, bo rzeczywiście już nie słychać ani domowego ptactwa, ani krów, koni czy świnek…

Bardzo ważnym elementem świąt były szopki bożonarodzeniowe w naszych kościołach. W farnym – parafialnym rozwadowskim kościele pw. Matki Bożej Szkaplerznej, nigdy mi się nie podobała. Statyczna, jakby budowana bez emocji, ze zwykłego obowiązku, mało kameralna szopka. Zawsze „kasowała” ją szopka kapucyńska! Zazwyczaj była to ruchoma szopka, z przesuwającymi się po okręgu figurkami, oddającymi cześć małemu Jezuskowi śpiącemu na sianie w żłobku, przy którym stali w zadumie Maria i Józef, a w tle wół i osiołek. Przed balustradą stał aniołek – skarbonka – kiwający główką po wrzuceniu monety. Oczywiście kiwnięcie było głębsze, jeśli moneta była cięższa… Już jako licealista kilkakrotnie uczestniczyłem w budowaniu bożonarodzeniowej szopki w klasztorze. Zarządzali wtedy konwentem wspaniali i niezapomniani kapucyni – o. Edmund Haracz i o. Stanisław Padewski (po latach, kiedy wyjechał na Ukrainę, został biskupem), a rezydentem w tamtym klasztorze był przez jakiś czas ks. prof. Wilhelm Gaj-Piotrowski – historyk, etnograf i pedagog, nade wszystko znawca regionu rozwadowskiego, autor wielu wspaniałych książek dokumentujących dzieje i kulturę społeczną i materialną Rozwadowa i okolic. Klasztorną szopkę budowali niemal wszyscy współbracia zakonni oraz chętni wolontariusze. Z jaką przyjemnością patrzyło się później na zachwycający efekt pracy!

Zwieńczeniem świąt były „Jasełka” – spektakl słowno-muzyczny prezentowany przez dzieci. Och, jakie to emocje czasem uczestniczyły obsadzaniu ról! Najgorzej było z rolą Matki Boskiej… Każda dziewczynka chciała odgrywać tę rolę… Nie pamiętam, kto zajmował się reżyserią „Jasełek”. Odbywały się a to w klasztorze, a to w kościele parafialnym, ale także w rozwadowskiej szkole podstawowej (była także szkoła podstawowa w Charzewicach – dzisiaj znajduje się w tym budynku, dawnym pałacu Lubomirskich, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli). Pamiętam, że te szkolne „Jasełka” reżyserowała pani Maria Grodecka – nauczycielka biologii i geografii w rozwadowskiej szkole.

Ten bożonarodzeniowy czas, dla mnie to także czas obawy, wręcz lęku, bo po domach chodzili kolędnicy poprzebierani w tak straszne stroje! Jak byłem mały uciekałem, chowając się przed nimi po pokojach, potem – uspakajany przez rodziców – z niepokojem spoglądałem na przedstawienie. Na żołnierzy, Monarchów, Heroda – któremu obcinano głowę, Śmierć z kosą, którą obcinała królowi głowę, Diabła – który widłami zabierał Heroda do piekła, bo był brzydki…

Do dzisiaj słyszę słowa Śmierci:

Przyjdzie tu ktoś po ciebie z diabelskiego kraju
Pójdź no tutaj amorku, wnuczku Lucypera,
Piekło oczekuje tego bohatera!

I pełnym zamachem kosy ucina głowę Herodowi… Po podłodze toczy się główka kapusty… Ja przerażony słyszę spokojny, zimny głos śmierci:  

Przez rozkaz niebieski ścięłam łeb królewski…

Nagle zza drzwi wyskakuje czarny diabeł z czerwonymi rogami i długim ogonem, wymachuje widłami krzycząc:

Królu Herodzie! Za twe zbytki marsz do piekła, boś ty brzydki!

I wypycha Heroda bez głowy do piekła, czyli do korytarza… Przez kilka dni bałem się tam wieczorową porą sam wychodzić do ciemnego korytarza… Przecież tam piekło, król bez głowy i Lucyper…
Inną przerażającą postacią był Żyd – garbaty, obdarty, miał laskę, jakiś tobołek i przez wszystkich był pomiatany, choć to jemu zadawano trudne pytania. Pamiętam jakiś absurdalny dialog Króla Heroda z Żydem... W tych strasznych postaciach i scenach gubili się Anioł i Matka Boska – postaci pełne łagodności i spokoju… W tamtych czasach kolędników wszyscy przyjmowali, bo zamknięcie drzwi przed nimi było dyshonorem… Młodzi ludzie przez kilka miesięcy uczyli się ról, przygotowywali stroje, śpiewali kolędy, czasem dopisywali swe teksty. To było małe teatralne przedstawienie, za które oczywiście otrzymywali od ludzi jakieś drobne pieniądze. Nikt nie odmawiał, ludzie płacili chętnie! To był czas, kiedy powszechne było tylko radio, a telewizor w życiu ludzi był jeszcze prawie nieobecny! Dzisiejsi kolędnicy chodzą tylko po to, by wyciągnąć od ludzi pieniądze (jeśli są grupy, które inaczej do tego obyczaju podchodzą – to przepraszam). W mojej rodzinie do dzisiaj powtarzana jest anegdota dotycząca święta Trzech Króli. Wtedy był to zwykły dzień pracy i szkoły… Z klasztoru przynosiło się świecone kredę i kadzidło. Na drzwiach wypisywało się tradycyjne „K + M + B” zwieńczone bieżącym rokiem. Napis trwał na drzwiach przez cały rok! Bardzo denerwowało mnie, że mamy w domu drzwi pomalowane na biało. Nic nie było widać, a w tamtych czasach dostęp do kolorowej kredy był w zasadzie niemożliwy, bo i w szkole raczej kreda kolorowa była rarytasem. Przez całe lata byłem pewien, że ów skrót „KMB” oznacza pierwsze litery imion wędrujących do nowo narodzonego Jezusa królów, czy jak inni twierdzą magów – Kacpra, Melchiora i Baltazara. A z błędu nie wyprowadzali ludzi – bo przecież nie tyko ja tak uważałem – księża. Tymczasem prawidłowy zapis powinien wyglądać następująco: „C + M + B + 2024”, co oznacza „Christus Mansionem Benedicat 2024” czyli „Niech Chrystus Błogosławi ten dom na rok 2024”. Ponieważ z kredą nie mogłem poszaleć, to kadzidło, przynoszone z klasztoru w papierowych tutkach, od razu wędrowało na rozgrzaną blachę pieca kuchennego (w domu mieliśmy piec, na którym gotowało się jedzenie; o gazie wtedy w Rozwadowie nie mogło być mowy, a prąd – nie dość że drogi, to wystarczył mocniejszy wiatr zrywający kable i przez dwa, trzy dni mogło nie być prądu). Zatem kadzidło wędrowało na rozgrzaną blachę kuchni i spalało się wydając ujmujący zapach panujący tylko w kościele. Drobiny bursztynu topiły się, a inne zioła żarzyły, pozostawiając na blasze czarne, trudne do usunięcia naloty. Kiedy wracali do domu rodzice, oczywiście nie mogło się obyć bez małej awantury. Bo chyba tylko ja mogłem wytrzymać w takim zadymieniu. Otwierali okna, mroźne powietrze wpadało do mieszkania, chcieli mi zabrać kadzidło, ale ja miałem swoją wersję, że wszystko spaliłem święcąc, zgodnie z tradycją, mieszkanie. Na to „święcenie” szła połowa kadzidła, druga zostawała zakamuflowana w kącie szafy i czekała na odkrycie… No cóż, zabawy z kadzidłem skończyły się, gdy nadszedł kres pieca kuchennego… Po latach pojawiły się przywożone z Dalekiego Wschodu trociczki, przypominające czasem zapach rodzimego kadzidła, ale to nie było i nie jest już to samo. Tak nawiasem mówiąc, kadzidła kościelne też już nie mają tego zapachu, choć pewnie receptura od wieków się nie zmieniła…

