Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok, to czas, na który chyba wszyscy najbardziej czekamy – oczywiście po zakończeniu wakacji. Motywacji związanych z tym wyczekiwaniem jest wiele. Naturalnie te religijne dla wielu najważniejsze. Dla innych jednak ferie zimowe, trochę czasu wolniejszego od pracy, zabawy sylwestrowe, i w końcu chyba najważniejsze, że pomału, pomalutku dzień zaczyna się wydłużać… Wszak na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok – tak mówi stare przysłowie. Kto je dzisiaj pamięta?
Każdy
pyta: Co się dzieje?
Czy
nie świta? czy nie dnieje?
Skąd
ta łuna bije, tak miła oku!
A przecież powinni śpiewać:
Skąd ta ona bije, tak
miła oku!
I rzeczywiście pan Czesław wbrew wszystkim i wszystkiemu,
nawet logice, śpiewał w klasztorze tę kolędę, wyraźnie podkreślając słowo
„ona”…
– Jak to cholera wypłukać!? – martwił się prezes.
– A co to za problem! – powiedział wtedy Marian Głowacki. – Ja wkładam do pralki, zalewam wodą, włączam na chwilę i problem z głowy! Ziarnka piasku nie znajdziesz!
Następnego dnia prezes od rana nie miał humoru… Burczał na wszystkich. Awanturował się o byle co. Dopiero pod koniec dnia przyznał się, że zastosował dobrą radę pana Mariana i z całego obfitego zbioru grzybów zostało tylko wspomnienie… Do dzisiaj wspomnienie tej anegdoty wzbudza śmiech!
Tak więc barszcz z uszkami z grzybowym farszem stanowił
podstawowe danie wigilijnej kolacji. Potem była kapusta z grochem, pierogi z
kapustą i grzybami, i na koniec smażony karp w panierce. Mistrzostwo świata w
wykonaniu mojej mamy! A popijało się wspaniałym kompotem z suszu. Taki kompot,
podobnie jak i karp, smakuje tylko w ten jeden jedyny dzień. Podawany w inne
dni dla mnie nie ma w ogóle smaku. Karp, smażony z cebulką, podawany był z
gotowanymi ziemniaczkami lub chlebem, a do ryby chrzan, w późniejszym okresie
także cytryna. Tego dnia, nikt już właściwie nie miał ochoty na jedzenie.
Dopiero kolejne dni świąteczne otwierały gamę smakołyków! Sałatki jarzynowe,
śledziki w śmietanie, karpik w galarecie, galaretki ze świńskich nóżek,
kiełbasy i szynki swojskie pochodzące z okolicznych wiosek od najlepszych
masaży! Takich smaków wędlin dzisiaj, choćby nie wiem jak się wysilali, nie
osiągną! Na drugi dzień świąt serwowała mama gęś nadziewaną, albo indyka. Te
najwcześniejsze, jakie pamiętam, przywoziła babcia Leokadia z Żabna, potem gęsi
dostarczała zawsze ciocia Todzia Adamska z Witkowic. Dzisiaj nikt, ani w Żabnie
ani w Witkowicach, nie hoduje gęsi czy indyków… A w tamtych czasach strach było
przejść przez Błonia w Żabnie, bo grasowały tam stada gęsi pilnowane przez
gąsiorów harcowników atakujących przechodzących ludzi, jakże często łapiących
pomarańczowymi dziobami za łydki… W zagrodzie, jeśli były indyki, też nie można
się było czuć bezpiecznym, bo taki rozzuchwalony indor atakował bezpardonowo! A
jak nie on, to bezczelny kogut siejący w zagrodzie postrach nie tylko wśród
kur… Dzisiaj powiedzenie wzięte z Jana Kochanowskiego – „wsi spokojna, wsi
wesoła” nabrało znamiennego znaczenia, bo rzeczywiście już nie słychać ani
domowego ptactwa, ani krów, koni czy świnek…
Zwieńczeniem świąt były „Jasełka” – spektakl słowno-muzyczny prezentowany
przez dzieci. Och, jakie to emocje czasem uczestniczyły obsadzaniu ról!
Najgorzej było z rolą Matki Boskiej… Każda dziewczynka chciała odgrywać tę
rolę… Nie pamiętam, kto zajmował się reżyserią „Jasełek”. Odbywały się a to w
klasztorze, a to w kościele parafialnym, ale także w rozwadowskiej szkole
podstawowej (była także szkoła podstawowa w Charzewicach – dzisiaj znajduje się
w tym budynku, dawnym pałacu Lubomirskich, Muzeum Regionalne w Stalowej Woli).
Pamiętam, że te szkolne „Jasełka” reżyserowała pani Maria Grodecka –
nauczycielka biologii i geografii w rozwadowskiej szkole.
Ten bożonarodzeniowy czas, dla mnie to także czas obawy, wręcz lęku, bo po domach chodzili kolędnicy poprzebierani w tak straszne stroje! Jak byłem mały uciekałem, chowając się przed nimi po pokojach, potem – uspakajany przez rodziców – z niepokojem spoglądałem na przedstawienie. Na żołnierzy, Monarchów, Heroda – któremu obcinano głowę, Śmierć z kosą, którą obcinała królowi głowę, Diabła – który widłami zabierał Heroda do piekła, bo był brzydki…
Do dzisiaj słyszę słowa Śmierci:
Przyjdzie tu ktoś po ciebie z diabelskiego
kraju
Pójdź no tutaj amorku, wnuczku
Lucypera,
Piekło oczekuje tego bohatera!
