czwartek, 30 marca 2023

Magiczne miejsce. Fotograf


Do atelier rozwadowskiego fotografa Bronisława Karakuły przy ul. Mickiewicza 9, wchodziło się z ulicy przez ogródek pełen kwiatów. Pierwszą pracownię samodzielnie  prowadził jednak w Nisku. Zanim został fotografem, był w latach dwudziestych XX w. czeladnikiem u cukiernika w Leżajsku. Wybuch wojny zastał go w Kamieniu, gdzie do spółki z panią Denderową prowadził sklep, jak to na wsiach ze wszystkim. Zaopatrywali się w hurtowaniach żydowskich w Rzeszowie. W czasie wojny wywieziony został na przymusowe roboty do Niemiec. Pracował w Berlinie, gdzie zatrudniony był w ekipach sprzątających miasto po alianckich nalotach. Zajmowali się też pochówkami zabitych w czasie nalotów Niemców. Uwolniony w 1945 roku przez wojska amerykańskie, wyposażony w koce, żywność i ubrania, wracał w rodzinne strony. To, co dostał od Amerykanów po drodze ukradli mu


Czy to był pierwszy zakład fotograficzny Bronisława Karakuły?

Na rowerku siedzi Leszek Karakuła.

Rosjanie. Nigdy nie chciał o opowiadać o przeżyciach wojennych. Zatrzymał się w Nisku, gdzie pracował u fotografa Kosmały. 18 lutego 1949 roku otrzymuje dyplom mistrzowski. Mógł rozpocząć pracę samodzielnie. W początkach lat pięćdziesiątych XX wieku przeniósł się do nieodległego Rozwadowa. Nie potrafię ustalić, czy w domu, w którym zamieszkał istniał wcześniej zakład fotograficzny? Na zachowanej fotografii widzimy szyld zakładu fotograficznego na niewielkim budynku za domem, w którym mieszkali Karakułowie. Czy tam zaczynał swą pracę fotograf Bronisłąw Karakuła w Rozwadowie? Jacek – syn fotografa, opowiadał, że pamięta jak przez mgłę, rozbiórkę tamtej przybudówki, jakieś porozrzucane klisze fotograficzne... Na drugim zdjęciu widzimy już szyld zakładu fotograficznego – „Fotograf. Br. Karakuła” – umieszczony na fasadzie budynku od głównej ulicy. Jacek twierdzi, że zdjęcie pochodzi sprzed roku 1960, bo potem pan Karakuła zmuszony został warunkami finansowymi do

przystąpienia do Spółdzielni Zakładów Wielobranżowych. Na tym zdjęciu rozpoznany został najmłodszy z rodzeństwa

Bronisław Karakuła

Karakułów – siedzący na rowerku Leszek. Oficjalnie zakład fotograficzny Bronisława Karakuły istniał do 1974 roku, ale z aparatem fotograficznym nie rozstawał się do śmierci w 1986 roku. Fotografował się u niego cały Rozwadów, uwieczniał też na kliszach różne imprezy okolicznościowe – śluby, komunie święte, pogrzeby, różne wydarzenia kościelne. Parafia rozwadowska zamawiała u niego zaproszenia na różne jubileusze, które powielał w formie fotografii. Do robienia zdjęć w plenerze używał kilku małoobrazkowych aparatów fotograficznych, rosyjskie – Zorkę, którą uważał za najlepszy aparat i Kijew, oraz niemiecką Exactę. Sporadycznie korzystał też z plenerowego, mało wygodnego, wielkoobrazkowego aparatu na statywie – niemieckiej Leici.

Wąską ścieżką, między kwietnymi grządkami docierało się do drzwi dość obszernego budynku. Gdy otwierało się drzwi, natychmiast rozlegał się dźwięk dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami. Wchodziło się do olbrzymiego pokoju podzielonego ściankami działowymi. Pierwsza ściana tworzyła swoisty korytarz, w którym znajdowała się garderoba i poczekalnia z chyba kilkoma krzesłami. Ograniczona była potężnym biurkiem, poza które bez zaproszenia raczej nie należało wchodzić. W biurku czekały na klientów odbitki zdjęć, włożone do niebieskich kopert po 5 gr i opisane nazwiskiem. Na biurku stała gilotyna z ząbkowanym ostrzem służąca do obcinania krawędzi zdjęć. Kiedyś chciałem sprawdzić jak to działa i wsunąłem pod gilotynę skórzaną rękawicę – była zima… I ciach!... Ku memu przerażeniu (co powiem mamie?!) powstała owalna ząbkowana dziura… W tej garderobie stał wieszak, w kącie na ścianie wisiało lustro, by przyczesać rozwichrzone włosy, przypudrować nos albo poprawić makijaż. Na ścianie wisiały antyramy z ponumerowanymi czarno-białymi zdjęciami popularnych aktorów i piosenkarzy, które za kilka złotych kupowaliśmy, by potem wkleić do zeszytu z aktorkami i aktorami… Wtedy nie było kolorowych pism, a te które można było kupić w kioskach, dostępne były jedynie stałym prenumeratorom, szczęśliwcom posiadającym „teczki” w kioskach… Tak więc kupowało się u pana Karakuły zdjęcia bohaterów serialu „Bonanza” – Bena, Adama, Hossa i Little Johna