Było pięknie i radośnie! W takim nastroju wkraczaliśmy w okres karnawału!



wtorek, 24 października 2023

Maja Wojtal: Pęknięte zwierciadło

 

I jak się nie chwalić?!

Muszę się znowu pochwalić Majką z Częstochowy. Nie dość, że zaczęła naukę w Liceum Ogólnokształcącym im. Juliusza Słowackiego, podobno jednym z lepszych w Częstochowie, to w Ogólnopolskim Konkursie Literackim na Humorystyczne Opowiadanie „Moje spotkanie z Aleksandrem Fredrą lub bohaterami jego dzieł, które odmieniło moje życie i pozwoliło doznać wielkiej przygody” otrzymała pierwszą nagrodę w kategorii szkół ponadpodstawowych. Poniżej zamieszczam to opowiadanie.

 




Maja Wojtal

Pęknięte zwierciadło

 

Był chłodny wrześniowy wieczór. Siedziałam przy biurku w swoim nowym pokoju.
W powietrzu wciąż unosił się zapach świeżej farby. Odrabiałam obszerną i skomplikowaną pracę domową z matematyki. Nagle ciszę przerwał głośny huk. Lustro oprawione w złotą ramę runęło na podłogę! Zamknęłam oczy ze strachu i bałam się je otworzyć. Po chwili usłyszałam dziwne głosy.
 

– Do czorta! Coś ty nawyczyniał?! Gdzieśmy trafili przez ciebie? Zbiłeś moje lustro, teraz nieszczęście będzie mnie nękało przez następne siedem lat! – dało się słyszeć piskliwy głos. 

Nieśmiało otworzyłam oczy i zobaczyłam dwie, dziwnie prezentujące się postacie. Piękną i wyraźnie młodą dziewczynę oraz szczupłego mężczyznę, w średnim wieku, ze szpadą u boku. Kiedy mnie zobaczyli, zmieszali się nieco, ale po chwili zaczęli wypytywać, chociaż to ja powinnam w tej sytuacji zadawać pytania. To przecież oni niespodziewanie wtargnęli do mojego domu. 

– Twoja godność dziewczyno? Gdzie my w ogóle jesteśmy, hę? I po co? Odpowiadaj, bo pożałujesz! – naskoczył na mnie mężczyzna, niezdarnie wymachując przy tym szpadą. 

– Jestem Lena i to ja powinnam zadawać pytania. Wtargnęliście do mojego pokoju
i zakłóciliście mój spokój! – starałam się być groźna.
 

– My? Wtargnęliśmy? Jakieś opętane zwierciadło wciągnęło nas i wylądowaliśmy tutaj przypadkiem! Przed chwilą jeszcze znajdowaliśmy się w posiadłości pana Raptusiewicza! 

Sytuacja była niecodzienna. Jak często dziwne lustra wciągają ludzi i przenoszą w czasoprzestrzeni? Nie wiedziałam co robić, nie miałam się do kogo zwrócić o pomoc. Moi rodzice wyjechali, a ja miałam być sama w domu jeszcze przez cały tydzień.  

Po chwili dyskusji ustaliliśmy, że dam im schronienie i pozwolę przenocować u mnie. Musiałam wykazać się empatią, bo z jednej strony byli to zupełnie obcy ludzie, a z drugiej zagubieni w czasie wędrowcy. Ten osobliwy duet w starodawnych ubraniach bardzo mi kogoś przypominał, lecz nie pamiętałam kogo... Obserwowałam moich gości, którzy totalnie nie rozumieli współczesnych wynalazków. Dziewczyna bawiła się włącznikami świateł, a później zalała łazienkę… Mężczyzna wyzwał telewizor na pojedynek, a później przełączał w nieskończoność kanały. 

