![]() |
| Marek Krupa do końca kochał góry... |
![]() |
Berta Krupa - z prawej, w towarzystwie swej przyjaciółki Anny Paluch |
![]() |
| Rodzeństwo Krupów - Marta i Marek podczas koncertu w Klubie Ronita |
![]() |
| Ewa i Marek Krupowie |
![]() |
| Marek Krupa do końca kochał góry... |
![]() |
Berta Krupa - z prawej, w towarzystwie swej przyjaciółki Anny Paluch |
![]() |
| Rodzeństwo Krupów - Marta i Marek podczas koncertu w Klubie Ronita |
![]() |
| Ewa i Marek Krupowie |
Do atelier rozwadowskiego
fotografa Bronisława Karakuły przy ul. Mickiewicza 9, wchodziło się z ulicy przez
ogródek pełen kwiatów. Pierwszą pracownię samodzielnie prowadził jednak w Nisku. Zanim został
fotografem, był w latach dwudziestych XX w. czeladnikiem u cukiernika w Leżajsku.
Wybuch wojny zastał go w Kamieniu, gdzie do spółki z panią Denderową prowadził
sklep, jak to na wsiach ze wszystkim. Zaopatrywali się w hurtowaniach żydowskich
w Rzeszowie. W czasie wojny wywieziony został na przymusowe roboty do Niemiec.
Pracował w Berlinie, gdzie zatrudniony był w ekipach sprzątających miasto po alianckich
nalotach. Zajmowali się też pochówkami zabitych w czasie nalotów Niemców. Uwolniony
w 1945 roku przez wojska amerykańskie, wyposażony w koce, żywność i ubrania,
wracał w rodzinne strony. To, co dostał od Amerykanów po drodze ukradli mu

Czy to był pierwszy zakład fotograficzny Bronisława Karakuły?

Na rowerku siedzi Leszek Karakuła.
Rosjanie.
Nigdy nie chciał o opowiadać o przeżyciach wojennych. Zatrzymał się w Nisku,
gdzie pracował u fotografa Kosmały. 18 lutego 1949 roku otrzymuje dyplom
mistrzowski. Mógł rozpocząć pracę samodzielnie. W początkach lat pięćdziesiątych
XX wieku przeniósł się do nieodległego Rozwadowa. Nie potrafię ustalić, czy w
domu, w którym zamieszkał istniał wcześniej zakład fotograficzny? Na zachowanej
fotografii widzimy szyld zakładu fotograficznego na niewielkim budynku za
domem, w którym mieszkali Karakułowie. Czy tam zaczynał swą pracę fotograf
Bronisłąw Karakuła w Rozwadowie? Jacek – syn fotografa, opowiadał, że pamięta jak
przez mgłę, rozbiórkę tamtej przybudówki, jakieś porozrzucane klisze
fotograficzne... Na drugim zdjęciu widzimy już szyld zakładu fotograficznego – „Fotograf.
Br. Karakuła” – umieszczony na fasadzie budynku od głównej ulicy. Jacek
twierdzi, że zdjęcie pochodzi sprzed roku 1960, bo potem pan Karakuła zmuszony
został warunkami finansowymi do
przystąpienia do Spółdzielni Zakładów
Wielobranżowych. Na tym zdjęciu rozpoznany został najmłodszy z rodzeństwa
Bronisław Karakuła
Karakułów – siedzący na rowerku Leszek. Oficjalnie zakład fotograficzny Bronisława Karakuły istniał do 1974 roku, ale z aparatem fotograficznym nie rozstawał się do śmierci w 1986 roku. Fotografował się u niego cały Rozwadów, uwieczniał też na kliszach różne imprezy okolicznościowe – śluby, komunie święte, pogrzeby, różne wydarzenia kościelne. Parafia rozwadowska zamawiała u niego zaproszenia na różne jubileusze, które powielał w formie fotografii. Do robienia zdjęć w plenerze używał kilku małoobrazkowych aparatów fotograficznych, rosyjskie – Zorkę, którą uważał za najlepszy aparat i Kijew, oraz niemiecką Exactę. Sporadycznie korzystał też z plenerowego, mało wygodnego, wielkoobrazkowego aparatu na statywie – niemieckiej Leici.