Paweł Tokarz z siostrą Małgosią, 1967 r.
Cartwright’ów, Winnetou czy seksownej Brigitte Bardot albo Sofii Loren, ale i bohaterów serialu „Czterej pancerni i pies”… Gdy podało się numery zdjęć, pan Karakuła wyjmował opasłe pudło ze zdjęciami oddzielonymi numerkami i wyjmował te, o które prosiliśmy… Wtedy była też moda na noszenie niewielkich lusterek kieszonkowych z jakąś – najlepiej seksowną aktorką – na rewersie. Kupowało się takie najczęściej u Tabora lub Wojciechowskiego. Gdy przyszło się zrobić fotografię, pan Karakuła kazał się przygotować, czyli poprawić kołnierzyk koszuli, krawat, albo przyczesać włosy. Sam w tym czasie przygotowywał studio. Zapalał oświetlenie, ustawiał wielki, na statywie, aparat fotograficzny, niemiecka Leica, ustawiał rekwizyty do zdjęcia – jeśli była taka potrzeba… Miał na zapleczu postumencik, o który można się było wesprzeć, albo postawić wazonik z kwiatami na ręcznie wykonanej serwecie… Był też klęcznik – w końcu wiosna, czas komunii świętych, wtedy prawdziwe żniwa dla fotografów! Na parapetach okien w donicach rosły hortensje, którymi zdobił klęcznik. Najprostsze były zdjęcia do legitymacji szkolnych, dowodów osobistych, wówczas nieczęsto do paszportów… Sadzał na okrągłym taborecie z regulowaną wysokością siedziska, ustawiał właściwy profil, prosił by się nie ruszać i nie mrugać, gdy będzie robił zdjęcie. Sam szedł za aparat, nakrywał się czarnym materiałem, na matówce ustawiał kadr i ostrość. Wkładał do aparatu kasetę z kliszą… Te najstarsze, jakie pamiętam, wykonane były ze szkła, późniejsze już na podłożu z tworzywa sztucznego. Po wyjęciu kasety naświetlał film i ponownie wsuwał kasetę, która tym razem zabezpieczała film z utrwalonym obrazem. Kolejna wizyta wiązała się z odbiorem zamówionych fotografii. Trzecią część pomieszczenia stanowiła wyodrębniona ciemnia fotograficzna oraz miejsce pracy pani Krysi Litwin – retuszerki. Mieszkała w „sztauferówce” koło Sokoła, zaprzyjaźniona z mieszkającymi tam paniami Nowak i Sztaufer... Pani Krysia była samotną kobietą, taką

Sztauferówka, fot. Paweł Tokarz (2023 r.)
malutką i drobniutką, że można by powiedzieć o niej – karzełek. Siedziała przy biurku na bardzo wysokim krześle. Była plastycznie uzdolniona. W Warszawie, skąd pochodziła, skończyła szkołę fotografii i retuszu. W Rozwadowie mieszkał jej brat – Stefan Litwin, który przed wojną znalazł pracę w parowozowni. Skończył szkołę kolejową we Lwowie. W 1939 roku pani Krysia przyjechała do niego na wakacje. W Rozwadowie zastał ją wybuch wojny. Uciekała na wschód. Pani Karakułowa, pochodząca zza Sanu, z Jastkowic, wspominała, że pamiętała ją z września 1939 roku, gdy przechodziła przez podwórko domu jej rodziców. Szybko wróciła wtedy do Rozwadowa, gdzie pozostała do końca. Jej brat był naczelnikiem parowozowni, w końcu awansował w latach sześćdziesiątych XX w. do Dyrekcji Okręgowej Kolei Polskich w Lublinie, gdzie zamieszkał z rodziną. A pani Krysia zatrudniła się w pracowni Karakuły i pracowała u niego do emerytury. Zmarła w 1970 roku, trzy dni przed  śmiercią brat zabrał ją do szpitala w Lublinie. Tam też została pochowana. Wykonywała różne laurki dla nauczycielek w szkole, ale też rysunki w tak modnych
Ręcznie kolorowane przez Krystynę Litwin zdjęcie wykonane przez Bronisława Karakułę. Na fotografii mama Pawła Tokarza, Krystyna Dominik.