Następnego dnia zarządziłam pobudkę o szóstej rano. Klara (skąd ja znam to imię?), najwidoczniej nie była przyzwyczajona do takich pobudek. Na początku protestowała, ale na szczęście udało się nam ją dobudzić. Postanowiłam zabrać moich dziwnych gości do szkoły. Musieli wyglądać jak ludzie z tego stulecia. Klarze dałam moje ubrania i wystylizowałam na nastolatkę z 2023 roku. Papkin, bo takie dziwne, a jednocześnie jakieś znajome imię, nosił jej towarzysz, nie wyglądał niestety na ucznia liceum. Przebrałyśmy go więc za nauczyciela. Wręczyłam mu teczkę i okulary mojego taty, aby dodać jego wyglądowi powagi. Kiedy oboje wyglądali już w miarę normalnie, wyruszyliśmy do szkoły. Całą drogę w mojej głowie panował zamęt. Jak wytłumaczyć nauczycielom obecność tych dziwnych ludzi? Sytuacja komplikowała się na każdym kroku. Klara i Papkin swoim dziwnym zachowaniem zwracali uwagę dosłownie każdego. Autobus powoli zapełniał się ludźmi. Papkin był wyraźnie zadowolony z braku dystansu fizycznego pomiędzy nim a Klarą, lecz dziewczyna jechała całą drogę naburmuszona, mamrotając coś do siebie pod nosem. 

W szkole powiedziałam, że moi nowi przyjaciele to wytworni arystokraci z Anglii, którzy przyjechali do Polski, aby poznać kulturę swoich przodków. Na początku wszyscy byli zachwyceni, lecz z czasem rozpoczęła się seria niefortunnych zdarzeń. Papkin, mimo tego, że miał udawać nauczyciela, cały czas chciał się wdawać w pojedynki z innymi. Przeszkadzało mu każde krzywe spojrzenie i komentarz rzucany w jego stronę. Najadłyśmy się za niego dużo wstydu. Kiedy zadzwonił dzwonek na lekcje, razem z Klarą poszłyśmy do sali. Dziewczyna, zamiast wsłuchiwać się w wykład prowadzony przez nauczyciela, komentowała i krytykowała sposób ubioru czy fryzur moich koleżanek. Nie minęła godzina, a dowiedziała się wszystkiego o współczesnych dramatach w świecie popkultury, a nawet o tych, które wydarzyły się u nas
w szkole. Okazała się być prawdziwą plotkarą. Czuła się w takim środowisku, jak ryba w wodzie.
 

Nagle z drugiej części szkoły zaczęły dobiegać krzyki. Wszyscy śmiali się, komentowali i dopingowali kogoś. Nie wiedziałam, o co może chodzić. Ciekawość wzięła górę i poszłam
z moją nową koleżanką sprawdzić, co się dzieje. Oczywiście to Papkin wdał się w bójkę ze szkolnym osiłkiem. Mężczyzna cały czas obrywał od nastolatka, ale wciąż wykrzykiwał:
 

– Jam jest lew północy, niczego się nie boję! 

No jasne! To przecież bohaterowie „Zemsty”! Oj coś czuję, że nie byłam zbyt uważną czytelniczką, będę musiała nadrobić te zaległości. Ale teraz najważniejsze było rozdzielenie walczących. Udało nam się odciągnąć Papkina, zanim na miejscu pojawiła się dyrekcja i cała kadra szkoły. Korzystając z zamieszania, przemknęliśmy korytarzem pełnym zaciekawionych uczniów i uciekliśmy do domu. Zastanawiałam się, czy będę mieć kłopoty? Może grono pedagogiczne nie uwierzy, żeby taki zacny człowiek, gość o szlachetnym pochodzeniu mógł wdać się w bójkę z uczniem? Co się stanie, jeśli ktoś nagrał całe zajście? Wiedziałam, że stąpam po kruchym lodzie i mogę ponieść surowe konsekwencje. Kto mi uwierzy w tę historię? Jedno było pewne – muszę pozbyć się moich gości. Jak tego dokonać? Jedynym sensownym pomysłem było ponowne złożenie lustra. Zabraliśmy się do pracy. Była to bardzo trudne i monotonne zajęcie. Po kilku godzinach nasze dzieło było prawie gotowe. Z ulgą, ale i nieco zasmucona spojrzałam na moich przyjaciół. Mimo że nasza wspólna przygoda była tak krótka, to naprawdę wyjątkowa. Świetnie się bawiliśmy. Kiedy włożyliśmy ostatni odłamek lustra do ramy, oboje rozpłynęli się w powietrzu. Przetarłam oczy, ale to nie był sen. Na dywanie nadal zostały ślady butów obojga, a na mojej ręce widniało delikatne zacięcie spowodowane szpadą Papkina. Na biurku dostrzegłam otwartą książkę: Aleksander Fredro „Zemsta”. 

 

 

środa, 12 lipca 2023

Rozwadowski proboszcz ks. Bernard Birkenmajer


 

 

Odwiedzając jakiś czas temu rozwadowski cmentarz, zauważyłem odnowiony nagrobek ks. Bernarda Birkenmajera (6.01.1818-6.03.1894), najpierw wikarego, później proboszcza parafii w Rozwadowie w latach 1875-1894. Na cmentarzu spoczywa też jego matka – Anna Birkenmajerowa de domo Wyszowska. O tym, jak barwna była to postać pisze prof. Krzysztof Ludwik Birkenmajer (1929-2019), znany polarnik, geolog, speleolog i stratygraf w tekście „Ksiądz Bernard Birkenmajer – emisariusz Powstania Styczniowego”, opublikowanym na łamach tygodnika PAU „Pauza Akademicka” (nr 197, 2013).