Wąską ścieżką, między kwietnymi
grządkami docierało się do drzwi dość obszernego budynku. Gdy otwierało się
drzwi, natychmiast rozlegał się dźwięk dzwoneczka zawieszonego nad drzwiami.
Wchodziło się do olbrzymiego pokoju podzielonego ściankami działowymi. Pierwsza
ściana tworzyła swoisty korytarz, w którym znajdowała się garderoba i poczekalnia
z chyba kilkoma krzesłami. Ograniczona była potężnym biurkiem, poza które bez
zaproszenia raczej nie należało wchodzić. W biurku czekały na klientów odbitki
zdjęć, włożone do niebieskich kopert po 5 gr i opisane nazwiskiem. Na biurku
stała gilotyna z ząbkowanym ostrzem służąca do obcinania krawędzi zdjęć. Kiedyś
chciałem sprawdzić jak to działa i wsunąłem pod gilotynę skórzaną rękawicę –
była zima… I ciach!... Ku memu przerażeniu (co powiem mamie?!) powstała owalna
ząbkowana dziura… W tej garderobie stał wieszak, w kącie na ścianie wisiało
lustro, by przyczesać rozwichrzone włosy, przypudrować nos albo poprawić
makijaż. Na ścianie wisiały antyramy z ponumerowanymi czarno-białymi zdjęciami
popularnych aktorów i piosenkarzy, które za kilka złotych kupowaliśmy, by potem
wkleić do zeszytu z aktorkami i aktorami… Wtedy nie było kolorowych pism, a te
które można było kupić w kioskach, dostępne były jedynie stałym prenumeratorom,
szczęśliwcom posiadającym „teczki” w kioskach… Tak więc kupowało się u pana
Karakuły zdjęcia bohaterów serialu „Bonanza” – Bena, Adama, Hossa i Little Johna
Cartwright’ów,
Paweł Tokarz z siostrą Małgosią, 1967 r.
Winnetou czy seksownej Brigitte Bardot albo Sofii Loren, ale
i bohaterów serialu „Czterej pancerni i pies”… Gdy podało się numery zdjęć, pan
Karakuła wyjmował opasłe pudło ze zdjęciami oddzielonymi numerkami i wyjmował
te, o które prosiliśmy… Wtedy była też moda na noszenie niewielkich lusterek
kieszonkowych z jakąś – najlepiej seksowną aktorką – na rewersie. Kupowało się
takie najczęściej u Tabora lub Wojciechowskiego. Gdy przyszło się zrobić
fotografię, pan
Karakuła kazał się przygotować, czyli poprawić kołnierzyk
koszuli, krawat, albo przyczesać włosy. Sam w tym czasie przygotowywał studio.
Zapalał oświetlenie, ustawiał wielki, na statywie, aparat fotograficzny,
niemiecka Leica, ustawiał rekwizyty do zdjęcia – jeśli była taka potrzeba… Miał
na zapleczu postumencik, o który można się było wesprzeć, albo postawić wazonik
z kwiatami na ręcznie wykonanej serwecie… Był też klęcznik – w końcu wiosna,
czas komunii świętych, wtedy prawdziwe żniwa dla fotografów! Na parapetach
okien w donicach rosły hortensje, którymi zdobił klęcznik. Najprostsze były
zdjęcia do legitymacji szkolnych, dowodów osobistych, wówczas nieczęsto do
paszportów… Sadzał na okrągłym taborecie z regulowaną wysokością siedziska,
ustawiał właściwy profil, prosił by się nie ruszać i nie mrugać, gdy będzie
robił zdjęcie. Sam szedł za aparat, nakrywał się czarnym materiałem, na matówce
ustawiał kadr i ostrość. Wkładał do aparatu kasetę z kliszą… Te najstarsze,
jakie pamiętam, wykonane były ze szkła, późniejsze już na podłożu z tworzywa
sztucznego. Po wyjęciu kasety naświetlał film i ponownie wsuwał kasetę, która
tym razem zabezpieczała film z utrwalonym obrazem. Kolejna wizyta wiązała się z
odbiorem zamówionych fotografii. Trzecią część pomieszczenia stanowiła
wyodrębniona ciemnia fotograficzna oraz miejsce pracy pani Krysi Litwin –
retuszerki. Mieszkała w „sztauferówce” koło Sokoła, zaprzyjaźniona z
mieszkającymi tam paniami Nowak i Sztaufer... Pani Krysia była samotną kobietą, taką
| Sztauferówka, fot. Paweł Tokarz (2023 r.) |
![]() |
| Ręcznie kolorowane przez Krystynę Litwin zdjęcie wykonane przez Bronisława Karakułę. Na fotografii mama Pawła Tokarza, Krystyna Dominik. |
![]() |
| Państwo Dominikowie, fot. Bronisław Karakuła |
![]() |
| Bronisław Karakuła |
Niestety, pracownia fotograficzna Bronisława Karakuły nie zachowała się. W 1985 roku, w niedzielę w domu Karakułów przybiegł Andrzej Pasiciel, któremu z trudem udało się dostukać do Karakułów. Gdy pan Bronisław w końcu otworzył drzwi, Pasiciel wykrzyczał:
– Panie Karakuła, palicie się!