w tamtych czasach pamiętnikach, w których wzajemnie się wpisywaliśmy… Wielokrotnie zastanawiałem się, jak ona na nim siadała? Na biurku stało dziwne urządzenie. Ostra żarówka podświetlała od spodu matowe szkło, na którym umieszczano negatyw portretowego zdjęcia. Ten negatyw był uszlachetniany
Państwo Dominikowie, fot. Bronisław Karakuła

przez panią Krysię ostrymi i twardymi ołówkami, albo cieniutkimi pędzelkami, którym nanosiła delikatne kreski bądź plamki podkreślające brwi, albo cieniowanie twarzy. Takie uszlachetnianie zdjęć było zakazane przy fotografiach do dokumentów. Kiedy duży format został wyeliminowany przez filmy małoobrazkowe, retuszowanie negatywów przestało mieć rację bytu. Dzisiaj, jeśli retuszuje się zdjęcia, to za pomocą programów komputerowych… Kolorowała też czarno-białe fotografie. Efekt jej pracy widzimy na kolorowanej fotografii udostępnionej przez Pawła Tokarza – fotograficznego dokumentalistę współczesnego Rozwadowa. 
Bronisław Karakuła

Gdy pani Krysia przeszła na emeryturę, jej biurko przejął mój przyjaciel Jacek, syn pana Bronisława. Jacek niestety nie odziedziczył zainteresowań fotograficznych. Był fascynatem wkraczającej elektroniki. Szuflady biurka wypełnione były kondensatorami, opornikami, tranzystorami, różnymi urządzeniami pomiarowymi i najważniejszym – kolbą lutownicy. Pamiętam, jak Jacek skonstruował nadajnik radiowy, a my z Piotrkiem Tarczyńskim, chodziliśmy zafascynowani po okolicy z radiem tranzystorowym „Koliber”, badając zasięg jackowego nadajnika. Jacek nadawał wtedy nasz ulubiony przebój „Yellow River” w wykonaniu zespołu Christie. Nadajnik nie posiadał żadnych filtrów. Nadawany sygnał przebijał się u sąsiadów przez programy radiowe i telewizyjne! Zewsząd można było słyszeć „Yellow River”… Dla nas była to super zabawa, ale gdyby ktoś doniósł na milicję, albo sygnał radiowy odebrał przejeżdżający radiowóz… Oj, byłyby nie lada problemy, a zważywszy na czasy komuny, bylibyśmy pod baczną obserwacją bezpieki przez długie lata!

Niestety, pracownia fotograficzna Bronisława Karakuły nie zachowała się. W 1985 roku, w niedzielę w domu Karakułów przybiegł Andrzej Pasiciel, któremu z trudem udało się dostukać do Karakułów. Gdy pan Bronisław w końcu otworzył drzwi, Pasiciel wykrzyczał:

– Panie Karakuła, palicie się!

– Panie Andrzeju, co pan opowiada…– rzekł flegmatycznie i spojrzał na niego z politowaniem.

Wtedy płonął już cały dach. Straż pożarna płonący dom ugasiła sprawnie, ale spływająca woda zniszczyła znaczne zasoby klisz i fotografii. To, co zostało uratowane, siostra Jacka – Barbara, przekazała do zbiorów Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli. Wykonane przez Bronisława Karakułę fotografie prezentowane już były na różnych wystawach poświęconych przeszłości Rozwadowa. Bronisław Karakuła, urodzony 2 grudnia 1908 roku w Wólce Grodziskiej koło Leżajska, po pożarze rozchorował się, i już nigdy nie wrócił do zdrowia. Zmarł Rozwadowie 14 września 1986 roku. 

Dyplom Mistrzowski Bronisława Karakuły z 1949 roku

 

Prezentowane fotografie pochodzą ze zbiorów rodziny Karakułów – dziękuję Basiu i Jacku – oraz Pawła Tokarza – wytrawnego dokumentalisty współczesnego Rozwadowa i kolekcjonera starych rozwadowskich fotografii. Panie Pawle, bardzo dziękuję za ich udostępnienie. 