Ojcem ks. Bernarda był Antoni Karol Birkenmayr (1778-1830) urodzony Nadrenii w Au pod miastem Freiburg im Breisgau. Matka, Anna de domo Wyszowska (ur. 1794), pochodziła z Tylicza. Niestety nie udało mi się znaleźć daty jej śmierci. Pewnie jest to do stwierdzenia w rozwadowskich księgach parafialnych. Historia życia Antoniego Karola, ale i ks. Bernarda są gotowymi scenariuszami filmowymi. Gdy spojrzymy szerzej na dzieje rodziny Binkejmajerów – nie zabrakłoby materiałów na piękną sagę… Dwaj bracia Bikenmayer – Antoni Karol i Józef, jako ochotnicy wstąpili w Kolmarze do polskiej Legii gen. Karola Kniaziewicza, która walczyła u boku Napoleona z Austriakami. 3 grudnia 1800 roku byli uczestnikami słynnej, zwycięskiej bitwy pod Hohenlinden. Francja pokonawszy koalicjantów, zmusiła Austrię do podpisania 9 lutego 1801 roku pokoju w Lunéville, który rozbił koalicję antyfrancuską. Podpisanie pokoju doprowadziło do rozwiązania Legii Kniaziewicza, a Antoni Karol Biknemayer trafił do jednego ze szwadronów gen. Jana Henryka Dąbrowskiego stacjonującego w Królestwie Sycylii i Neapolu, skąd przemaszerował pod jego dowództwem „z ziemi włoskiej do Polski”. Od 1807 roku służył w wojskach Księstwa Warszawskiego walcząc z Austriakami pod wodzą ks. Józefa Poniatowskiego. Czy w 1809 roku przemaszerował przez Rozwadów? Książę Józef Poniatowski miał się wtedy zatrzymać w pałacu Lubomirskich w Rozwadowie (obecna siedziba Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli)… W 1812 roku, bracia Bikenmayer uczestniczą w wielkiej wyprawie Napoleona na Moskwę. Podczas tragicznego odwrotu, w bitwie nad Berezyną, w dniach 26-29 listopada 1812 roku, Antoni Józef zostaje ciężko ranny w nogę. Uratował go towarzysz broni i przyjaciel Piotr Wyszowski, który dotarł z rannym do Zamościa, gdzie w szpitalu ranę mu zaleczono. Później zabrał go do rodzinnego majątku w Tuchowie, gdzie dochodził pomału do zdrowia, jednak pełnej sprawności nigdy nie odzyskał. Tam poznał siostrę przyjaciela, Annę, którą poślubił w 1813 roku – miała wtedy 19 lat, na zawsze związując się Polską. Z tego małżeństwa pochodzi rozwadowski ks. Bernard Birkenmajer, który miał siedmioro rodzeństwa, w tym dwóch braci: Ludwika (1821-1885) i Józefa Hermana (1825-1856). Trudno dziś powiedzieć, jaki był przyszły ksiądz Bernard. Na pewno nie był pokorny, ale już był patriotą polskim… Do gimnazjum uczęszczał w Szolnoku na Węgrzech, gdzie uczestniczył w różnych ruchach wolnościowych. Jednak, odczuwając powołanie do stanu kapłańskiego, w 1846 roku wstąpił do seminarium duchownego w Przemyślu. Gdy dotarła do niego wiadomość o powstaniu węgierskim w 1848 roku, opuścił seminarium i wstąpił do kawalerii pod dowództwem gen. Józefa Bema, wtedy już bohatera Powstania Listopadowego 1830-31 roku. Po klęsce powstania na Węgrzech, Bernard wrócił do seminarium. Święcenia kapłańskie przyjął 22 września 1850 roku, oddając się pracy duszpasterskiej. Był wikariuszem w parafiach: Bieździedza, Strzyżów, Dobrzechów, Dębowiec, Rozwadów, Stany, Wrzawy i Brzóza Królewska (1864-65). Gdy w zaborze rosyjskim wybuchło Powstanie Styczniowe (1863-1864), ks. Bernard był wikarym we Wrzawach pod Sandomierzem, tuż przy granicy rosyjskiej. Jako emisariusz powstańczy organizował przerzut broni dla polskich oddziałów walczących z Rosjanami. Od 25 stycznia 1865 w parafii w Stany rozpoczął pracę jako proboszcz. W 1870 roku był założycielem szkoły parafialnej. W kwietniu 1872 roku, został przeniesiony na probostwo do Wrzaw, skąd w 1875 roku trafił na probostwo do Rozwadowa. Zmarł 6 marca 1894 roku. Na nagrobku znajduje się informacja, iż „Na tym cmentarzu spoczywa Matka Jego Anna Birkenmajer”. Kiedy zmarła? Czy spoczywa w tej samej mogile? Na te pytania pewnie nie uda się już odpowiedzieć bez kwerendy w rozwadowskich księgach parafialnych…


Historia lubi zataczać kręgi… W szkole podstawowej, u schyłku lat 60-tych XX wieku, nasza nauczycielka geografii – Maria Grodecka – zabrała nas na odczyt polarnika, który odbył się w sali klubowej Związku Zawodowego Kolejarzy. Tym polarnikiem był wspomniany wcześniej Krzysztof Ludwik Birkejmajer. Czy wiedział o grobie ks. Bernarda? Czy odwiedził wtedy cmentarz? W połowie lat siedemdziesiątych, gdy wybierałem się na studia archeologiczne w Krakowie, poznałem geologa inż. Jerzego Setmajera – rodem z Tarnobrzega. Pamiętam jego opracowanie geologii Krakowa i wzgórza wawelskiego. Przedstawił mnie doc. dr hab. Marii Borowiejskiej-Birkenmajerowej (1921-1996), która opowiadała mi o problemach architektonicznych i archeologicznych Krakowa. Była architektem i konserwatorem zabytków, na co dzień współpracującym z krakowskimi archeologami, autorką ważnych książek m.in. „Barbakan krakowski” w znanej serii wydawniczej Cracoviana, czy „Serce Polski: zabytki i świadomość narodowa”. Już w czasie studiów poznałem Iwo Birkenmajera, stawiającego pierwsze artystyczne kroki w kabarecie radia studenckiego, był też artystą malarzem… W 1981 roku współpracowałem z nim i jego przyjacielem Sylwestrem Trzepizurem, przy powstawaniu spektaklu teatralnego, który nie został chyba nigdy zrealizowany, wprowadzono bowiem w Polsce stan wojenny… Iwo studiował filologię klasyczną, konserwację zabytków, jest poetą i artystą malarzem, a jego  rodzicami byli Krzysztof Ludwik Birkenmajer i Maria Borowiejska-Birkenmajerowa.