– Panie Andrzeju, co pan opowiada…– rzekł flegmatycznie i spojrzał na niego z politowaniem.
Wtedy płonął już cały dach. Straż pożarna płonący dom ugasiła sprawnie, ale spływająca woda zniszczyła znaczne zasoby klisz i fotografii. To, co zostało uratowane, siostra Jacka – Barbara, przekazała do zbiorów Muzeum Regionalnego w Stalowej Woli. Wykonane przez Bronisława Karakułę fotografie prezentowane już były na różnych wystawach poświęconych przeszłości Rozwadowa. Bronisław Karakuła, urodzony 2 grudnia 1908 roku w Wólce Grodziskiej koło Leżajska, po pożarze rozchorował się, i już nigdy nie wrócił do zdrowia. Zmarł Rozwadowie 14 września 1986 roku.

Dyplom Mistrzowski Bronisława Karakuły z 1949 roku
Prezentowane fotografie pochodzą ze zbiorów rodziny Karakułów – dziękuję Basiu i Jacku – oraz Pawła Tokarza – wytrawnego dokumentalisty współczesnego Rozwadowa i kolekcjonera starych rozwadowskich fotografii. Panie Pawle, bardzo dziękuję za ich udostępnienie.

Pani Krystyna Dominik - mama Pawła Tokarza - przy fortepianie, fot. B. Karakuła

Rodzina Kasprowiczów po niedzielnej mszy, lata 60-te XX w., fot. B. Karakuła, kolorował P. Tokarz

Córki państwa Dominików, fot. B. Karakuła, koloryzował P. Tokarz.
![]() |
| Na zamówienie parafii powielał fotograficzne zaproszenia a także kartki świąteczne |
![]() |
| M.in. Joasia Baran, Lucyna Hofman, Marysia Kotwica |
![]() |
![]() |
| Leszek Rak, Zbyszek Kułacz i Jurek Szklener |
![]() |
Leszek Rak, NN, Zbyszek Zakrzewski, Jurek Szklener, Krzysiek Ptaszek, Tadek Puka, Zbyszek Kułacz |
![]() |
| Zosia Sekuła i Ela Kułacz |
![]() |
| Ula Jaworska, Ela Wróbel i Małgosia Motyka |
Trzeba przypomnieć, że w tamtych czasach budowały swą potęgę, i konkurowały między sobą, Tarnobrzeg i jego Siarkopol, oraz Stalowa Wola z kombinatem hutniczym z zakładami produkującymi maszyny budowlane i sprzęt wojskowy. A konkurowały, bo każde z nich chciało zostać miastem wojewódzkim… Wygrał Tarnobrzeg, choć Stalowa Wola miała trwalszy potencjał… Dzisiaj o Siarkopolu niewielu już pamięta.
Z wycieczki pozostały fotografie, które robiłem wspaniałym na tamte czasy niemieckim aparatem fotograficznym Velta, na czarno-białej kliszy Fotonu o czułości 18 DIN.