Pani Krystyna Dominik - mama Pawła Tokarza - przy fortepianie, fot. B. Karakuła

 

 

Rodzina Kasprowiczów po niedzielnej mszy, lata 60-te XX w., fot. B. Karakuła, kolorował P. Tokarz

 

Córki państwa Dominików, fot. B. Karakuła, koloryzował P. Tokarz.

 

Na zamówienie parafii powielał fotograficzne zaproszenia a także kartki świąteczne

 


 

 

piątek, 3 marca 2023

Wycieczka do Baranowa Sandomierskiego

 


 

M.in. Joasia Baran, Lucyna Hofman, Marysia Kotwica
To był chyba 1969 rok, wiosna… Pewnie VIII klasa Szkoły Podstawowej w Rozwadowie, a może rok wcześniej? Kto dziś pamięta? Klasa VIIIa miała swą "siedzibę" w nadbudowanym nad najstarszą częścią budynku szkoły II piętrem. Kto wie, czy "wykluwając" się z czwartej klasy, pożegnawszy naszą pierwszą wychowawczynię, panią Stanisławę Czarnotę, nie byliśmy pierwszymi lokatorami tego pomieszczenia po oddaniu szkole nowego piętra... Wtedy też trafiliśmy pod opiekuńcze skrzydła nowej wychowawczyni, matematyczki, pani Ludwiki Baranowej. Do naszej klasy chodziła jej córka - Joasia (jest też na jednej z fotografii).


Bardzo cieszyliśmy się, gdy nasza rozwadowska szkoła zorganizowała jednodniową autokarową wycieczkę do Baranowa Sandomierskiego dla najstarszych klas! Choć z drugiej strony, co to za wycieczka bez noclegów!... Autobus marki San – dzisiaj takie tylko w muzeum techniki można spotkać – podjechał rano pod szkołę.

Leszek Rak, Zbyszek Kułacz i Jurek Szklener
Leszek Rak, NN, Zbyszek Zakrzewski, Jurek Szklener, Krzysiek Ptaszek,
Tadek Puka, Zbyszek Kułacz
Młodzież, nauczyciele opiekunowie – z naszą klasą jechała nasza wychowawczyni pani Baranowa – a nawet sam dyrektor szkoły Józef Bolko, wsiedli do wycieczkowego autobusu. Ja musiałem zażyć aviomarin, cierpiałem w tamtym czasie na „chorobę morską”, a w tych Sanach zawsze koszmarnie śmierdziało spalinami i kołysało. Pogoda dopisywała, nie mieliśmy żadnych bagaży, bo przecież to tak niedaleko od naszego Rozwadowa!

Zosia Sekuła i Ela Kułacz
Pewnie każdy odwiedził piękny późnorenesansowy pałac rodu Leszczyńskich, który wzniesiono według projektu pochodzącego z Florencji Santi Gucciego w latach 1591-1606. Baranowski zamek posiada piękny dziedziniec otoczony arkadami, dlatego też nazywany bywa „małym Wawelem”. Wprawdzie położony jest nieco na uboczu głównych szlaków, ale chyba na brak turystów nie narzeka. Wprawdzie będąc tam przed kilku laty, prócz piękna architektury i malowniczego ogrodu niewiele ciekawe zobaczyłem, ale może to już uległo zmianie? 

Ula Jaworska, Ela Wróbel i Małgosia Motyka
Gdy wycieczka odwiedzała zamek, ogród był chyba w stanie tworzenia, co widać na fotografiach. Wnętrza były niedostępne. Tylko wystawa geologiczna poświęcona kopalni siarki. W tamtych czasach siarka, obok węgla, była polskim złotem! Nas taka geologiczna wystawa średnio interesowała. Większą uwagę przyciągały rzeźby, do których koledzy lgnęli… Jednak żaden z nich historykiem sztuki nie został… Trzeba wspomnieć, że w ówczesnej Polsce szczyciliśmy się odkrywkowymi kopalniami siarki leżącymi po obu stronach Wisły, starszej – może wtedy już likwidowanej, i nowej – nowoczesnej – w Machowie. Dzisiaj jest tam potężne sztuczne jezioro, powstałe w wyrobisku kopalnianym.