I wszystko z Rozwadowem się wiąże…

czwartek, 22 czerwca 2023

Pan Marek…

Mój kolega z młodości, Janek Sudoł, przysłał mi wiosną 2023 roku informację o śmierci Marka Krupy… Szukałem potwierdzenia, by uwierzyć… Znalazłem na stronie FB Szkoły Podstawowej nr 5 im. Janusza Kusocińskiego w Chorzowie informację: Odeszła legenda chorzowskiej „piątki” Zmarł wieloletni nauczyciel naszej szkoły Pan Marek Krupa. Odszedł wspaniały Nauczyciel i Wychowawca, twórca niezliczonych imprez szkolnych, będąc na emeryturze interesował się szkołą i żył jej wydarzeniami. Niech spoczywa w pokoju!
Marek Krupa do końca
kochał góry...
Marek Krupa zmarł 4 stycznia 2023 roku. Był legendą. Bardzo wymagający, do dziś wielu byłych uczniów dobrze go wspomina – między innymi za pasję uczenia. Pani Anna, nauczycielka ze szkoły, wcześniej uczennica pana Marka, wspominała: Zawsze mieliśmy ogromny respekt przed nim. Traktował swój przedmiot baaaardzo poważnie, a my przed lekcją muzyki zakuwaliśmy bardziej niż przed matematyką, chemią czy fizyką - wtedy byliśmy na to źli, ale długo nie czekaliśmy (przynajmniej ja), by zrozumieć, że tylko takie podejście do wszystkiego co się robi jest prawidłowe. Gdy Pan Marek po dzwonku na lekcje szedł z nami do sali oddalonej od innych, stukał kluczami o nogę, a my szliśmy w ciszy, równo w rzędzie. „Trudno” było o dobre oceny - ale można było na nie zapracować. Nigdy nie zapomnę 6 z odpowiedzi, za wiedzę na temat Hymnu Polski - bo to było coś! Msza pogrzebowa odbyła się w kościele pw. św. Franciszka w Zabrzu 9 stycznia. Żegnała go też na swojej stronie internetowej szkoła podstawowa w dawnym Rozwadowie, gdzie stawiał swe pierwsze kroki jako nauczyciel. Marek Krupa – moi rodzice mówili o nim Maruś – miał siostrę Martę i młodszą Bernadettę. Wszyscy byli zwariowani! Rodzeństwo Krupów było bardzo uzdolnione muzykalnie. Wszyscy śpiewali, dodatkowo Marek grał wspaniale na akordeonie, a Berta na fortepianie. Nie wiem, czy uczył się gry na instrumencie u pana Niezgody – nauczyciela muzyki w szkole podstawowej w Rozwadowie, czy u kogoś innego? 
Berta Krupa - z prawej, 
w towarzystwie swej
przyjaciółki Anny Paluch
Berta nauki na pianinie pobierała w Klubie „Ronita” u pani Stefanii Pipały, śpiewała też w prowadzonym przez nią chórze. Najhałaśliwsza, pyskata, nieobliczalna była Berta. Nawet mi się podobała, ale była koleżanką mojej siostry, a do tego tak straszną gadułą… Miała też trochę – taki – skrzeczący głos. Była podobna do swej mamy – Janiny (1919-1999). Berta, urodzona w 1957 roku, po skończeniu Liceum Ekonomicznego kilka lat pracowała w Stalowej Woli. Przy nadarzającej się okazji wyjechała do USA, gdzie zginęła w 8 marca 1988 roku w tragicznym wypadku samochodowym. Marta – urodzona w 1949 roku – też zwariowana, ale zupełne przeciwieństwo Berty. W dojrzałym wieku była pulchną panią, radosną i uśmiechniętą. Podobna do taty – Mariana (1916-1988). Zmarła w 2013 roku. Marek, też był pogodny, choć ten zawsze chodził z „podniesioną głową”, był zagoniony i bardzo zasadniczy. W przeciwieństwie do powolnego, statecznego, mającego na wszystko czas, ojca. Marek miał bardzo specyficzny chód. Długi krok i uginające się kolana. Kiedy był nauczycielem, chłopcy chętnie parodiowali ten charakterystyczny chód. 
Kiedy skończył 18 lat, wszystkim znajomym rodziców oświadczył, że jest „panem Markiem”. Wywoływało to wprawdzie uśmiech zażenowania, bo jak nagle mówić do kogoś, kogo znało się od niemowlęcia, panie Marku… Szybko wszyscy się przyzwyczaili i został już panem Markiem. Marta i Marek śpiewali zazwyczaj w duecie, także w Klubie „Ronita”. Odnosili też sukcesy w różnych regionalnych przeglądach i konkursach wokalnych. Kiedy byłem w piątej klasie w szkole podstawowej, Marek pojawił się w naszej szkole jako nauczyciel muzyki i historii. Został też nauczycielem tych przedmiotów w naszej klasie, o czym przypomniał mi Jacek Karakuła. 
Rodzeństwo Krupów - Marta i Marek
podczas koncertu w Klubie Ronita