I pełnym zamachem kosy ucina głowę Herodowi… Po podłodze
toczy się główka kapusty… Ja przerażony słyszę spokojny, zimny głos śmierci:
Przez rozkaz niebieski ścięłam łeb królewski…
Nagle zza drzwi wyskakuje czarny diabeł z czerwonymi rogami i
długim ogonem, wymachuje widłami krzycząc:
Królu Herodzie! Za twe zbytki marsz do piekła, boś ty
brzydki!
I wypycha Heroda bez głowy do piekła, czyli do korytarza…
Przez kilka dni bałem się tam wieczorową porą sam wychodzić do ciemnego
korytarza… Przecież tam piekło, król bez głowy i Lucyper…
Inną przerażającą postacią był Żyd – garbaty, obdarty, miał laskę, jakiś tobołek i
przez wszystkich był pomiatany, choć to jemu zadawano trudne pytania. Pamiętam jakiś absurdalny dialog Króla Heroda z Żydem... W tych
strasznych postaciach i scenach gubili się Anioł i Matka Boska – postaci pełne
łagodności i spokoju… W tamtych czasach kolędników wszyscy przyjmowali, bo
zamknięcie drzwi przed nimi było dyshonorem… Młodzi ludzie przez kilka miesięcy
uczyli się ról, przygotowywali stroje, śpiewali kolędy, czasem dopisywali swe
teksty. To było małe teatralne przedstawienie, za które oczywiście otrzymywali
od ludzi jakieś drobne pieniądze. Nikt nie odmawiał, ludzie płacili chętnie! To
był czas, kiedy powszechne było tylko radio, a telewizor w życiu ludzi był
jeszcze prawie nieobecny! Dzisiejsi kolędnicy chodzą tylko po to, by wyciągnąć
od ludzi pieniądze (jeśli są grupy, które inaczej do tego obyczaju podchodzą –
to przepraszam). W mojej rodzinie do dzisiaj powtarzana jest anegdota dotycząca
święta Trzech Króli. Wtedy był to zwykły dzień pracy i szkoły… Z klasztoru
przynosiło się świecone kredę i kadzidło. Na drzwiach wypisywało się tradycyjne
„K + M + B” zwieńczone bieżącym rokiem. Napis trwał na drzwiach przez cały rok!
Bardzo denerwowało mnie, że mamy w domu drzwi pomalowane na biało. Nic nie było
widać, a w tamtych czasach dostęp do kolorowej kredy był w zasadzie niemożliwy,
bo i w szkole raczej kreda kolorowa była rarytasem. Przez całe lata byłem
pewien, że ów skrót „KMB” oznacza pierwsze litery imion wędrujących do nowo
narodzonego Jezusa królów, czy jak inni twierdzą magów – Kacpra, Melchiora i
Baltazara. A z błędu nie wyprowadzali ludzi – bo przecież nie tyko ja tak
uważałem – księża. Tymczasem prawidłowy zapis powinien wyglądać następująco: „C
+ M + B + 2024”, co oznacza „Christus Mansionem Benedicat 2024” czyli „Niech
Chrystus Błogosławi ten dom na rok 2024”. Ponieważ z kredą nie mogłem poszaleć,
to kadzidło, przynoszone z klasztoru w papierowych tutkach, od razu wędrowało
na rozgrzaną blachę pieca kuchennego (w domu mieliśmy piec, na którym gotowało
się jedzenie; o gazie wtedy w Rozwadowie nie mogło być mowy, a prąd – nie dość
że drogi, to wystarczył mocniejszy wiatr zrywający kable i przez dwa, trzy dni mogło
nie być prądu). Zatem kadzidło wędrowało na rozgrzaną blachę kuchni i spalało
się wydając ujmujący zapach panujący tylko w kościele. Drobiny bursztynu topiły
się, a inne zioła żarzyły, pozostawiając na blasze czarne, trudne do usunięcia
naloty. Kiedy wracali do domu rodzice, oczywiście nie mogło się obyć bez małej
awantury. Bo chyba tylko ja mogłem wytrzymać w takim zadymieniu. Otwierali
okna, mroźne powietrze wpadało do mieszkania, chcieli mi zabrać kadzidło, ale
ja miałem swoją wersję, że wszystko spaliłem święcąc, zgodnie z tradycją,
mieszkanie. Na to „święcenie” szła połowa kadzidła, druga zostawała
zakamuflowana w kącie szafy i czekała na odkrycie… No cóż, zabawy z kadzidłem
skończyły się, gdy nadszedł kres pieca kuchennego… Po latach pojawiły się
przywożone z Dalekiego Wschodu trociczki, przypominające czasem zapach
rodzimego kadzidła, ale to nie było i nie jest już to samo. Tak nawiasem
mówiąc, kadzidła kościelne też już nie mają tego zapachu, choć pewnie receptura
od wieków się nie zmieniła…
Było pięknie i radośnie! W takim nastroju wkraczaliśmy w
okres karnawału!







