Nie wszystkich już na zdjęciach rozpoznaję… Nasze drogi praktycznie rozeszły się po ósmej klasie. Niektórych już z nami nie ma. Ech życie…
![]() |
| Marysia Kotwica i Lucyna Hofman |
![]() |
| Jurek Szklener, Jurek Chmura, NN, Krzysiek Ptaszek |
Wyjątkowo zamieszczam tekst, który nie jest mojego autorstwa, aczkolwiek w jakiś sposób mnie dotyczy. Można go też potraktować jako sentymentalny powrót do przeszłości… Ale do rzeczy. Maja Wojtal jest moją najstarszą ze wszystkich wnuczek. Właśnie kończy szkołę podstawową. Jakiś czas temu poprosiła mnie o fotografie z przeszłości. Była tajemnicza. Nie chciała wyjawić tajemnicy, w jakim celu potrzebne jej były te zdjęcia. W końcu wyszło szydło z wora! Jedna z nich – tu zamieszczona – stała się inspiracją do napisania przez nią opowiadania, które zatytułowała „Bohaterski osiołek”. Na szczęście jest to tylko wytwór wyobraźni, bo w takiej przygodzie uczestniczyć nie chciałbym… Szkoda, że nie pozwoliła mi odkryć tajemniczego miasta lub skarbu złotych monet, co na terenie Bułgarii wciąż jest możliwe. Przypominam sobie, że moją ulubiona książką z czasów, kiedy miałem tyle lat co Maja, była powieść „Złota Mahmudia” napisana przez Lesława Bartelskiego. Jej akcja rozgrywa się na bułgarskim wybrzeżu Morza Czarnego, w okolicach Sozopola i ujścia do morza pięknej rzeki Ropotamo. Prawdę mówiąc, od lektury tej książki zaczęła się moja fascynacja Bałkanami. Marzenia o Neseberze, Sozopolu czy Burgas zaczęły się pomału spełniać od pierwszego wyjazdu do Warny bodaj w 1973 roku. Osiołek – magare – w życiu codziennym Bułgarów pełnił przez wieki ważną rolę, szczególnie w trudno dostępnych wioskach położonych gdzieś poza głównymi drogami. Młodej autorce życzę wielu podróży, fascynujących przygód i pomysłów na kolejne opowiadania!
Maja Wojtal
Bohaterski osiołek
Pewnego dnia, daleko w Bułgarii, pewien młodzieniec rozpoczynał swoją karierę archeologa. Miał na imię Janusz. Wybrał się na swoje pierwsze ważne poszukiwania śladów z przeszłości wraz z przyjacielem – Markiem. Studiowali razem archeologię na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Możliwość uczestniczenia w wykopaliskach na Półwyspie Bałkańskim była dla nich wyróżnieniem. Kiedy jechali na miejsce badań pod granicę z Grecją, nie wiedzieli jeszcze, że przygoda, którą przeżyją, będzie tak wyjątkowym, choć dramatycznym, wspomnieniem.
Po dwóch dniach podróży pociągami i autobusem dotarli do niewielkiej miejscowości położonej gdzieś w górach. Rozpakowali swoje rzeczy w namiocie i natychmiast udali się w kierunku wioski. Chcieli sprawdzić, jak żyją tubylcy. Zaintrygowały ich małe stragany z różnymi pamiątkami, odmienne niż w Polsce zabudowania i piętrzący się wysoko nad miasteczkiem monastyr.
Następnego dnia, kiedy poznali już wszystkich współtowarzyszy, archeolodzy porządnie zabrali się do roboty. Oznaczyli na mapie teren, który zbadają i wyruszyli w drogę. Chodzili po pagórkach i dolinach, a żar lał się z nieba. Nie były to wymarzone warunki do pracy, więc po kilku godzinach wszyscy mieli już dość. Każdy marzył już tylko o kąpieli w zimnej wodzie i posiłku.