W ósmej klasie uczył nas też propedeutyki, zastępując Józefa Bolkę – ówczesnego dyrektora szkoły, który skończył karierę pedagogiczną przechodząc na emeryturę. A w zastępstwie za panią Gamradzką, która była na urlopie macierzyńskim - fizyki! Przede wszystkim byłe jednak nauczycielem historii. Marek bardzo ciekawie prowadził lekcje historii. Był wymagający, ale sprawiedliwie oceniał uczniów. Gorzej było z wychowaniem muzycz-nym… Jako młody nauczyciel, praktykujący jeszcze muzyk, podjął się organizacji chóru w szkole. Spowodowało to konflikt między z Klubem „Ronita”, gdzie z powodzeniem chór, w którym śpiewały dzieci chodzące do szkoły w Rozwadowie, prowadziła Stefania Pipała. Organizując nabór do chóru, indywidualnie przesłuchiwał uczniów. Tych, którzy mieli dobry słuch, zapisywał do chóru. Jego syn Jacek napisał do mnie: „Nas też maltretował akordeonem. Nienawidzę tego instrumentu! Ale tak jest, jak się kogoś zmusza do czegoś… Chodziłem sześć lat do szkoły muzycznej, a mój brat dziewięć lat. Muszę jednak powiedzieć, że kształcenie słuchu przydało się. Mówię w tej chwili biegle w czterech językach!” Kiedy przyszła moja kolej, zafałszowałem jak tylko umiałem… Wiedział jednak, że uczę się gry na gitarze i należę do chóru w „Ronicie”… Zostałem zapisany do chóru, na nic się zdała moja symulacja braku słuchu muzycznego… W siódmej i ósmej klasie wyjeżdżałem na letnie kolonie do Dubiecka. Polubiłem tę miejscowość, może dlatego, że po raz pierwszy się tam zakochałem? To były moje pierwsze niby samodzielne wyjazdy, bez rodziców… Ale nie do końca, bo moim wychowawcą był Marek Krupa. Przyjeżdżał ze swoim akordeonem, na którym przygrywał podczas tanecznych podwieczorków, podczas ognisk. Ani adaptery, ani magnetofony nie były wtedy jeszcze popularne. On też w Dubiecku przeżył swoją miłość, która jednak nie przetrwała. Prowadził nas szlakami Gór Słonnych, idąc nad San, przeprawialiśmy się na drugą stronę rzeki, bo tam był szeroki trawiasty brzeg z boiskiem do gry w piłkę… W Dubiecku też oglądaliśmy lądowanie Amerykanów na Księżycu… Z Markiem Krupą wiążą się też wspomnienia harcerskie. Jako młody nauczyciel dostał pewnie zadanie, by prowadzić w szkole harcerstwo. Na początku było dobrze. Organizował zbiórki, prowadził nas po okolicach. Przygotował nas do przysięgi harcerskiej, którą złożyliśmy jesienią, chyba w siódmej klasie, w okopach z I wojny światowej przy watrze. Odbierał od nas przysięgę, wręczał książeczki harcerskie i rozdawał krzyże, które wpinaliśmy sobie w bluzy. Niestety, zapał druha harcmistrza się na tym skończył… Spotykaliśmy się coraz rzadziej – wrześniowe alerty, pochody pierwszomajowe… 
Ewa i Marek Krupowie
I właściwie nasze drogi rozeszły się, kiedy rozpocząłem naukę w stalowowolskim liceum ogólnokształcącym. Marek ożenił się z piękną Ślązaczką – Ewą. Zamieszkali w nowo wybudowanych mieszkaniach dla nauczycieli przy rozwadowskiej szkole. W Rozwadowie urodził się jeszcze Grzegorz. Spotykaliśmy się już sporadycznie na ulicy. Aż w końcu w 1985 roku wyjechał z rodziną do Chorzowa… Tam przyszedł na świat drugi syn – Jacek. Od niego też wiem, że po przejściu na emeryturę jego rodzice mieszkali w Ustroniu pod Czantorią. Uwielbiali góry. Pan Marek będąc już emerytem organizował koncerty muzyczne w swojej chorzowskiej szkole, ale także w kościołach. Zachorował poważnie w 2021 roku. Mimo to, jeszcze 1 listopada 2022 roku przyjechali do Rozwadowa zapalić świece na rodzinnym grobie. 4 stycznia tego roku się już nie obudził… Nie sądziłem, że ta smutna informacja, którą przekazał mi Janek, tak mną poruszy… Ale przecież przyjaźń naszych rodzin trwała całymi latami… Jadąc na święto zmarłych do Rozwadowa, każdego roku miałem nadzieję na spotkanie pana Marka… Już się nie spotkamy…

czwartek, 30 marca 2023

Magiczne miejsce. Fotograf


Do atelier rozwadowskiego fotografa Bronisława Karakuły przy ul. Mickiewicza 9, wchodziło się z ulicy przez ogródek pełen kwiatów. Pierwszą pracownię samodzielnie  prowadził jednak w Nisku. Zanim został fotografem, był w latach dwudziestych XX w. czeladnikiem u cukiernika w Leżajsku. Wybuch wojny zastał go w Kamieniu, gdzie do spółki z panią Denderową prowadził sklep, jak to na wsiach ze wszystkim. Zaopatrywali się w hurtowaniach żydowskich w Rzeszowie. W czasie wojny wywieziony został na przymusowe roboty do Niemiec. Pracował w Berlinie, gdzie zatrudniony był w ekipach sprzątających miasto po alianckich nalotach. Zajmowali się też pochówkami zabitych w czasie nalotów Niemców. Uwolniony w 1945 roku przez wojska amerykańskie, wyposażony w koce, żywność i ubrania, wracał w rodzinne strony. To, co dostał od Amerykanów po drodze ukradli mu


Czy to był pierwszy zakład fotograficzny Bronisława Karakuły?

Na rowerku siedzi Leszek Karakuła.