Trzeba przypomnieć, że w tamtych czasach budowały swą potęgę, i konkurowały między sobą, Tarnobrzeg i jego Siarkopol, oraz Stalowa Wola z kombinatem hutniczym z zakładami produkującymi maszyny budowlane i sprzęt wojskowy. A konkurowały, bo każde z nich chciało zostać miastem wojewódzkim… Wygrał Tarnobrzeg, choć Stalowa Wola miała trwalszy potencjał… Dzisiaj o Siarkopolu niewielu już pamięta.

Z wycieczki pozostały fotografie, które robiłem wspaniałym na tamte czasy niemieckim aparatem fotograficznym Velta, na czarno-białej kliszy Fotonu o czułości 18 DIN. 

 Nie wszystkich już na zdjęciach rozpoznaję… Nasze drogi praktycznie rozeszły się po ósmej klasie. Niektórych już z nami nie ma. Ech życie…

Marysia Kotwica i Lucyna Hofman

Jurek Szklener, Jurek Chmura, NN, Krzysiek Ptaszek
 

A może ktoś z naszej klasy się odezwie i opowie o swych wspomnieniach z wycieczki do Baranowa Sandomierskiego?

 

 


 


poniedziałek, 16 stycznia 2023

Magare, czyli osiołek

 

 

Wyjątkowo zamieszczam tekst, który nie jest mojego autorstwa, aczkolwiek w jakiś sposób mnie dotyczy. Można go też potraktować jako sentymentalny powrót do przeszłości… Ale do rzeczy. Maja Wojtal jest moją najstarszą ze wszystkich wnuczek. Właśnie kończy szkołę podstawową. Jakiś czas temu poprosiła mnie o fotografie z przeszłości. Była tajemnicza. Nie chciała wyjawić tajemnicy, w jakim celu potrzebne jej były te zdjęcia. W końcu wyszło szydło z wora! Jedna z nich – tu zamieszczona – stała się inspiracją do napisania przez nią opowiadania, które zatytułowała „Bohaterski osiołek”. Na szczęście jest to tylko wytwór wyobraźni, bo w takiej przygodzie uczestniczyć nie chciałbym… Szkoda, że nie pozwoliła mi odkryć tajemniczego miasta lub skarbu złotych monet, co na terenie Bułgarii wciąż jest możliwe. Przypominam sobie, że moją ulubiona książką z czasów, kiedy miałem tyle lat co Maja, była powieść „Złota Mahmudia” napisana przez Lesława Bartelskiego. Jej akcja rozgrywa się na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego, w okolicach Sozopola i ujścia do morza pięknej rzeki Ropotamo. Prawdę mówiąc, od lektury tej książki zaczęła się moja fascynacja Bałkanami. Marzenia o Neseberze, Sozopolu czy Burgas zaczęły się pomału spełniać od pierwszego wyjazdu do Warny bodaj w 1973 roku. Osiołek – magare – w życiu codziennym Bułgarów pełnił przez wieki ważną rolę, szczególnie w trudno dostępnych wioskach położonych gdzieś poza głównymi drogami. Młodej autorce życzę wielu podróży, fascynujących przygód i pomysłów na kolejne opowiadania!

 


 

 

Maja Wojtal

Bohaterski osiołek

            Pewnego dnia, daleko w Bułgarii, pewien młodzieniec rozpoczynał swoją karierę archeologa. Miał na imię Janusz. Wybrał się na swoje pierwsze ważne poszukiwania śladów z przeszłości wraz z przyjacielem – Markiem. Studiowali razem archeologię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Możliwość uczestniczenia w wykopaliskach na Półwyspie Bałkańskim była dla nich wyróżnieniem. Kiedy jechali na miejsce badań pod granicę z Grecją, nie wiedzieli jeszcze, że przygoda, którą przeżyją, będzie tak wyjątkowym, choć dramatycznym, wspomnieniem.

            Po dwóch dniach podróży pociągami i autobusem dotarli do niewielkiej miejscowości położonej gdzieś w górach. Rozpakowali swoje rzeczy w namiocie i natychmiast udali się w kierunku wioski. Chcieli sprawdzić, jak żyją tubylcy. Zaintrygowały ich małe stragany z różnymi pamiątkami, odmienne niż w Polsce zabudowania i piętrzący się wysoko nad miasteczkiem monastyr.

            Następnego dnia, kiedy poznali już wszystkich współtowarzyszy, archeolodzy porządnie zabrali się do roboty. Oznaczyli na mapie teren, który zbadają i wyruszyli w drogę. Chodzili po pagórkach i dolinach, a żar lał się z nieba. Nie były to wymarzone warunki do pracy, więc po kilku godzinach wszyscy mieli już dość. Każdy marzył już tylko o kąpieli w zimnej wodzie i posiłku.