Szukali śladów dawnej działalności człowieka, skorup, pozostałości po prehistorycznych osadach i cmentarzyskach. Nagle rozległ się głośny krzyk, który sprawił, że wesoło gawędząca młodzież zamarła. Zobaczyli, że jeden z ich kolegów leży na ziemi i zwija się z bólu. Jego noga nie wyglądała najlepiej. Robiła się coraz bardziej sina i wyginała nie we tę stronę, w którą powinna. Wszyscy zebrali się wokół poszkodowanego.
– Nic ci nie jest? - zapytał ktoś naiwnie.
– Nie! Wiesz co?... Wszystko dobrze… – odburknął sarkastycznie przez zaciśnięte zęby Marek, który wyglądał jakby miał zaraz się popłakać. Jego noga ewidentnie była złamana.
Janusz pobiegł szukać jakichś kijów, które pomogłyby w usztywnieniu nogi. Chwilę później rozległ się grzmot. Nikt nie był przygotowany na taki rozwój sytuacji. Niebo błyskawicznie pociemniało. Zaczął padać ulewny deszcz. Mapa, która leżała porzucona przez kogoś na skale, momentalnie rozmokła. Byli w środku burzy, w obcym miejscu, z poszkodowanym i do tego bez możliwości kontaktu ze światem. Na szczęście wszyscy wiedzieli, że w takich sytuacjach należy zachować spokój. Nagle, ni stąd ni zowąd, wyłonił się zza wzniesienia postawny mężczyzna na osiołku. Gdy dojechał do nich i zobaczył co się stało, zaoferował pomoc. Z trudem usadzili Marka na ośle i powoli ruszyli w kierunku wioski. Szli jednak podejrzanie długo. Mężczyzna tłumaczył, że zna skrót do wioski. Na wszystkie pytania odpowiadał krótko i bardzo wymijająco. Jego piękny uśmiech i sympatyczne zachowanie uśpiło czujność archeologów.
Nagle znaleźli się w pułapce. Otoczyła ich grupa uzbrojonych mężczyzn. Kazali podnieść ręce do góry i położyć plecaki na ziemi. Zabrali im wszystko co mieli, a co gorsza, miły mężczyzna od osła dołączył do nich... Wszystko stawało się jasne. Zamarli, gdyż trzymano ich na muszce. Nie mogli w to uwierzyć, ale dali się złapać w pułapkę. Czekali na rozwój sytuacji. Uzbrojeni mężczyźni wyglądali na nieobliczalnych i groźnych. Kiedy zabrali wszystko co chcieli, obejrzeli łupy, zmierzyli ich wzrokiem i odeszli. Zniknęli natychmiast gdzieś w górach… Zapomnieli jednak o osiołku.
Archeolodzy bezskutecznie usiłowali się odnaleźć na tym totalnym pustkowiu. Do zmierzchu nie było daleko. W końcu ruszyli w drogę. Pierwszy szedł osiołek wiozący coraz bardziej cierpiącego Marka. Na szczęście, po jakiejś godzinie osiołek przyprowadził ich nad znajomy strumień. Stąd droga była już prosta do nieodległego obozowiska. Podążali jeszcze z pół godziny wzdłuż bystrej rzeczki. I takim sposobem osiołek doprowadził ich do obozowiska. Gdyby nie on, pewnie tkwiliby jeszcze gdzieś w górach…
Wszyscy byli głodni i przemoczeni. Od razu udali się do miasteczka, gdzie w szpitalu zostawili Marka ze złamaną nogą. Zgłosili też na milicji napad. W końcu, po złożeniu zeznań, mogli pójść na obiad do miejscowej karczmy. Po posiłku wyszli na ulicę. Przed restauracją czekał na nich cierpliwie osiołek przywiązany do ogrodzenia… Zaczęli głośno się zastanawiać co z nim zrobić...
– Zabrać do Polski, przyda się w żywej szopce na Boże Narodzenie! – ktoś rzucił pomysł.
Tylko jak go przetransportować? Ostatecznie postanowili go sprzedać. Janusz szybko znalazł dobrego kupca.
Z całej przygody pozostało tylko zdjęcie na osiołku…
Maja odniosła swój kolejny sukces literacki. W XIX Regionalnym Konkursie im. Ludmiły Mariańskiej w kategorii szkół ponadpodstawowych, za op...