Rosjanie. Nigdy nie chciał o opowiadać o przeżyciach wojennych. Zatrzymał się w Nisku, gdzie pracował u fotografa Kosmały. 18 lutego 1949 roku otrzymuje dyplom mistrzowski. Mógł rozpocząć pracę samodzielnie. W początkach lat pięćdziesiątych XX wieku przeniósł się do nieodległego Rozwadowa. Nie potrafię ustalić, czy w domu, w którym zamieszkał istniał wcześniej zakład fotograficzny? Na zachowanej fotografii widzimy szyld zakładu fotograficznego na niewielkim budynku za domem, w którym mieszkali Karakułowie. Czy tam zaczynał swą pracę fotograf Bronisłąw Karakuła w Rozwadowie? Jacek – syn fotografa, opowiadał, że pamięta jak przez mgłę, rozbiórkę tamtej przybudówki, jakieś porozrzucane klisze fotograficzne... Na drugim zdjęciu widzimy już szyld zakładu fotograficznego – „Fotograf. Br. Karakuła” – umieszczony na fasadzie budynku od głównej ulicy. Jacek twierdzi, że zdjęcie pochodzi sprzed roku 1960, bo potem pan Karakuła zmuszony został warunkami finansowymi do

przystąpienia do Spółdzielni Zakładów Wielobranżowych. Na tym zdjęciu rozpoznany został najmłodszy z rodzeństwa

Bronisław Karakuła

Karakułów – siedzący na rowerku Leszek. Oficjalnie zakład fotograficzny Bronisława Karakuły istniał do 1974 roku, ale z aparatem fotograficznym nie rozstawał się do śmierci w 1986 roku. Fotografował się u niego cały Rozwadów, uwieczniał też na kliszach różne imprezy okolicznościowe – śluby, komunie święte, pogrzeby, różne wydarzenia kościelne. Parafia rozwadowska zamawiała u niego zaproszenia na różne jubileusze, które powielał w formie fotografii. Do robienia zdjęć w plenerze używał kilku małoobrazkowych aparatów fotograficznych, rosyjskie – Zorkę, którą uważał za najlepszy aparat i Kijew, oraz niemiecką Exactę. Sporadycznie korzystał też z plenerowego, mało wygodnego, wielkoobrazkowego aparatu na statywie – niemieckiej Leici.

Wąską ścieżką, między kwietnymi grządkami docierało się do drzwi dość obszernego budynku. Gdy otwierało się drzwi, natychmiast rozlegał się dźwięk dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami. Wchodziło się do olbrzymiego pokoju podzielonego ściankami działowymi. Pierwsza ściana tworzyła swoisty korytarz, w którym znajdowała się garderoba i poczekalnia z chyba kilkoma krzesłami. Ograniczona była potężnym biurkiem, poza które bez zaproszenia raczej nie należało wchodzić. W biurku czekały na klientów odbitki zdjęć, włożone do niebieskich kopert po 5 gr i opisane nazwiskiem. Na biurku stała gilotyna z ząbkowanym ostrzem służąca do obcinania krawędzi zdjęć. Kiedyś chciałem sprawdzić jak to działa i wsunąłem pod gilotynę skórzaną rękawicę – była zima… I ciach!... Ku memu przerażeniu (co powiem mamie?!) powstała owalna ząbkowana dziura… W tej garderobie stał wieszak, w kącie na ścianie wisiało lustro, by przyczesać rozwichrzone włosy, przypudrować nos albo poprawić makijaż. Na ścianie wisiały antyramy z ponumerowanymi czarno-białymi zdjęciami popularnych aktorów i piosenkarzy, które za kilka złotych kupowaliśmy, by potem wkleić do zeszytu z aktorkami i aktorami… Wtedy nie było kolorowych pism, a te które można było kupić w kioskach, dostępne były jedynie stałym prenumeratorom, szczęśliwcom posiadającym „teczki” w kioskach… Tak więc kupowało się u pana Karakuły zdjęcia bohaterów serialu „Bonanza” – Bena, Adama, Hossa i Little Johna

Paweł Tokarz z siostrą Małgosią, 1967 r.
Cartwright’ów, Winnetou czy seksownej Brigitte Bardot albo Sofii Loren, ale i bohaterów serialu „Czterej pancerni i pies”… Gdy podało się numery zdjęć, pan Karakuła wyjmował opasłe pudło ze zdjęciami oddzielonymi numerkami i wyjmował te, o które prosiliśmy… Wtedy była też moda na noszenie niewielkich lusterek kieszonkowych z jakąś – najlepiej seksowną aktorką – na rewersie. Kupowało się takie najczęściej u Tabora lub Wojciechowskiego. Gdy przyszło się zrobić fotografię, pan Karakuła kazał się przygotować, czyli poprawić kołnierzyk koszuli, krawat, albo przyczesać włosy. Sam w tym czasie przygotowywał studio. Zapalał oświetlenie, ustawiał wielki, na statywie, aparat fotograficzny, niemiecka Leica, ustawiał rekwizyty do zdjęcia – jeśli była taka potrzeba… Miał na zapleczu postumencik, o który można się było wesprzeć, albo postawić wazonik z kwiatami na ręcznie wykonanej serwecie… Był też klęcznik – w końcu wiosna, czas komunii świętych, wtedy prawdziwe żniwa dla fotografów! Na parapetach okien w donicach rosły hortensje, którymi zdobił klęcznik. Najprostsze były zdjęcia do legitymacji szkolnych, dowodów osobistych, wówczas nieczęsto do paszportów… Sadzał na okrągłym taborecie z regulowaną wysokością siedziska, ustawiał właściwy profil, prosił by się nie ruszać i nie mrugać, gdy będzie robił zdjęcie. Sam szedł za aparat, nakrywał się czarnym materiałem, na matówce ustawiał kadr i ostrość. Wkładał do aparatu kasetę z kliszą… Te najstarsze, jakie pamiętam, wykonane były ze szkła, późniejsze już na podłożu z tworzywa sztucznego. Po wyjęciu kasety naświetlał film i ponownie wsuwał kasetę, która tym razem zabezpieczała film z utrwalonym obrazem. Kolejna wizyta wiązała się z odbiorem zamówionych fotografii. Trzecią część pomieszczenia stanowiła wyodrębniona ciemnia fotograficzna oraz miejsce pracy pani Krysi Litwin – retuszerki. Mieszkała w „sztauferówce” koło Sokoła, zaprzyjaźniona z mieszkającymi tam paniami Nowak i Sztaufer... Pani Krysia była samotną kobietą, taką