            Szukali śladów dawnej działalności człowieka, skorup, pozostałości po prehistorycznych osadach i cmentarzyskach. Nagle rozległ się głośny krzyk, który sprawił, że wesoło gawędząca młodzież zamarła. Zobaczyli, że jeden z ich kolegów leży na ziemi i zwija się z bólu. Jego noga nie wyglądała najlepiej. Robiła się coraz bardziej sina i wyginała nie we tę stronę, w którą powinna. Wszyscy zebrali się wokół poszkodowanego.

– Nic ci nie jest? - zapytał ktoś naiwnie.

– Nie! Wiesz co?... Wszystko dobrze… – odburknął sarkastycznie przez zaciśnięte zęby Marek, który wyglądał jakby miał zaraz się popłakać. Jego noga ewidentnie była złamana.

Janusz pobiegł szukać jakichś kijów, które pomogłyby w usztywnieniu nogi. Chwilę później rozległ się grzmot. Nikt nie był przygotowany na taki rozwój sytuacji. Niebo błyskawicznie pociemniało. Zaczął padać ulewny deszcz. Mapa, która leżała porzucona przez kogoś na skale, momentalnie rozmokła. Byli w środku burzy, w obcym miejscu, z poszkodowanym i do tego bez możliwości kontaktu ze światem. Na szczęście wszyscy wiedzieli, że w takich sytuacjach należy zachować spokój. Nagle, ni stąd ni zowąd, wyłonił się zza wzniesienia postawny mężczyzna na osiołku. Gdy dojechał do nich i zobaczył co się stało, zaoferował pomoc. Z trudem usadzili Marka na ośle i powoli ruszyli w kierunku wioski. Szli jednak podejrzanie długo. Mężczyzna tłumaczył, że zna skrót do wioski. Na wszystkie pytania odpowiadał krótko i bardzo wymijająco. Jego piękny uśmiech i sympatyczne zachowanie uśpiło czujność archeologów.

            Nagle znaleźli się w pułapce. Otoczyła ich grupa uzbrojonych mężczyzn. Kazali podnieść ręce do góry i położyć plecaki na ziemi. Zabrali im wszystko co mieli, a co gorsza, miły mężczyzna od osła dołączył do nich... Wszystko stawało się jasne. Zamarli, gdyż trzymano ich na muszce. Nie mogli w to uwierzyć, ale dali się złapać w pułapkę. Czekali na rozwój sytuacji. Uzbrojeni mężczyźni wyglądali na nieobliczalnych i groźnych. Kiedy zabrali wszystko co chcieli, obejrzeli łupy, zmierzyli ich wzrokiem i odeszli. Zniknęli natychmiast gdzieś w górach… Zapomnieli jednak o osiołku.

Archeolodzy bezskutecznie usiłowali się odnaleźć na tym totalnym pustkowiu. Do zmierzchu nie było daleko. W końcu ruszyli w drogę. Pierwszy szedł osiołek wiozący coraz bardziej cierpiącego Marka. Na szczęście, po jakiejś godzinie osiołek przyprowadził ich nad znajomy strumień. Stąd droga była już prosta do nieodległego obozowiska. Podążali jeszcze z pół godziny wzdłuż bystrej rzeczki. I takim sposobem osiołek doprowadził ich do obozowiska. Gdyby nie on, pewnie tkwiliby jeszcze gdzieś w górach…

            Wszyscy byli głodni i przemoczeni. Od razu udali się do miasteczka, gdzie w szpitalu zostawili Marka ze złamaną nogą. Zgłosili też na milicji napad. W końcu, po złożeniu zeznań, mogli pójść na obiad do miejscowej karczmy. Po posiłku wyszli na ulicę. Przed restauracją czekał na nich cierpliwie osiołek przywiązany do ogrodzenia… Zaczęli głośno się zastanawiać co z nim zrobić...

– Zabrać do Polski, przyda się w żywej szopce na Boże Narodzenie! – ktoś rzucił pomysł.

Tylko jak go przetransportować? Ostatecznie postanowili go sprzedać. Janusz szybko znalazł dobrego kupca.

Z całej przygody pozostało tylko zdjęcie na osiołku…

 

ECHO SŁÓW - Nowe opowiadanie mojej wnuczki...

 Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...