Sztauferówka, fot. Paweł Tokarz (2023 r.)
malutką i drobniutką, że można by powiedzieć o niej – karzełek. Siedziała przy biurku na bardzo wysokim krześle. Była plastycznie uzdolniona. W Warszawie, skąd pochodziła, skończyła szkołę fotografii i retuszu. W Rozwadowie mieszkał jej brat – Stefan Litwin, który przed wojną znalazł pracę w parowozowni. Skończył szkołę kolejową we Lwowie. W 1939 roku pani Krysia przyjechała do niego na wakacje. W Rozwadowie zastał ją wybuch wojny. Uciekała na wschód. Pani Karakułowa, pochodząca zza Sanu, z Jastkowic, wspominała, że pamiętała ją z września 1939 roku, gdy przechodziła przez podwórko domu jej rodziców. Szybko wróciła wtedy do Rozwadowa, gdzie pozostała do końca. Jej brat był naczelnikiem parowozowni, w końcu awansował w latach sześćdziesiątych XX w. do Dyrekcji Okręgowej Kolei Polskich w Lublinie, gdzie zamieszkał z rodziną. A pani Krysia zatrudniła się w pracowni Karakuły i pracowała u niego do emerytury. Zmarła w 1970 roku, trzy dni przed  śmiercią brat zabrał ją do szpitala w Lublinie. Tam też została pochowana. Wykonywała różne laurki dla nauczycielek w szkole, ale też rysunki w tak modnych
Ręcznie kolorowane przez Krystynę Litwin zdjęcie wykonane przez Bronisława Karakułę. Na fotografii mama Pawła Tokarza, Krystyna Dominik.

w tamtych czasach pamiętnikach, w których wzajemnie się wpisywaliśmy… Wielokrotnie zastanawiałem się, jak ona na nim siadała? Na biurku stało dziwne urządzenie. Ostra żarówka podświetlała od spodu matowe szkło, na którym umieszczano negatyw portretowego zdjęcia. Ten negatyw był uszlachetniany
Państwo Dominikowie, fot. Bronisław Karakuła

przez panią Krysię ostrymi i twardymi ołówkami, albo cieniutkimi pędzelkami, którym nanosiła delikatne kreski bądź plamki podkreślające brwi, albo cieniowanie twarzy. Takie uszlachetnianie zdjęć było zakazane przy fotografiach do dokumentów. Kiedy duży format został wyeliminowany przez filmy małoobrazkowe, retuszowanie negatywów przestało mieć rację bytu. Dzisiaj, jeśli retuszuje się zdjęcia, to za pomocą programów komputerowych… Kolorowała też czarno-białe fotografie. Efekt jej pracy widzimy na kolorowanej fotografii udostępnionej przez Pawła Tokarza – fotograficznego dokumentalistę współczesnego Rozwadowa. 
Bronisław Karakuła

Gdy pani Krysia przeszła na emeryturę, jej biurko przejął mój przyjaciel Jacek, syn pana Bronisława. Jacek niestety nie odziedziczył zainteresowań fotograficznych. Był fascynatem wkraczającej elektroniki. Szuflady biurka wypełnione były kondensatorami, opornikami, tranzystorami, różnymi urządzeniami pomiarowymi i najważniejszym – kolbą lutownicy. Pamiętam, jak Jacek skonstruował nadajnik radiowy, a my z Piotrkiem Tarczyńskim, chodziliśmy zafascynowani po okolicy z radiem tranzystorowym „Koliber”, badając zasięg jackowego nadajnika. Jacek nadawał wtedy nasz ulubiony przebój „Yellow River” w wykonaniu zespołu Christie. Nadajnik nie posiadał żadnych filtrów. Nadawany sygnał przebijał się u sąsiadów przez programy radiowe i telewizyjne! Zewsząd można było słyszeć „Yellow River”… Dla nas była to super zabawa, ale gdyby ktoś doniósł na milicję, albo sygnał radiowy odebrał przejeżdżający radiowóz… Oj, byłyby nie lada problemy, a zważywszy na czasy komuny, bylibyśmy pod baczną obserwacją bezpieki przez długie lata!

Niestety, pracownia fotograficzna Bronisława Karakuły nie zachowała się. W 1985 roku, w niedzielę w domu Karakułów przybiegł Andrzej Pasiciel, któremu z trudem udało się dostukać do Karakułów. Gdy pan Bronisław w końcu otworzył drzwi, Pasiciel wykrzyczał:

– Panie Karakuła, palicie się!

– Panie Andrzeju, co pan opowiada…– rzekł flegmatycznie i spojrzał na niego z politowaniem.

Wtedy płonął już cały dach. Straż pożarna płonący dom ugasiła sprawnie, ale spływająca woda zniszczyła znaczne zasoby klisz i fotografii. To, co zostało uratowane, siostra Jacka – Barbara, przekazała do zbiorów Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli. Wykonane przez Bronisława Karakułę fotografie prezentowane już były na różnych wystawach poświęconych przeszłości Rozwadowa. Bronisław Karakuła, urodzony 2 grudnia 1908 roku w Wólce Grodziskiej koło Leżajska, po pożarze rozchorował się, i już nigdy nie wrócił do zdrowia. Zmarł Rozwadowie 14 września 1986 roku. 

Dyplom Mistrzowski Bronisława Karakuły z 1949 roku

 

Prezentowane fotografie pochodzą ze zbiorów rodziny Karakułów – dziękuję Basiu i Jacku – oraz Pawła Tokarza – wytrawnego dokumentalisty współczesnego Rozwadowa i kolekcjonera starych rozwadowskich fotografii. Panie Pawle, bardzo dziękuję za ich udostępnienie. 

Pani Krystyna Dominik - mama Pawła Tokarza - przy fortepianie, fot. B. Karakuła

 

 

Rodzina Kasprowiczów po niedzielnej mszy, lata 60-te XX w., fot. B. Karakuła, kolorował P. Tokarz

 

Córki państwa Dominików, fot. B. Karakuła, koloryzował P. Tokarz.

 

Na zamówienie parafii powielał fotograficzne zaproszenia a także kartki świąteczne

 


 

 

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...